Reklama

Marcowa Apulia o rzut beretem... Bari, Monopoli i Matera w 4 dni. Podróż śladami królowej Bony i włoskich smaków

Beret w tytule głównym to oczywiście przenośnia. Niemniej w prosty sposób pokazuje, że w dobie szybkiego podróżowania i powszechnej dostępności tanich biletów lotniczych wyprawa do włoskiej krainy ze stolicą w Bari nie powinna stanowić większego problemu. Czy warto? Oczywiście! Poza pięknymi widokami, nawiązaniem do śladów przeszłości, także płockich, wracamy bowiem z Włoch z całym bukietem nowych doznań kulinarnych.

Na początek trochę o sprawach organizacyjnych. Po pierwsze: kiedy? Bezwzględnie poza sezonem turystycznym. Z kilku oczywistych powodów, a najważniejszy jest ten finansowy. Ceny biletów lotniczych, hoteli, kwater czy apartamentów, a nawet posiłków w fast-foodach czy restauracjach inne są wiosną czy jesienią, a inne od maja do września. Swoje robi też temperatura. Aktualnie w Bari i okolicach jest od 15 do 21 stopni. Idealna pogoda do swobodnego przemieszczania się i zwiedzania tego, co mamy w planach. Latem temperatura poniżej 30 stopni Celsjusza to prawdziwa rzadkość. Wreszcie, nie wiem jak wy, ale ja na przykład nie znoszę tłumów podczas zwiedzania. Nie lubię godzinnych kolejek do kasy przed konkretnym muzeum, ani stania na jednej nodze w pociągu do Matery. A tak to właśnie będzie wyglądać latem!

 

Reklama

Wiosna to idealny czas na zwiedzanie

Zatem najlepszy czas na zwiedzanie Apulii to marzec i kwiecień, potem październik i listopad. Lot do Bari trwa około 2 godzin. Mieszkańcy Mazowsza Płockiego mają o tyle wygodną sytuację, że samoloty do Bari (Apulia ma jeszcze jedno lotnisko – w Brindisi, jednak z powodów komunikacyjnych, szczególnie jeśli nie zamierza się wypożyczać na miejscu samochodu, Bari jest zdecydowanie korzystniejszą lokalizacją) odlatują z pobliskiego Modlina. z Płocka na lotnisko w Modlinie dojedziemy w niecałą godzinę, co czyni Bari niemal „podmiejską” destynacją dla mieszkańców naszego regionu.

Kolejne pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć przed podróżą, to liczba dni, które zamierzamy spędzić za granicą. Oczywiście liczba ta zależy od naszych możliwości finansowych, niemniej jeśli nasz przykład może być dla czytelników TP pomocny, to wskazujemy na 4 doby (4 noclegi). Dzięki takiemu przedziałowi czasowemu udało się zmieścić w przygotowanym przez nas planie podróży i zwiedzania najważniejsze miasta regionu: Bari, Monopoli, Polignano a Mare, Materę, Alberobello.

Reklama

Kolejne pytanie dotyczy miejsca noclegowego. Pamiętajmy: najpierw realizujemy kupno tanich biletów do Bari i z powrotem. Potem – mając w pamięci daty wylotu z Modlina i z powrotem z Bari – szukamy kwater. W internecie bez problemu takie znajdziemy: albo bezpośrednio od tych, którzy się ogłaszają, ale przez różnorakie platformy, takie jak booking.com. Można też oszczędzić sobie długiego wyszukiwania i dopasowywania terminów lotów i dat wynajęcia kwatery. Warto tę propozycję rozważyć. Przez ostatnie lata, planując każdy wyjazd z żoną i znajomymi, żmudnie przeszukiwałem wszystkie oferty i łączyłem je w całość; było to meczące i czasami miało się tego serdecznie dość! W tym roku, lecąc na Maltę, skorzystaliśmy z oferty typu city break (podróż plus nocleg). Okazało się, że te propozycje z Esky są niewiele droższe od tych, które samemu się zaplanuje. Zatem jeśli ktoś albo nie ma czasu, albo nie wie, jak to się robi, albo po prostu mu się nie chce, to lepiej, żeby sięgnął po gotowy produkt. Szybciej, pewniej i naprawdę niewiele drożej! Nawet kiedy do samolotu weźmie się dodatkowy, 20-kilogramowy bagaż rejestrowany. Ba, nie wyobrażam wręcz sobie, żebyśmy w wieku 50+ ograniczali się z żoną do dwóch bezpłatnych 5-kilogramowych (o określonych wymiarach) plecaczków. Dodatkowa 20-kilogramowa walizka na dwoje załatwia sprawę. Choć, jak się przekonaliśmy, nie u wszystkich. Nasi znajomi z Poznania, z którymi ostatnio wyruszamy razem do różnych ciekawych miejsc w Europie, za każdym razem dokonując powrotnej odprawy, dokupują sobie kolejne 10 kilogramów. Bo albo to dobre wina, albo oliwa, albo rewelacyjny ser, albo wreszcie prezenty dla najbliższych...

Na koniec warto pomyśleć o sposobie poruszania się na miejscu. Są tacy, którzy zawsze i wszędzie preferują wypożyczenie samochodu. OK, to dobra opcja, znacznie skracająca przemieszczanie się na miejscu. W niektórych krajach czy miejscach jest wręcz niezbędna (choćby na tak rozległej wyspie jak Cypr, gdzie z komunikacją publiczną bywa bardzo różnie). Niemniej ma zasadnicze wady. Miasta w Apulii, a już Bari szczególnie, mają ogromny problem z miejscami do parkowania. Wypożyczając auto, musimy się sporo nagłowić, planując wycieczkę i natrudzić potem – w trakcie jej trwania, żeby odpowiednie miejsca do parkowania znaleźć. To raz! Dwa to cena. Auto z wypożyczalni to kolejny, wcale niemały koszt. Tymczasem Apulia ma bardzo dobrze rozwiniętą komunikację publiczną, szczególnie kolejową. Nie ma większych problemów, żeby dotrzeć do wymienionych przez nas miejscowości.

Reklama

 

Na początek Monopoli

Co chcemy zobaczyć w Apulii, jakie miasta zwiedzić, które katedry czy muzea zobaczyć? To oczywiście zależy od nas. Moja rada? Warto mieć wcześniej dobrze przygotowany i przemyślany, rozpisany na konkretne dni plan: z miejscami, godzinami odjazdów pociągów, cenami biletów wstępu, sposobami przemieszczania się, miejscami, gdzie warto skosztować doskonałej kuchni itp. Nasz plan liczył kilkanaście stron wydruku! Bardzo się przydał, choć oczywiście niespodzianek (wynikających chociażby z opóźnień niektórych pociągów) nie brakowało.

Reklama

Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na dwa położone blisko siebie miasta: Monopoli i Polignano a Mare. Włoska Apulia skrywa wiele skarbów, ale to Monopoli – miasto „jedyne w swoim rodzaju”, jak sugeruje jego grecka nazwa Monos Polis – stanowi esencję adriatyckiego wybrzeża. Choć często bywa w cieniu sąsiedniego Polignano a Mare, oferuje znacznie bardziej autentyczne doświadczenie, gdzie zapach morza miesza się z aromatem świeżo parzonego espresso i pieczonej focacci.

Co warto zobaczyć? Jakie są nasze punkty obowiązkowe? Najpierw Porto Vecchio (Stary Port). To najbardziej pocztówkowe miejsce w mieście. W błękitnej wodzie kołyszą się tradycyjne, drewniane łodzie rybackie zwane gozzi, malowane na jaskrawy czerwony i niebieski kolor.

Reklama

Katedra Maria Santissima della Madia to barokowa perła, której wnętrze onieśmiela bogactwem marmurów. Legenda głosi, że w 1117 roku, gdy brakowało drewna na dokończenie dachu świątyni, do portu cudownie wpłynęła tratwa z ikoną Madonny, która do dziś jest czczona jako patronka miasta.

Zamek Karola V to fortyfikacja z XVI wieku, wzniesiona na cyplu, przypomina o czasach hiszpańskiego panowania. Dziś odbywają się tu wystawy i wydarzenia kulturalne, a z murów roztacza się najpiękniejsza panorama na otwarte morze.

Reklama

Na koniec ciekawostka: niektórzy mówią, że w Monopoli jest 99 kościołów: Choć liczba ta jest mocno przesadzona, to miejscowość ta słynie z niezwykłego zagęszczenia świątyń i kapliczek, co świadczy o dawnym bogactwie i głębokiej religijności mieszkańców.

 

Zawieszone między niebem a morzem

Polignano a Mare to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc we Włoszech, gdzie białe domy zdają się wyrastać wprost z wysokich, poszarpanych klifów. To tutaj błękit Adriatyku spotyka się z dramatyczną architekturą natury, tworząc scenerię, która od lat inspiruje artystów, poetów i skoczków do wody z całego świata.

Reklama

Co warto zobaczyć? Jakie są nasze punkty obowiązkowe? Najpierw Lama Monachile, czyli słynna plaża (obecna na wielu pocztówkach i turystycznych prospektach) wciśnięta między dwa pionowe klify, nad którą góruje wysoki most rzymski – to widok, który definiuje całą Apulię. Warto też przejść przez bramę Arco Marchesale, by wejść do serca starego miasta, gdzie na ścianach kamienic wypisane są fragmenty poezji, nadające uliczkom oniryczny klimat. Obowiązkowym punktem są liczne tarasy widokowe (belvedere), jak choćby ten przy via Roma, z których można podziwiać potęgę fal rozbijających się o jaskinie pod miastem.

Polignano to rodzinne miasto Domenico Modugno, autora światowego hitu „Nel blu dipinto di blu”, znanego lepiej jako „Volare”. Turyści mają zwyczaj robienia sobie zdjęć przy pomniku tego muzyka. Oczywiście pozując do zdjęcia ramiona układają sobie w ten sam charakterystyczny sposób, w jaki „robi to” pomnikowy Domenico.

Reklama

 

„Pasję” nagrywano w Materze

Matera to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie, które przeszło drogę od narodowej traumy do kulturalnej stolicy Europy. Zawieszona na zboczu głębokiego wąwozu Gravina, uderza surowym pięknem kamiennych domostw, które przez wieki były symbolem nędzy, a dziś przyciągają filmowców i podróżników z całego globu.

Jaki jest nasz plan zwiedzania Matery? Przede wszystkim musimy zobaczyć Sassi di Matera, czyli dwie historyczne dzielnice: Barisano i Caveoso. To labirynt jaskiń i domów wydrążonych bezpośrednio w skale, gdzie granica między architekturą a naturą niemal nie istnieje. Kolejnym punktem jest Casa Grotta, wiernie odtworzone dawne mieszkanie, które pokazuje, w jak trudnych warunkach jeszcze w połowie XX wieku żyli tu ludzie wraz ze swoimi zwierzętami. Warto też zajrzeć do Palombaro Lungo, gigantycznej podziemnej cysterny na wodę, nazywanej „podziemną katedrą”, która imponuje swoimi rozmiarami i inżynierią sprzed wieków.

Reklama

Na koniec trochę filmowo: przez lata Materę nazywano „hańbą Włoch” (la vergogna nazionale) z powodu panującej tu biedoty i chorób, co doprowadziło do przymusowego przesiedlenia 15 tysięcy mieszkańców w latach 50. XX wieku. Dziś te same jaskinie, które były powodem wstydu, są luksusowymi hotelami, a miasto stało się tak fotogeniczne, że „grało” starożytną Jerozolimę w filmie „Pasja” Mela Gibsona.

 

Miasto jak z bajki

Alberobello to miasto, które wygląda jak wyjęte prosto z bajki, a wszystko za sprawą charakterystycznych białych domków ze spiczastymi dachami. Te unikalne konstrukcje, budowane bez użycia zaprawy, sprawiły, że cała miejscowość została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, stając się najbardziej rozpoznawalnym symbolem regionu.

Reklama

Gdzie skierować pierwsze kroki? Przede wszystkim do dzielnicy Rione Monti, gdzie na wzgórzu stłoczonych jest ponad tysiąc domków trulli, w których dziś mieszczą się sklepiki z lokalnym rzemiosłem i kawiarnie. Warto podejść do Trullo Sovrano, jedynego dwupiętrowego domu tego typu, który pełni funkcję muzeum i pokazuje, jak sprytnie planowano przestrzeń wewnątrz tych kamiennych stożków. Ciekawym punktem jest też kościół Sant’Antonio di Padova, który – jako jedyna świątynia na świecie – został zbudowany w formie gigantycznego trullo, idealnie wtapiając się w architekturę miasta.

Specyficzny kształt dachów i budowa z suchych kamieni nie były kwestią estetyki, lecz sprytnym sposobem na unikanie podatków. Gdy do miasta zbliżali się królewscy poborcy, mieszkańcy w prosty sposób demontowali dachy, by udowodnić, że ich domostwa to jedynie tymczasowe schronienia lub sterty kamieni, od których nie trzeba płacić daniny.

 

Stolica regionu i polskie ślady nad Adriatykiem

Bari to miasto o dwóch obliczach, które idealnie się uzupełniają: elegancka, XIX-wieczna dzielnica Murat z szerokimi bulwarami i luksusowymi butikami sąsiaduje tu z fascynującym, gwarnym labiryntem Bari Vecchia. Jako główny węzeł komunikacyjny i serce Apulii miasto stanowi doskonałą bazę wypadową – to stąd ruszają pociągi w głąb regionu, ale samo Bari zasługuje na znacznie więcej niż tylko krótki postój między przesiadkami. To tutaj bije prawdziwe, południowowłoskie serce, gdzie zapach morza miesza się z aromatem domowego sosu pomidorowego.

Co warto wpisać na listę naszych punktów obowiązkowych? Spacer po Starym Mieście warto zacząć od Bazyliki św. Mikołaja (Basilica di San Nicola). To monumentalna, romańska budowla, która skrywa w swoich kryptach relikwie jednego z najpopularniejszych świętych na świecie. Dla nas, Polaków, jest to miejsce szczególne – w samym sercu bazyliki, za ołtarzem głównym, znajduje się renesansowy nagrobek królowej Bony Sforzy. Polska władczyni, która sprowadziła do naszego kraju „włoszczyznę”, spoczywa właśnie tutaj, w swoim rodzinnym Bari, a jej postać wciąż przypomina o dawnych, silnych więzach między naszymi narodami. Kolejnym przystankiem musi być Castello Svevo, potężna forteca otoczona fosą, która przez wieki broniła dostępu do miasta od strony lądu i morza.

Gdzie szukać autentycznego klimatu Bari? Koniecznie trzeba udać się na Arco Basso, znaną szerzej jako „ulica makaronu”. To tutaj, na oczach przechodniów, lokalne gospodynie – nonne – z niesamowitą zręcznością formują na drewnianych stolnicach słynne orecchiette, czyli makaron w kształcie małych uszek. Widok rzędów suszącego się na słońcu ciasta to jeden z najbardziej ikonicznych obrazów Apulii. Wieczorem warto z kolei wybrać się na spacer wzdłuż Lungomare Nazario Sauro, najdłuższej promenady we Włoszech, by przy blasku latarni poczuć morską bryzę i zobaczyć, jak mieszkańcy celebrują wspólne chwile przy tradycyjnym aperitivo.

Warto wiedzieć, że św. Mikołaj, patron miasta, nie ma nic wspólnego z czerwonym kubrakiem i saniami z reklamy. Oryginalny Mikołaj był biskupem Miry, a jego szczątki zostały... wykradzione przez kupców z Bari w 1087 roku, by uchronić je przed najazdem muzułmańskim. Do dziś co roku w maju miasto obchodzi huczne święto na pamiątkę tego wydarzenia, a postać świętego jest tu obecna niemal wszędzie – od domowych ołtarzyków po murale w wąskich uliczkach.

 

Euro dla Mikołaja

W samej Bazylice św. Mikołaja wzrok przyciąga nie tylko surowy kamień romańskich murów, ale i niezwykle barwny, polichromowany posąg patrona miasta. Święty Mikołaj, przedstawiony w dostojnych szatach biskupich, o ciemnej karnacji przypominającej o jego małoazjatyckim pochodzeniu, bacznie spogląda na wiernych z wysokości swojego postumentu. To właśnie wokół tej figury koncentruje się jedna z najbardziej żywych tradycji Bari, łącząca głęboką wiarę z bardzo przyziemnymi prośbami.

Gdzie szukać tego niezwykłego detalu? Przy posągu znajduje się charakterystyczna skarbona, często przypominająca małe okienko lub otwór w obudowie. To właśnie tam pielgrzymi i turyści z całego świata wrzucają monety oraz drobne karteczki z zapisanymi intencjami. Gesty te mają niemal magiczny charakter – wierzy się, że brzęk pieniądza wrzuconego „bezpośrednio” do świętego przyspiesza wysłuchanie próśb, szczególnie tych dotyczących pomyślności w rodzinie czy znalezienia dobrego męża, co nawiązuje do legendy o trzech córkach, którym Mikołaj podarował posag.

Pieniądze wrzucane przez okienko do posągu mają swoją specyficzną nazwę i przeznaczenie – nazywa się je często „pieniędzmi św. Mikołaja”, a zebrane fundusze od wieków wspierają najuboższych mieszkańców Bari oraz utrzymanie samej bazyliki. Co ciekawe, tradycja ta jest tak silna, że nawet w dobie płatności zbliżeniowych przed wejściem do bazyliki niemal każdy szuka w kieszeni drobnej monety, by zgodnie z lokalnym zwyczajem „zadzwonić” nią o dno skarbony i zapewnić sobie przychylność biskupa z Miry. Warto zauważyć, że większość turystów widzi ostatnio to „dzwonienie” trochę inaczej, dlatego dla odmiany w nogach świętego coraz częściej widzimy euro papierkowe niż brzęczącą monetę... Pieniądze wrzucane są bezpośrednio przez okienko w szklanej kopule otaczającej figurę.

 

To ważna władczyni dla Płocka

Przyznam, że wybierając się do Bari byłem zafiksowany płockimi inklinacjami tej władczyni. Trudno zresztą o inne podejście, skoro jej związki z naszym miastem to nie tylko podręcznikowa historia, ale fundament mazowieckiej tożsamości. Bona rezydowała na Mazowszu, a płocki zamek i miasto stanowiły jeden z najważniejszych filarów jej domeny, z której twardą ręką zarządzała swoimi dobrami.

Dlaczego te płockie ślady są tak istotne w kontekście podróży do Bari? Historyczne przekazy wspominają o jej ogromnym zaangażowaniu w rozwój regionu – od wprowadzania nowoczesnych metod uprawy roli po dbałość o miejską infrastrukturę. Kiedy więc dziś patrzymy na monumentalny nagrobek w Bari, warto pamiętać, że ta sama kobieta, która spoczywa wśród marmurów bazyliki św. Mikołaja, wcześniej patrzyła czasami z tumskich tarasów na rozlewiska Wisły, planując logistyczną operację wywiezienia swoich ogromnych skarbów, słynnych „sum neapolitańskich”, właśnie z Mazowsza.

Ciekawostką, o której rzadko wspomina się w ogólnych przewodnikach, jest fakt, że to właśnie dzięki Bonie i jej płockiemu dworowi nasze miasto stało się na moment „małą Italią”. Legenda mówi, że niektóre z nasion warzyw, które dziś nazywamy włoszczyzną, były testowane właśnie w przyzamkowych ogrodach na zboczu Wisły. Czy tak było w rzeczywistości? Trudno powiedzieć, jednak kiedy w Bari na Arco Basso widzimy kobiety lepiące makaron, łatwo ulec złudzeniu, że te same gesty i te same aromaty mogły towarzyszyć kuchennym przygotowaniom na płockim zamku niemal pięćset lat temu.

 

Smaki Apulii: od ulicznego jedzenia po owoce morza

Wyjazd do Bari i okolic to dla polskiego turysty przede wszystkim lekcja kulinarnej prostoty, która opiera się na genialnej jakości lokalnych produktów. Nasz „bukiet doznań” zaczął się od focaccia barese – puszystego ciasta z oliwkami i pomidorkami, które w lokalnych piekarniach (panificio) kupuje się za około 1,50–2 euro za solidny kawałek. To idealna przekąska w biegu między kolejnymi pociągami. W samym Bari nie można pominąć sgagliozze, czyli smażonych kwadratów z polenty, które starsze panie sprzedają prosto z wielkich kotłów na ulicach starego miasta.

W restauracjach króluje oczywiście wspominany wcześniej makaron orecchiette. Najpopularniejsza wersja to ta z cime di rapa, czyli liśćmi rzepy, podawana z dużą ilością oliwy, czosnkiem i czasem z dodatkiem sardeli. Ceny takiego dania w lokalnych trattoriach wahają się zazwyczaj od 8 do 12 euro. Dla odważniejszych smakoszy punktem obowiązkowym jest port w Bari, gdzie rano można skosztować surowych owoców morza: od jeżowców, przez krewetki, aż po małe ośmiorniczki, które rybacy przygotowują na poczekaniu.

Wyprawa do Apulii, choć logistycznie prosta i dostępna na wyciągnięcie ręki dzięki tanim połączeniom lotniczym, zostawia w człowieku trwały ślad. Wracamy z bagażem pełnym smaków, ale też z przekonaniem, że włoskie południe to miejsce, gdzie czas płynie inaczej, a każda filiżanka espresso wypita przy porcie w Monopoli smakuje jak najlepsza inwestycja w dobre samopoczucie. To region, który nie potrzebuje filtrów w mediach społecznościowych – on po prostu broni się autentycznością, którą czuć w każdym kęsie i na każdym kroku, także tym prowadzącym śladami naszej wspólnej, polsko-włoskiej historii.

 

Fot. Tomasz Szatkowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości