Reklama

Najtaniej nocą

26/08/2004 09:45
Hurtownicy przyjeżdżają nocą, sklepikarze nad ranem. Od godziny drugiej w nocy do dziewiątej rano na giełdzie towarowej Ryneksu na Kostrogaju dóbr wszelakich nie brakuje. Na stoiskach piętrzą się worki cebuli, buraków i ogórków, obok leży koper. W skrzynkach duży wybór jabłek, brzoskwiń i śliwek. Niby dobrobyt, ale kupców brak. To główna bolączka sprzedających: producentów i zwykłych handlarzy. - Niech pani napisze, że jest tragicznie – prosi kobieta, która stoi w tym miejscu noc w noc, w sezonie letnim. A tragedię spowodowały duże sklepy.
Starsza pani z trochę młodszą koleżanką mówi, że przyjeżdża na Kostrogaj z dwóch powodów: towar jest świeży i tani. Bez marży, narzutów, pośredników. Rozmowę ze sprzedającym warzywa co chwilę przerywają pytania o cenę ogórków. 20-kilogramowy worek ogórków „na konserwę” kosztuje jedyne 20 zł. Pęczki kopru są w cenie 50 gr – 1 zł. Mężczyzna skarży się, że czasami jest ciasno, bo tyle najedzie samochodów. Mirosław Dylewski przyjechał na giełdę z Brochocinka o drugiej w nocy, pobędzie do ósmej rano: – W zależności ile się ma towaru i jaki jest ruch. Jednego dnia można zarobić 50, drugiego 150 zł.

Na straganie
w dzień targowy
Największy ruch jest tu o trzeciej, czwartej nad ranem. Towar biorą wtedy hurtownicy, sklepikarze kupują mniej. Za wjazd na giełdę po towar płaci się 2 zł, osobowym z towarem 6 zł i ciężarowym z towarem 12 zł. Właścicielka 3 ha kapusty w Trzepowie, za jedną główkę bierze złotówkę. Jej sąsiadka z Zalesia dojechała na giełdę z pomidorami spod folii o godzinie pierwszej. Ile nocy w tygodniu „zarywają” producenci warzyw i owoców. – Przyjeżdżamy tu regularnie. To jedyna szansa, żeby coś sprzedać, Na rynku nie ma szans, bo handlarze mają powykupowane place. Poza tym na rynku to mało pani sprzeda, a od nas biorą od razu więcej, do sklepów.
Podczas jednej nocy można utargować 500 zł albo i więcej. Są tacy, co pojadą do domu i z 5 tysiącami złotych. Wszyscy handlujący marzą o piątku: wtedy na giełdzie jest najciaśniej, ale i sprzedać można najwięcej: – Od dziewiątej wieczór waruje się przed bramą samochodami, żeby tylko udało się wjechać – mówią kobiety.
Trochę dalej w alejce usadowił się młody sprzedawca czerwonej papryki (10 zł za 5 kg), cebuli (10 zł za 10 kg), buraków (5 zł za 10 kg) i marchwi (6 zł za 10 kg) i kapusty pekińskiej (6 zł za 5 kg). Rozmawia niechętnie, bo handel idzie słabo: – Dużo ludzi wyjeżdża na wakacje, sklepy zamykają, zysk minimalny. Lepiej było w lipcu.

Tylko bez nazwisk
Nasi rozmówcy nie ukrywają, że teraz to chyba przyjeżdżają już tylko na giełdę z przyzwyczajenia, bo nie po to, żeby zarobić. A są na giełdzie każdego roku od 10 lat: – Wszystkiemu winne są duże sklepy, one zabrały nam Polakom chleb. Nie ma gdzie tych warzyw teraz sprzedać. Trzeba cenę obniżać, bo nikt nie chce tego z powrotem wieźć do domu – dwoje sprzedających nie ukrywa wzburzenia. – Zdarza się, że klienci wybrzydzają, że tu jest wszystko niedobre, a w supermarkecie kupują przeterminowane śmieci i jest dobre. W jednym sklepie to widziałam ogórki po 99 gr za kg, ale była połowa zgniłych. I tak ludzie tam grzebali. Dlatego często jesteśmy do tyłu z handlem – ubolewają
Podobno wszyscy kupujący się targują. Biorą niedużo, po jednym woreczku, ale codziennie. Jak się mówi, że ogórki kosztują 1,60 zł, to odpowiadają, że w skupie jest 1,50 zł i trzeba opuścić. Ale są tacy, co ceny za nic w świecie nie opuszczą. Mówią, że wyprodukowali i musi się im zwrócić.
Najtrudniej porozmawiać ze sklepikarzami. Na prośbę o rozmowę odpowiadają, że się bardzo śpieszą. Udaje się nam tylko dowiedzieć, że robią na Kostrogaju zakupy, bo tu jest najbliżej. Do Warszawy jechać się nie opłaca, tu codziennie przyjeżdżają rano po świeżą dostawę. Za to handlowcy zapraszają na giełdę w piątek, bo wtedy jest najwięcej producentów.

Lament handlarzy
Największy lament niesie się z ust handlarzy: – To agonia dla sklepikarzy. Handlujemy, bo nie mamy pracy. Kraść nie pójdziemy.
Kiedy mówię, że piszę reportaż o giełdzie słyszę, żeby lepiej nie pisać, bo nic dobrego tu nie usłyszę. Na przykład, że giełda jest otwierana za późno (powinna być o 22.00). Rolnik z Brzozowa w gminie Iłów co noc ma do pokonania 40 km, sprzedaje słoneczniki po 70-80 gr (zasiał pół hektara): – Musi się opłacać, bo nie ma innego wyjścia. Słonecznik to nie złoto, więcej jak złotówkę nie może kosztować. Ktoś go kupi, to sprzedaje dalej, żeby zarobić. Rolnik życzyłby sobie więcej kupców. Mówi o nadprodukcji: podejrzy się, że sąsiad zasiał słoneczniki, to u siebie też się je sieje. I wszystkiego jest zanadto. Ten posiał ogórki, tamten posiał ogórki i ogórków na rynku zrobiło się dużo. Podobno niektóre towary na płockiej giełdzie są droższe niż w podwarszawskich Broniszach, gdzie jest łatwiejszy zbyt: – Tam pani może sprzedać dużo i szybko, a tu to tylko takie dłubanie, że Boże zlituj się. Na każdym rynku liczy się ilość towaru i odbiorca. Jak jest mało, zaraz cena rośnie. Chociaż cenowo to Płock jest droższy niż Warszawa – handlarze przywożą towar z Warszawy i sprzedają go w Płocku.
Obok słoneczników stoją brzoskwinie (2 zł za kg). Posiadacz brzoskwiniowego sadu w Wężykach koło Sochaczewa na pytania reaguje powściągliwie: – Towar w ogóle nie schodzi, ludzie nie mają w tym roku pieniędzy, bo w zeszłym brzoskwinie były droższe i schodziły. Obecność dziennikarza przynosi jednak malkontentowi dobrą passę – trafia się kupiec trzech skrzynek po 5 kg owoców (wszystkich na sprzedaż było tej nocy 200 kg).

80 samochodów
z towarem
To był autentyczny producent, ale w godzinach rannych na targu jest zdecydowanie więcej handlowców: – Dziś nic nie schodzi, nie ma ludzi. Brakuje im funduszy. Duże sklepy ceny mają niższe jak na giełdzie, to wiadomo, że ludzie nie będą kupować na giełdzie – mężczyzna powtarza opinię swoich przedmówców. Jabłka ma po 1,30-2 zł za kg, gruszki i śliwki po 1 zł: – Jest bardzo kiepsko. W tym roku udaje się zarobić jedynie 30 % tego, co było jeszcze dwa lata temu.
Do kierownika giełdy prowadzi nas bileter, po drodze sympatycznie zagabywany przez rolników. Widać, że lubiany i zaprzyjaźniony ze stałymi bywalcami. Kierownik giełdy towarowej przy ul. Bielskiej Tomasz Rakowski wie o wizycie dziennikarzy, rozmawia chętnie i otwarcie: – Ja mam satysfakcję z pracy, gdy kupcy są zadowoleni, a oni są zadowoleni wtedy, gdy sprzedają towar. Gdy dzień jest dobry, sprzedający są zadowoleni, gdy słaby, bo nikt nie przewidzi, ile klientów przyjdzie, to się skarżą. Problemów większych na giełdzie nie ma, najwyżej ktoś kogoś zastawi: – Czasami przypomina mi się film „Sami swoi”.
Średnio dziennie na giełdę wjeżdża 80 samochodów z towarem plus ponad 400 przyjeżdżających po towar. Pieszych się nie liczy. W czwartkowy ranek zostawiamy rolników i handlarzy z ich całotygodniowym marzeniem o piątku. Handlową straż pełnią za to wciąż hurtownicy (aż 50), którzy zasiedlają kryte stoiska wokół giełdy, bo na Bielskiej można kupić wszystko, od mięsa po makarony. O ogórku na kiszenie już nawet nie wspominając.

Tekst i fot.
Elżbieta Grzybowska


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości