Reklama

Zawsze uważałam, że aktor powinien być obecny na mieście

08/08/2013 08:33
– Gdy cię poznałam, to byłaś dla aktorów bardzo ostra i pomyślałam sobie: nie chciałabym jej podpaść pod pióro. A potem kiedyś koledzy mi powiedzieli: „Szatkowska o tobie pisze”. Pomyślałam sobie: o Matko! Bałam się wziąć gazetę do ręki, ale nie było tak źle – mówi aktorka Bożena Mrowińska. Przez wiele lat związaną z płocką sceną.

Przekornie zacznijmy od ról filmowych. W 2008 roku zagrałaś w dobrze przyjętym filmie Jacka Bławuta Jeszcze nie wieczór.
– Moja postać to Renata – taka kobitka z temperamentem, jedna z najmłodszych. Zaczęło się od tego, że jeżdżąc po świecie dokumentalista Jacek Bławut trafił do Weimaru, do takiego domu aktora i zapałał chęcią, żeby zrobić film o starzejących się aktorach. Gdy to ogłosił w Polsce, ktoś mu powiedział: „słuchaj, po co ty robisz film w Weimarze, skoro my mamy dom aktora w Skolimowie”. Zainteresował się mieszkańcami Skolimowa i tak powstał Jeszcze nie wieczór. Byłam podczas jego pokazu na Festiwalu w Gdyni – zebrał owacje na stojąco. Po przerwie zaplanowano spotkanie z reżyserem i nami artystami i wszyscy widzowie wrócili na salę. Zadawali dużo pytań. Stąd wiem, że film się publiczności podobał.

Jednym z ważniejszych bohaterów tego filmu jest nieżyjący już wybitny tancerz i choreograf Witold Gruca, z którym się zaprzyjaźniłaś.
– Witek wypadł w tym filmie bardzo dobrze. Miał scenę z Janem Nowickim. Nowicki powiedział: „spotkamy się u ciebie w pokoju i to będzie piękna scena” i rzeczywiście była. Ja byłam taką jego opiekunką w tym filmie i prywatnie. Prosił mnie: „słuchaj, ty mi wszystko mów, czy już się skończyła scena, czy myśmy już skończyli pracować, bo ja nie wiem”. I ja mu mówiłam: „Witek, koniec, skończył reżyser” albo szłam do niego do pokoju, a on już czekał. Stał w garniturze, przygotowany. I szliśmy na zdjęcia.

Z filmem flirtujesz, ale najważniejsza zawsze była scena teatralna. Jak trafiłaś do płockiego teatru?
– Ściągnął mnie Skotnicki. Przyjechał kiedyś do Lublina i zobaczył mnie na próbach. Zapytał, czy bym nie chciała przyjść do Płocka, bo on objął tam teatr. Powiedziałam, że się zastanowię. Znaliśmy się jeszcze z mojej młodości. Ja robiłam dyplom na wydziale wokalnym, a on w tym samym czasie zdawał egzaminy reżyserskie. Nie byliśmy na ty. Mówiłam do niego: „panie Janku”. W Lublinie graliśmy Wieczór trzech króli Szekspira, gdzie byłam Oliwią. Pomyślałam sobie: „w Lublinie już jestem parę lat, Braun nie jest dyrektorem – nic mnie tu nie trzyma. Wolę do Skotnickiego”. Przyjechałam do Płocka, a on mi mówi, że robi Wieczór trzech króli i ja będę Oliwią. Nie chciałam grać tej samej roli. I zagrałam Marię, bo on mi chciał dać amantkę. A moje amantki, jak twierdziła koleżanka Fijewska, były zawsze trochę charakterystyczne. Maria poszła mi z kopyta, bo miałam zaleganie uczuć na granie kogoś, kogo miota po scenie. Moja rola była żywa. Jak przyjechałam do Płocka, najpierw zamieszkałam w hotelu, potem znalazło się mieszkanie, na Skarpie. Tę dzielnicę bardzo lubiłam.

Zostałaś zapamiętana z roli w Mistrzu i Małgorzacie, Wariacie i zakonnicy, ale kusiły cię monodramy.
– Marczewski to był bardzo mądry reżyser, który za dużo się aktorowi nie wtrącał, ale miał sensowne i dobre uwagi. Czasem ukierunkował aktora, ale w zasadzie czekał na jego propozycje, to mi się podobało, bo mnie nie krępował. Wiem od jego żony, która przyjechała do Płocka zobaczyć spektakl, że wersję płocką uważał za najważniejszą. On się urodził, żeby zrobić Mistrza i Małgorzatę. To była jego najlepsza życiowa sztuka. Nawet pojechał do Związku Radzieckiego, poznał matkę Bułhakowa i chodził po tych wszystkich ulicach, którymi chodził Bułhakow, poznał wszystkie wspomniane miejsca.
W Płocku zrobiłam chyba ze 2 monodramy. Jeden Sama przychodzę i sama odejdę powstał z inspiracji Marka Grali, który polecił mi wspaniałą książkę bułgarskiej pisarki Błagi Dimitrowej. „Jest to tak ciekawa książka, że musisz ją przeczytać i zrobić coś z tego” zachęcał mnie. Przeczytałam i zachwyciłam się. Książka nazywa się Objazd. To jest w zasadzie historia miłosna na tle życia w reżimowej Bułgarii. Opowiada o tym, jak komunizm zabił studencką miłość. Bohaterowie spotykają się przypadkiem, po kilkunastu latach rozłąki. Zagrałam to chyba ze 40 razy, nawet młodzież na to przychodziła. Sama reżyserowałam, wymyśliłam jak będę wyglądać, jak ma wyglądać scena. Uważam, że monodram to musi być samodzielna praca. Zaznaczyłam się jeszcze Białymi nocami Dostojewskiego w reżyserii Marka Wortmana. Grałam z młodym aktorem, zaraz po szkole – Maciejem Szrenicą. Reżyser powiedział: „Oddaję go w pani ręce i pani niech zrobi z niego aktora”. I rzeczywiście ja go ulepiłam. Na pierwszej próbie, żeby go sprowokować do jakiejś akcji ostrzejszej, wskakiwałam na ławkę, on zdziwiony na mnie patrzy. A reżyser krzyczy: „o, ja to chcę u pana i proszę to zatrzymać, to co pan teraz zrobił, jak Bożenka wskoczyła na ławkę. tak ma zostać!”. Płakał nawet rzewnymi łzami, jak się rozstawaliśmy. Jego łzy kapały na moją twarz. Myślałam: „no, rozwali mi charakteryzację, ale na ludzi to działało”. Kiedyś akustyk, który widział całą widownię powiedział mi: „ta mała to chyba ze czwarty raz przyszła”. Spektakl był ładny. Śpiewaliśmy tam ballady z tekstem Kofty i muzyką Maksymiuka.

Ważny okazał się też spektakl Czarny pierścień Bohdana Urbankowskiego.
– Nie doszło do premiery, bo wybuchł stan wojenny. „Prapremiera” odbyła się u studentów. Na Politechnice czekały na nas stoły nakryte zielonym suknem. Ja trochę czytałam, grałam scenki. Urbankowski tłumaczył, opowiadał. Studenci siedzieli nawet na schodach. Gdy weszłam i zobaczyłam cały budynek rozplakatowany w środku i na zewnątrz tym ładnym plakatem z Piłsudskim, pomyślałam sobie: „niedobrze”. A młodzież przyszła. Spotkanie trwało bardzo długo, taki był głód wiadomości o tej postaci. Nikt nie wyszedł. To było bardzo dobrze napisane. Oczywiście trzeba się było z tym zwijać, bo wybuchł stan wojenny. I czekałam, kiedy milicja do mnie przyjdzie. Na szczęście mnie jakoś ominęli.

Czy gdy przyjechałaś z Lublina odczułaś różnicę pomiędzy miastami, teatrami, ludźmi?
– Nie zwracałam na to uwagi. Byłam zachłyśnięta pracą na scenie. Okazało się, że ja w każdym mieście muszę zadawać się z poetami. Każdy empik do mnie należał – w Płocku tak samo. Zaraz uruchomiłam wieczory poetyckie. Organizowała wszystko Wanda Chrostowska – osoba o żywym temperamencie, która czuła potrzebę upowszechniania kultury w mieście. Ja byłam zacięta z tymi poetami. Bardzo lubili, gdy się czytało ich wiersze, gdy się je interpretowało. „Ja nie wiedziałem proszę pani, że ja takie dobre wiersze piszę” – mówili. To oni podsuwali mi najświeższe poezje. Marek Grala podsunął mi Camingsa i innych mało znanych twórców. Płock wspominam wspaniale. Uważałam wtedy i tak myślę do dzisiaj, że aktor powinien być obecny na mieście, wśród ludzi i ja tak robiłam. Nigdy nie przyznawałam się, że czasem coś sama piszę po nocy. Dwa moje wiersze trafiły do wydawnictw zbiorowych w Gnieźnie.

Marek Grala i nie żyjący już Zbyszek Atemborski wspominali cię bardzo serdecznie. Grala powiedział, że zrobiłaś piękną muzykę do jego wierszy i do Stachury. „Jak ona pięknie śpiewała poezję. Z gitarą i przepaską we włosach wyglądała pięknie” – cytuję.
– Zrobiłam taki program „Wypłakałem za tobą oczy pieskie, niebieskie” i razem ze Zbyszkiem to wykonaliśmy. Zawsze lubiłam wiersze Marka Grali. Uważałam, że pisze dobrą poezję. Czekałam na każdy jego nowy tomik. Mnie się podobała szczególnie jego metaforyka – zawsze coś takiego oryginalnego wymyślił. Był inny kiedy pisał i zupełnie inny prywatnie. Przy wódce – miał zupełnie inny charakter, a w wierszach – był poważny, refleksyjny na smutno, a nawet na tragicznie. Zawsze mu mówiłam: „pamiętaj, zaraz lecisz do mnie z nowym tomikiem i autografem”. Wymyślał piękne autografy. Mam te jego tomiki do dzisiaj. Kiedyś wybrali się ze Zbyszkiem Atemborskim „na baby” … do piaskownicy. Ale to już anegdota nie do prasy. Grala to jest ktoś ważny dla Płocka, jeśli mówi, że nic nie pisze, to mu nie wierz. Zajrzyj do jego szuflady.

Zawsze miałaś grono adoratorów. Koleżanki cię lubiły?
– W każdym teatrze, wszędzie, moje wejścia były na tyle niedobre, że nie miałam żadnej koleżanki. Baby chłodno mnie witały, bo się bały, że będę im adorować mężów i narzeczonych. Dopiero potem się zaprzyjaźniałyśmy. Często „pracowałam na przodku”, ale wszystko wywalczyłam moją pracą. Byłam pracoholikiem. Nie miałam żadnych romansów ani z dyrektorami, ani z reżyserami. Rzadko coś od kogoś brałam, to raczej na mnie się wzorowano. Gdy wszyscy szli na obiad, a mi coś nie szło, robiłam sobie mocną kawę, brałam jakieś ciastko i szłam dalej ćwiczyć na salę prób, aż mi wychodziło. Koledzy wracali, a ja się cieszyłam, że problem został zlikwidowany.

Dlaczego odeszłaś z Płocka?
– Nie musiałabym odchodzić. Zmieniała się co prawda dyrekcja, ale przychodził Tomek Grochoczyński, którego znałam. On mi to kiedyś zresztą wypomniał: „ja przychodzę na dyrekcję zadowolony, że będę miał Mrowińską, a ta spieprzyła od razu do Gniezna. Jeden dzień ją tylko widziałem”. Zauważyłam, że robię się stara, a ponieważ pochodzę z Pyrów poznańskich, gdzie mówi się „ryczka” na stołek, chciałam być bliżej domu i w ostatnim teatrze dopracować do emerytury. Próbowałam w Poznaniu, ale wszystkie etaty było zajęte. Zaangażowałam się do Gniezna. Tam czekał na mnie Tomaszewski, a mnie brakowało pantomimy. Przedtem poznałam teatr uliczny, teatr wspólnoty, pantomimy nie zaznałam. Nie wiem dlaczego, jak założyłam pierwszy raz w życiu kostium, to od razu wiedziałam, jak się ruszać: ręce tak, nogi tak. Nie wiem, może w poprzednim życiu żyłam w epoce kostiumowej? Może stworzona byłam do baroku i Gniezno było dla mnie barokowe? Trafiły mi się tutaj dwie ważne sztuki. W Śnie nocy letniej byłam Tytanią. Wybrał mnie Tomaszewski. Jak byliśmy już w czasie zaawansowanych prób powiedziałam: „panie Henryku (nie wolno było mówić mu mistrzu), chciałam bardzo podziękować za wspaniałą rolę”. On mówi: „pani Bożenko, niech pani mi nie dziękuje. Ja przyjechałam do Gniezna, zobaczyłem, że mam Tytanię i zrobiłem Sen nocy letniej”. Z perspektywy przypominałam sobie, że byłam bardzo przez niego obserwowana, ale uszło to mojej uwadze. Jego Tytania była bardzo pantomimiczna. Trzeba było mieć baletową sylwetkę. Zakładało się cały taki śpioszek i na to dopiero szła szata z żorżety francuskiej, która za mną fruwała. Była świetnie pofarbowana, od różu do seledynu. Tę rolę miały ochotę grać inne koleżanki, młodsze, i pewnie by zagrały, ale Tomaszewski musiał mieć szczupłe, pantomimiczne sylwetki. Potem jeszcze zrobił rzadko grywaną sztukę Spór Mariveaux, w której zagrałam Księżną.
W spektaklu Moralność pani Dulskiej, którą reżyserował Zdzisław Wardejn byłam Dulską. Trochę się na niego obraziłam, że mnie w takiej babie paskudnej zobaczył. Ale on mnie zapamiętał wcześniej, bo kiedyś grałam u niego taką matkę rodu w jakiejś stylowej sztuce. Wtedy dostałam od niego taką uwagę: „ja ci opowiem o mojej matce i ty ją zagrasz, jak ci się uda będzie świetnie”. On zrobił Dulską trochę bliższą, z lat międzywojennych, przybliżył tekst młodzieży. Powycinał różne samograje i zrobiła się bardziej sensowna postać.

Odkąd pożegnałaś wszystkie teatry, twoje miejsce jest w Skolimowie.
– Trafiłam tu dzięki koleżance, która tak mi zachwalała Skolimów, że w końcu przyjechałam ją odwiedzić. Pomyślałam: „jak tylko przejdę na emeryturę, to tu przyjeżdżam na stałe” (wcześniej zaczęłam przyjeżdżać na kilkudniowe wczasy). Po ostatnim, ale bardzo dobrym sezonie w Gnieźnie, czekał na mnie pokój. Młody człowiek w ZASPie zapytał mnie: a czy pani nie jest za młoda? – Dzisiaj tak – odpowiedziałam, ale w sierpniu już nie będę za młoda. Techniczni, wspaniali ludzie, popakowali mnie i przyjechałam z gratami do Domu Aktora w Skolimowie. Podoba mi się tutaj.
Lena Szatkowska
fot. m.a.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości