To było ponad pół wieku temu. Mały Romek, 4-letni berbeć, ciągle uciekał rodzicom. Godzina dziewiąta wieczorem, a on schowany w krzakach jak zaczarowany słuchał muzyki, wydobywającej się z otwartych okien. A było czego słuchać. W barakach na Cholerce mieszkało aż siedmiu akordeonistów. W końcu zmęczony wracał do domu, gdzie jak zwykle czekała go kara. Ojciec nie szczędził ręki. Następnego wieczora znów jednak znikał. To coś było silniejsze od strachu...W wieku 9 lat Romka fotografował na Grodzkiej pan Kozłowski. Chłopak miał pierwsze osiągnięcia. Umiał dobrze grać na akordeonie. Uczył się w szkole muzycznej pod okiem surowego nauczyciela Faustyna Piaska. Gra przychodziła mu łatwo, ale z lekcji pamiętał zwłaszcza targanie za uszy i belferskie marzenie o stworzeniu z chłopca wielkiego gwiazdora. Jednak im Romek był starszy, tym coraz trudniejsza była sytuacja w domu. Drobne, ale pewne pieniądze dawały chałtury. Zaczął grać na weselach. Potem zahaczył się w zespole „Dzieci Płocka” u druha Wacława Milke. Grał tutaj do 1957 roku. Ciągle jednak w jego uszach rozbrzmiewały stare piosenki zasłyszane na Cholerce. Chciał je grać i ocalić od zapomnienia. Ojciec był jednak nieprzejednany: - Nie będziesz żadnym podwórkowym muzykantem. Jesteś muzykiem. Obiecaj, że nie pójdziesz na podwórka. Romek z bólem serca, obietnicy dotrzymał, ale tylko do czasu...
Warszawa ma Wielanka, a Płock Malinowskiego
– Kiedy ojciec zmarł, poczułem się zwolniony z danych mu słów – wspomina dziś Romuald Malinowski, założyciel istniejącej już 9 lat Płockiej Kapeli Podwórkowej, nazywany w kraju cesarzem akordeonistów. Momentem przełomowym była wizyta kolegi pana Romana. – Śp. Andrzej Lachowski powiedział do mnie: Roman, ty jesteś jedynym człowiekiem, który może w Płocku założyć Kapelę Podwórkową. Wszędzie tylko Wielanek i Wielanek, w innych miastach co krok to kapela, a u nas nic nie ma. Jesteś kopalnią wszystkich piosenek i tang. Pomyślałem wtedy, trudno, trzeba będzie coś zrobić. Dodatkowo zachęciła mnie do grania tego, co kocham moja mama. Bardzo lubi, gdy biorę akordeon do ręki. Na każdy mój koncert, choć z trudem, o lasce przychodzi i słucha.
Romuald Malinowski zwerbował od razu Jerzego Stasiaka, grającego na bandżo. Znaleźli wspólnie gitarzystę, który niestety, wkrótce zmarł. Duet nie poddał się i wkrótce rozrósł do kwartetu dzięki kontrabasiście Andrzejowi Laskowskiemu i Markowi Wójtewiczowi, wspaniałemu gitarzyście. W 1995 kapela powstała, a w 1997 odnosiła pierwsze sukcesy w kraju. Obok nagród dla kapeli, wyróżnienia indywidualne otrzymywał systematycznie akordeonista.
– Ale sukcesy to nie wszystko, gdy nie mamy poparcia władz. W Przemyślu, będącym kolebką muzyki podwórkowej, o kapele dbają jak o swoje dzieci. U nas jest inaczej. Nie ma sponsora, który by nas ubrał. Do tej pory tylko dwóch doczekało się garniturów z kamizelkami, sprezentowanych przez Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki. Reszta ubiera się sama. Z domu kultury dostaliśmy też instrumenty. Dzięki Działowi Promocji nagraliśmy też jedną płytę, a materiału mamy na kolejne trzy. Dobre chęci nie wystarczają. Przy takim traktowaniu w ogóle brakuje chęci do pracy.
A są naprawdę dobrzy. Kiedy Płocka Kapela Podwórkowa nagrywała pierwszą płytę w studio w Warszawie, akustyk stwierdził, że są rekordzistami. Zaczęli sesję o 16.00, a skończyli o 23.00. Nagrali w tym czasie 19 utworów bez poprawek. Płyta rozeszła się w błyskawicznym tempie. Do dziś żaden z członków zespołu nie ma tej płyty, choć podobno można ją dostać jeszcze w Przemyślu i Domu Chłopa w Warszawie.
Dowodem są też liczne nagrody i uznanie kolegów. – Pamiętam festiwal w Mołdawii, gdzie mieliśmy być uczestnikami, a wystąpiliśmy jako gwiazdy. Ludzie płakali ze wzruszenia. Dalej w Przemyślu. Grało tam 15 kapel i wszystkich rozłożyliśmy na łopatki. Zaprezentowaliśmy utwory o Płocku, piosenki warszawskie, a gdy popłynął walc lwowski o starym przyjacielu, publiczność zaczęła wstawać i bić nam brawo. Cały się trząsłem. Jury, w którym zasiadali ludzie po akademiach muzycznych, też nas doceniło. Potem w kuluarach Romuald Malinowski usłyszał, że takiego technika jak on, nie ma i nie będzie. Został okrzyknięty cesarzem akordeonistów.
Honor oddał mu również Stasiek Wielanek. – Pamiętam jak się poznaliśmy. On już był znany, ja zaczynałem. Robiono zakłady, który z nas będzie lepszy. Złapaliśmy za akordeony i zaczęliśmy wybijać utworki. Potem popatrzył na mnie i stwierdził: Roman po coś tak późno założył kapelę. Dlaczego dopiero w 1995 roku? Trzeba było założyć 10 lat, 20 lat temu. Ja miałem jednak swoje powody – wspomina Malinowski, który miłości do akordeonu na szczęście nigdy nie zarzucił.
Ryby zamiast próby
Półtony, osiem basów, dwanaście, dwadzieścia cztery, trzydzieści dwa, czterdzieści osiem, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt sześć, sto dwadzieścia... W sumie miał w życiu czternaście akordeonów. – Uczyłem się na najmniejszych. Potem rodzice kupowali mi następne, większe. Teraz mam wyczynowy, pięciorzędowy. Kupił mi go POKiS, pod który podlega zespół. Kosztował 4 tys. zł. To najlepszy instrument jaki miałem. Może brzmieć jak organy.
Akordeonista lubi na nim ćwiczyć. Żona trochę się złości. Ale ćwiczeń nigdy dosyć. To stara zasada, której wiernie się trzyma. Choć w graniu na akordeonie najlepsi na świecie są Francuzi, to pan Romuald nie ma kompleksów. – Dwa lata temu nasza kapela była na czołówkach gazet w Auxerre. Francuskie utwory bardzo mi podchodziły. To była ta muzyka. Jeden Francuz zapytał tłumaczki, skąd jestem, a potem wziął swój akordeon i razem graliśmy. Niespodziewanie dołączył się też trzeci akordeonista.
Dziś kapelę tworzą jeszcze Jerzy Stasiak, Marek Gutewicz, Józef Frejek, i Andrzej Machnicki. Opiekunem jest Włodzimierz Śliwiński. – To w porządku ludzie, gdyby jeszcze latem chętniej chodzili na próby, a nie na ryby, byłoby wyśmienicie – śmieje się Malinowski. Zapału nigdy mu nie brakuje. Potrafi pogodzić pasję z pracą. – Pracuje w ZUK-u, ale dzięki uprzejmości zakładu mogę odpowiednio dopasowywać zmiany w pracy, żeby móc uczestniczyć próbach kapeli, ale też i zespołu Wesołe Nutki, w którym akompaniuję.
Atmosfera
podwórkowej ballady
Płocka Kapela Podwórkowa nie ma w swoim repertuarze piosenek weselnych, choć zapraszana jest na uroczystości rodzinne. Nie gra też disco-polo, bo to jest zakazane w przypadku kapeli podwórkowej, która musi mieć swój styl, swoje granie i swoje stare tango. Większość piosenek kapeli jest o Płocku. Ich autor Romuald Malinowski przekonuje, że nagle coś go napada i musi pisać. Tematem są często dawne baraki i Cholerka, tworzące atmosferę podwórkowej ballady. Wystarczy wziąć takie przeboje jak „Za pół godzinki”. (Za pół godzinki/ Za pół godzinki/, za pół godzinki,/ nie więcej ani mniej/ na barakach jest zabawa/ śpiewasz ty i ja/ na barakach jest zabawa/ hulaj na 102/ na barakach każdy cwaniak pasombajem? jest/ na barakach każdy jest/ no i fajno jest./) albo „Chłopak płocki” („To było przecież dawno/ pamiętam takie miejsce,/ gdzie zaczynałem kochać świat,/ ja ciebie tak kochałem/ za tobą tak biegałem,/ a ty rzuciłaś przecież mnie./ Ja jestem płocczaninem,/ podziwiam Stary Rynek/ ogródki no i piwo pić/ fontanna mnie upaja/ muzyka mnie rozbraja/, na Starym Rynku pięknie żyć/ Ja jestem skromny chłopak płocki/)
Gdy kapela zaczyna grać te utwory na koncertach, publiczność nie może ustać w miejscu. Starsi przypominają sobie lata młodości, dawne majówki i potańcówki. Muzykanci nie idą na łatwiznę i puszczanie muzyki z dyskietki. Dla nich tylko muzyka na żywo jest piękna.
– W Warszawie kapela ma poszanowanie, u nas tego jeszcze nie ma. Na początku chcieliśmy się pokazać. Chodziliśmy deptakiem, na Grodzkiej weszliśmy w podwórka pod „5” i „7”. Jednym się podobało, ale nie brakowało też docinów. To zniechęca. Zdarza się, że na koncertach młodzi gwiżdżą. Ale przecież starsi też mają swoje prawa i chcą słuchać tanga lub walca.
Pokazują to ostatnie wakacyjne koncerty Kapeli Podwórkowej na Starówce. Publiczność jest coraz większa i coraz chętniej pod nosem podśpiewuje i „Za pół godzinki” i „Chłopaka płockiego”. Kapela grała też dla żeglarzy na Wielkiej Gali Wiślanej. Po występie usłyszeli, że marnują się w Płocku. Coż, może i tak, ale sentyment jest zbyt mocny i wciąż trzyma muzyków blisko rodzinnego miasta. Wyjeżdżają tylko na koncerty. Najbliższy będzie w Żychlinie 28 sierpnia na Pożegnaniu Lata.
Blanka Stanuszkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze