Héviz jesienią
Kiedy urlop przestaje być warunkowany harmonogramem roku szkolnego naszych dzieci, możemy rozpatrywać te wypoczynkowe możliwości, kiedy nie jest już tak gorąco i nie musimy spotykać tłumów wczasowiczów, a i ceny zdecydowanie bardziej przystają do zawartości naszego portfela. Wartą rozpatrzenia opcją może być samochodowa wyprawa (najlepiej w kilka aut zaprzyjaźnionych osób) do jednego z krajów sąsiednich. My w tym roku we wrześniu kierowaliśmy się zapachem wybornego wina, zupy gulaszowej i ostrej papryki. Wybraliśmy zatem kraj naszych bratanków – Węgry.
Polacy, w tym wielu płocczan, których miałem przyjemność poznać, chętnie wybierają ten kraj. Udają się tam zazwyczaj latem i opalają się nad brzegami węgierskiego morza, czyli Balatonu: ci z małymi dziećmi w jego części południowej, na przykład w okolicach Siofok, gdzie daleko w głąb jeziora ma się bardzo płytką wodę, a ci ceniący turystyczno-kulinarne walory Madziarów – w części północnej; tam uwagę zwracają rzędy winorośli, z których produkuje się najbardziej w Europie znane z tej części Węgier wino Badcsony (polecam odmiany tegoż: Italian Riesling bądź Szurkebarat). Oczywiście mowa o winach białych. W tej części Węgier odnajdujemy także niewielką ilość wina czerwonego Pinot Noir. Jeżeli jesteśmy wierni karmazynowemu kolorowi Egri Bikaver, wybieramy oczywiście zupełnie inne części krajobrazu Węgier, przyciągające oczy w okolicach miasta Eger. Wreszcie: kto jest amatorem słodkich, aromatyzowanych rodzynkami Tokajów Aszu udaje się oczywiście na Pogórze Tokajskie. Wróćmy jednak do początku wątku: okazuje się, że w sumie niedalekie okolice samego Balatonu (sezon nad samym jeziorem kończy się około 25 sierpnia) mogą być atrakcyjne także we wrześniu czy październiku. My jako bazę wypadową wybraliśmy miasteczko Heviz, znane z 4-hektarowego naturalnego jeziora termalnego Gyogyto o głębokości dochodzącej do 38 metrów.
Woda i błoto leczą
Oczywiście wód termalnych nie brak w całych Węgrzech. Jednak są to najczęściej obiekty basenowe otwarto-zamknięte, podobne do naszych term w Uniejowie. Spotykamy takie między innymi w Hajduszoboszlo czy Miszkolcu – to tylko te najbardziej znane. Héviz jest zupełnie inne. Tam zażywamy leczniczych kąpieli w naturalnym jeziorze, częściowo w jego centralnej części nadbudowanej obiektami infrastruktury, z temperaturą wody od 27 stopni Celsjusza na obrzeżach do 34 stopni w centrum. Rosną tu jedyne w Europie różowe lilie wodne, które potęgują niezwykłe wrażenie, jakie robi to malownicze, bajkowe miejsce. Lecznicze właściwości jeziora Hévíz gwarantują woda lecznicza i lecznicze błoto naturalnego pochodzenia. Podstawą balneoterapii (dział fizjoterapii zajmujący się zabiegami rehabilitacyjnymi wykorzystującymi wodę) jest woda lecznicza, która w wypadku jeziora Hévíz wypływa z 7 źródeł i skupia dobroczynne działanie wód leczniczych zawierających dwutlenek węgla, siarkę, magnez, wodorowęglany i delikatnie emanujący rad. Z kolei dno jeziora Hévíz pokryte jest grubą warstwą błota leczniczego, które w sposób unikalny koncentruje w sobie wszystkie właściwości lecznicze wody z jeziora. Błoto z jeziora dzięki zawartości radu ma działanie przeciwbólowe. Rad przenikając do organizmu, przyspiesza procesy trawienne, uspokaja układ nerwowy, pobudza działanie węzłów chłonnych – słowem: przyspiesza powrót do zdrowia.
Z tego błota nasi rodacy, których dosyć wielu spotkałem wygrzewających się w wodach jeziora, po trosze się naśmiewają. Twierdzą, że wcześniej było go zdecydowanie więcej; jego mnóstwo postrzępionych elementów co chwilę odrywało się z podłoża. Teraz jego sporą część spotkać można w luksusowych hotelach w Heviz, w których zameldowali się przede wszystkim bogaci emeryci z Austrii i Niemiec. Czy tak jest faktycznie? Bardzo prawdopodobnie. Tak czy inaczej woda oraz muł mają silne właściwości lecznicze, zwłaszcza w schorzeniach reumatycznych i narządów ruchu. Podczas kilkudniowego pobytu w Heviz najbardziej opłaca się wykupić 20-godzinny karnet wstępu na jezioro. Kosztuje 14 tysięcy forintów (około 225 złotych. Analizując ceny węgierskich produktów i usług najlepiej kierować się uproszczonym przelicznikiem: 1000 forintów – 15 zł). Do tego dochodzi 1000 forintów zwrotnej kaucji za opaskę z czytnikiem czasu. Taki karnet – w przeciwieństwie do biletów jednodniowych czy tygodniowych – nie wymusza na nas codziennego korzystania z uroków jeziora. Kąpiele możemy przeplatać z odkrywaniem uroków okolic, o czym poniżej. Pływając (odpowiednio zabezpieczeni przed utonięciem) w wodach jeziora Gyogyto słyszymy najczęściej język niemiecki. Nie brak jednak także Polaków, Czechów czy Słoweńców, a także Rosjan. W tym ostatnim wypadku średnia wieku jest najniższa, szczególnie jeśli chodzi o płeć piękną.
Czy w Héviz tylko jezioro?
Od razu odpowiadam na to pytanie. Heviz to przecież jedna z miejscowości Węgier. A skoro jesteśmy na Węgrzech, to grzech nie korzystać z miejscowych restauracji z wyśmienitym, przez wielu tak zwanych smakoszy niedocenianym winem i znakomitym menu. Większość węgierskich specjałów odnajdujemy w csardach, ale nie brak ich też w innych restauracjach. Z reguły nikt nie jest skłonny do wyrzucania pieniędzy w błoto, zatem jeśli chcemy dobrze i w miarę tanio zjeść, szukamy restauracji poza centrum: im dalej od tego punktu, tym taniej, a naszym zdaniem także smaczniej. Pierwszego dnia pobytu byliśmy tak zmęczeni podróżą, że jedliśmy w położonej tuż przy deptaku prowadzącej do jeziora restauracji Rozsa Kert. Drugie danie: noga z gęsi z dodatkami to wydatek rzędu prawie 4 tys. forintów. Zdecydowanie za drogo. Podobnej wielkości danie – pół kaczki (po węgiersku: koczio) – w restauracji Romai Pince (około 2 km od centrum) kosztowało niecałe 2,5 tysiąca forintów. Do kaczki, także do innych węgierskich potraw, wypada oczywiście zamówić czerwone wino; litrowa karafka to koszt 1800 forintów. Jeśli poszukacie państwo w internecie restauracji w Héviz, to zobaczycie, że Polacy, zresztą nie tylko, tworzą ich swoistą i płynną hierarchię. Właśnie Roami Pince plasuje się tam ostatnio na pierwszym miejscu. Pewnie za kuchnię, a moim zdaniem przede wszystkim za przepiękne widoki na okolice Héviz. Jeśli chcemy posłuchać pięknych węgierskich czardaszy, to warto wybrać restaurację z drugiej części miasta – Magyar csarda. Duży wybór specjałów, nie tylko węgierskich, bo serwują tu także dobrą pizzę, odnajdziemy w usytuowanej w części targowo-handlowej Kocsi Csarda. Za to tuż obok Kocsi – w niemieckiej restauracji HB – zjemy najlepiej podaną, bo w żeliwnych kociołkach, cudownie pachnącą zupę gulaszową. Kelner zawsze podaje do niej umieszczoną w małym dzbaneczku świeżą, bardzo ostrą pastę paprykową. Zupa z jej dodatkiem smakuje wybornie, choć przyznać trzeba, że wina w takim wypadku trzeba pić więcej niż zazwyczaj… Jeśli ktoś w dalszym ciaągu czuje się niedojedzony, to warto pokusić się (również na placu targowo-handlowym) na langosza. To taki węgierski płaski, smażony na oleju placek. Wygląda jak mała pizza, a smakuje trochę jak pączek. Langosza podaje się z różnymi dodatkami, najczęściej ze śmietaną bądź startym serem. Mnie najbardziej przypadł do gustu z czerwoną cebulą.
Heviz oferuje niezmierzoną liczbę różnych możliwości zakwaterowania: od drogich hoteli typu Lotus Therme Hotel & Spa czy Hotel Europa Fit Superior do bardzo ciekawie usytuowanych apartamentów w cichej okolicy, w pobliżu ulic Attila czy Zrinyi. My wybraliśmy jeszcze inne rozwiązanie – pensjonat ze śniadaniem. Same plusy: centrum miasta (ulica Erzsebet Kiralyne), blisko do jeziora, bardzo przyzwoita cena i gotowy posiłek rano. Willa City Center – polecam. Takich pensjonatów jak ten jest w centrum więcej.
Dla lubiących zwiedzać
Taki już mam charakter, że nie umiem długo usiedzieć w jednym miejscu. Zatem dla mnie Héviz w dużej części było bazą wypadową. A w dalszej lub bliższej okolicy nie brak wszelakich atrakcji. Choćby pięknie usytuowany zamek Sumeg, tylko 20 km od miejsca naszego pobytu. Kolejny zamek, a przy okazji mnóstwo piwnic z winami odnajdziemy w Szigliget. To miejsce i miejscowe wina są bardzo w Héviz przez różne foldery i agencje turystyczne reklamowane. Organizowane są tam m.in. tak popularne wśród turystów wieczory folkloru. Jednak naszym zdaniem zdecydowanie lepsze wina odnajdziemy w Badacsonytomai, nad jeziorem Balaton. Trudno trafić, ale wystarczy spytać któregoś z miejscowych, używając magicznego zwrotu Keller bor (wina Kellera). Poproszony przez nas mieszkaniec wioski wyszedł ze sklepu i pokazując ręką wzdłuż ulicy, wołał życzliwie: ott. A cóż to może znaczyć? Tak czy inaczej piwnicę z wyśmienitymi winami (można próbować przed zakupem) znaleźliśmy na końcu ulicy, a dopiero w pensjonacie za pomocą rozmówek węgierskich przetłumaczyłem sobie ten zwrot. Znaczy on po prostu „tam”.
Skoro już jesteśmy nad Balatonem, to grzechem byłoby nie pojechać do uroczego, położonego na cyplu wrzynającym się w jezioro, Tihany. Cała osada to taki swoisty skansen (oprócz oczywiście innych atrakcji, takich jak podziemia do zwiedzania). Uwagę turystów przyciągają miejscowe dzieci, które w wielkich kotłach warzą marmoladę, zresztą dorośli robią to samo, tylko trochę dalej. Słoiczek takiej marmolady kupić można za 900 forintów; sprzedawca doskonale mówi po angielsku. Polecam bardzo dobre piwo domowej roboty za 600 forintów, ewentualnie rumianą chałkę za 400 forintów lub placek langosz kosztujący 550 forintów. Wracając z Tihany do Héviz, warto zahaczyć o Tapolcę, gdzie za odpowiednią opłatą na blaszanych łódkach możemy popływać w podziemnych grotach. Nie zapomnijmy także o górze wulkanicznej w Monoszlo, niedaleko Hegyestu. 5 km od Héviz można zwiedzić zamek (naszym zdaniem raczej pałac) w Keszthely, a przy okazji zrobić zakupy w hipermakecie Tesco. To dominująca marka na Węgrzech. Na koniec warto jednak wrócić do Héviz, bo 3 razy w tygodniu: w środy, czwartki i soboty czynne jest targowisko. Bo gdzie jak nie na targowisku kupimy najlepsze paprykowe węgierskie salami?
Jak dojechać
Do Heviz dojeżdżamy na dwa sposoby: albo tradycyjną, znaną Polakom choćby z wypraw nad Adriatyk, drogą przez Czechy, albo ciekawą widokową trasą przez Cieszyn z wykorzystaniem nowej autostrady na Słowacji od Żiliny do Bratysławy. To o 50 km krótsza droga! Jedzie się jednak dużo dłużej, szczególnie w dni powszednie, kiedy musimy wyprzedzać całe ciągi Tirów. Te powodują, że stoi się najpierw w dwugodzinnym w korku w miejscowości Cadca (zaraz za granicą czesko-słowacką, a potem tuż za granicą słowacko-węgierską w miejscowości Rajka). Reasumując: tą trasą jechaliśmy do Heviz 13 godzin. Z powrotem wracaliśmy przez czeskie Brno i korzystając z sieci autostrad i dróg szybkiego ruchu, do Polski przyjechaliśmy w 11 godzin.
Na koniec jeszcze jedna dobra rada. Na Węgrzech jak wszędzie indziej warto znać jakiś obcy język choćby w stopniu podstawowym. Taki wystarczy! Uwierzcie: mało gramatyczne sformułowanie typu „Kali kraść krowy” jest doskonale zrozumiałe dla węgierskiego kelnera czy sklepikarza. Niestety, angielski na prowincji jest stosunkowo mało popularny. Dominuje historycznie związany z Węgrami (monarchia austro-węgierska) język niemiecki. Na szczęście menu w restauracjach dostaniemy – jeśli poprosimy – w dwóch najbardziej znanych Polakom językach: angielskim i rosyjskim.
Tomasz Szatkowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze