Reklama

Na podwórku cesarza akordeonistów

26/08/2004 09:54
To było ponad pół wieku temu. Mały Romek, 4-letni berbeć, ciągle uciekał rodzicom. Godzina dziewiąta wieczorem, a on schowany w krzakach jak zaczarowany słuchał muzyki, wydobywającej się z otwartych okien. A było czego słuchać. W barakach na Cholerce mieszkało aż siedmiu akordeonistów. W końcu zmęczony wracał do domu, gdzie jak zwykle czekała go kara. Ojciec nie szczędził ręki. Następnego wieczora znów jednak znikał. To coś było silniejsze od strachu...W wieku 9 lat Romka fotografował na Grodzkiej pan Kozłowski. Chłopak miał pierwsze osiągnięcia. Umiał dobrze grać na akordeonie. Uczył się w szkole muzycznej pod okiem surowego nauczyciela Faustyna Piaska. Gra przychodziła mu łatwo, ale z lekcji pamiętał zwłaszcza targanie za uszy i belferskie marzenie o stworzeniu z chłopca wielkiego gwiazdora. Jednak im Romek był starszy, tym coraz trudniejsza była sytuacja w domu. Drobne, ale pewne pieniądze dawały chałtury. Zaczął grać na weselach. Potem zahaczył się w zespole „Dzieci Płocka” u druha Wacława Milke. Grał tutaj do 1957 roku. Ciągle jednak w jego uszach rozbrzmiewały stare piosenki zasłyszane na Cholerce. Chciał je grać i ocalić od zapomnienia. Ojciec był jednak nieprzejednany: - Nie będziesz żadnym podwórkowym muzykantem. Jesteś muzykiem. Obiecaj, że nie pójdziesz na podwórka. Romek z bólem serca, obietnicy dotrzymał, ale tylko do czasu...

Warszawa ma Wielanka, a Płock Malinowskiego
– Kiedy ojciec zmarł, poczułem się zwolniony z danych mu słów – wspomina dziś Romuald Malinowski, założyciel istniejącej już 9 lat Płockiej Kapeli Podwórkowej, nazywany w kraju cesarzem akordeonistów. Momentem przełomowym była wizyta kolegi pana Romana. – Śp. Andrzej Lachowski powiedział do mnie: Roman, ty jesteś jedynym człowiekiem, który może w Płocku założyć Kapelę Podwórkową. Wszędzie tylko Wielanek i Wielanek, w innych miastach co krok to kapela, a u nas nic nie ma. Jesteś kopalnią wszystkich piosenek i tang. Pomyślałem wtedy, trudno, trzeba będzie coś zrobić. Dodatkowo zachęciła mnie do grania tego, co kocham moja mama. Bardzo lubi, gdy biorę akordeon do ręki. Na każdy mój koncert, choć z trudem, o lasce przychodzi i słucha.
Romuald Malinowski zwerbował od razu Jerzego Stasiaka, grającego na bandżo. Znaleźli wspólnie gitarzystę, który niestety, wkrótce zmarł. Duet nie poddał się i wkrótce rozrósł do kwartetu dzięki kontrabasiście Andrzejowi Laskowskiemu i Markowi Wójtewiczowi, wspaniałemu gitarzyście. W 1995 kapela powstała, a w 1997 odnosiła pierwsze sukcesy w kraju. Obok nagród dla kapeli, wyróżnienia indywidualne otrzymywał systematycznie akordeonista.
– Ale sukcesy to nie wszystko, gdy nie mamy poparcia władz. W Przemyślu, będącym kolebką muzyki podwórkowej, o kapele dbają jak o swoje dzieci. U nas jest inaczej. Nie ma sponsora, który by nas ubrał. Do tej pory tylko dwóch doczekało się garniturów z kamizelkami, sprezentowanych przez Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki. Reszta ubiera się sama. Z domu kultury dostaliśmy też instrumenty. Dzięki Działowi Promocji nagraliśmy też jedną płytę, a materiału mamy na kolejne trzy. Dobre chęci nie wystarczają. Przy takim traktowaniu w ogóle brakuje chęci do pracy.
A są naprawdę dobrzy. Kiedy Płocka Kapela Podwórkowa nagrywała pierwszą płytę w studio w Warszawie, akustyk stwierdził, że są rekordzistami. Zaczęli sesję o 16.00, a skończyli o 23.00. Nagrali w tym czasie 19 utworów bez poprawek. Płyta rozeszła się w błyskawicznym tempie. Do dziś żaden z członków zespołu nie ma tej płyty, choć podobno można ją dostać jeszcze w Przemyślu i Domu Chłopa w Warszawie.
Dowodem są też liczne nagrody i uznanie kolegów. – Pamiętam festiwal w Mołdawii, gdzie mieliśmy być uczestnikami, a wystąpiliśmy jako gwiazdy. Ludzie płakali ze wzruszenia. Dalej w Przemyślu. Grało tam 15 kapel i wszystkich rozłożyliśmy na łopatki. Zaprezentowaliśmy utwory o Płocku, piosenki warszawskie, a gdy popłynął walc lwowski o starym przyjacielu, publiczność zaczęła wstawać i bić nam brawo. Cały się trząsłem. Jury, w którym zasiadali ludzie po akademiach muzycznych, też nas doceniło. Potem w kuluarach Romuald Malinowski usłyszał, że takiego technika jak on, nie ma i nie będzie. Został okrzyknięty cesarzem akordeonistów.

Honor oddał mu również Stasiek Wielanek. – Pamiętam jak się poznaliśmy. On już był znany, ja zaczynałem. Robiono zakłady, który z nas będzie lepszy. Złapaliśmy za akordeony i zaczęliśmy wybijać utworki. Potem popatrzył na mnie i stwierdził: Roman po coś tak późno założył kapelę. Dlaczego dopiero w 1995 roku? Trzeba było założyć 10 lat, 20 lat temu. Ja miałem jednak swoje powody – wspomina Malinowski, który miłości do akordeonu na szczęście nigdy nie zarzucił.

Ryby zamiast próby
Półtony, osiem basów, dwanaście, dwadzieścia cztery, trzydzieści dwa, czterdzieści osiem, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt sześć, sto dwadzieścia... W sumie miał w życiu czternaście akordeonów. – Uczyłem się na najmniejszych. Potem rodzice kupowali mi następne, większe. Teraz mam wyczynowy, pięciorzędowy. Kupił mi go POKiS, pod który podlega zespół. Kosztował 4 tys. zł. To najlepszy instrument jaki miałem. Może brzmieć jak organy.
Akordeonista lubi na nim ćwiczyć. Żona trochę się złości. Ale ćwiczeń nigdy dosyć. To stara zasada, której wiernie się trzyma. Choć w graniu na akordeonie najlepsi na świecie są Francuzi, to pan Romuald nie ma kompleksów. – Dwa lata temu nasza kapela była na czołówkach gazet w Auxerre. Francuskie utwory bardzo mi podchodziły. To była ta muzyka. Jeden Francuz zapytał tłumaczki, skąd jestem, a potem wziął swój akordeon i razem graliśmy. Niespodziewanie dołączył się też trzeci akordeonista.
Dziś kapelę tworzą jeszcze Jerzy Stasiak, Marek Gutewicz, Józef Frejek, i Andrzej Machnicki. Opiekunem jest Włodzimierz Śliwiński. – To w porządku ludzie, gdyby jeszcze latem chętniej chodzili na próby, a nie na ryby, byłoby wyśmienicie – śmieje się Malinowski. Zapału nigdy mu nie brakuje. Potrafi pogodzić pasję z pracą. – Pracuje w ZUK-u, ale dzięki uprzejmości zakładu mogę odpowiednio dopasowywać zmiany w pracy, żeby móc uczestniczyć próbach kapeli, ale też i zespołu Wesołe Nutki, w którym akompaniuję.

Atmosfera
podwórkowej ballady
Płocka Kapela Podwórkowa nie ma w swoim repertuarze piosenek weselnych, choć zapraszana jest na uroczystości rodzinne. Nie gra też disco-polo, bo to jest zakazane w przypadku kapeli podwórkowej, która musi mieć swój styl, swoje granie i swoje stare tango. Większość piosenek kapeli jest o Płocku. Ich autor Romuald Malinowski przekonuje, że nagle coś go napada i musi pisać. Tematem są często dawne baraki i Cholerka, tworzące atmosferę podwórkowej ballady. Wystarczy wziąć takie przeboje jak „Za pół godzinki”. (Za pół godzinki/ Za pół godzinki/, za pół godzinki,/ nie więcej ani mniej/ na barakach jest zabawa/ śpiewasz ty i ja/ na barakach jest zabawa/ hulaj na 102/ na barakach każdy cwaniak pasombajem? jest/ na barakach każdy jest/ no i fajno jest./) albo „Chłopak płocki” („To było przecież dawno/ pamiętam takie miejsce,/ gdzie zaczynałem kochać świat,/ ja ciebie tak kochałem/ za tobą tak biegałem,/ a ty rzuciłaś przecież mnie./ Ja jestem płocczaninem,/ podziwiam Stary Rynek/ ogródki no i piwo pić/ fontanna mnie upaja/ muzyka mnie rozbraja/, na Starym Rynku pięknie żyć/ Ja jestem skromny chłopak płocki/)
Gdy kapela zaczyna grać te utwory na koncertach, publiczność nie może ustać w miejscu. Starsi przypominają sobie lata młodości, dawne majówki i potańcówki. Muzykanci nie idą na łatwiznę i puszczanie muzyki z dyskietki. Dla nich tylko muzyka na żywo jest piękna.
– W Warszawie kapela ma poszanowanie, u nas tego jeszcze nie ma. Na początku chcieliśmy się pokazać. Chodziliśmy deptakiem, na Grodzkiej weszliśmy w podwórka pod „5” i „7”. Jednym się podobało, ale nie brakowało też docinów. To zniechęca. Zdarza się, że na koncertach młodzi gwiżdżą. Ale przecież starsi też mają swoje prawa i chcą słuchać tanga lub walca.
Pokazują to ostatnie wakacyjne koncerty Kapeli Podwórkowej na Starówce. Publiczność jest coraz większa i coraz chętniej pod nosem podśpiewuje i „Za pół godzinki” i „Chłopaka płockiego”. Kapela grała też dla żeglarzy na Wielkiej Gali Wiślanej. Po występie usłyszeli, że marnują się w Płocku. Coż, może i tak, ale sentyment jest zbyt mocny i wciąż trzyma muzyków blisko rodzinnego miasta. Wyjeżdżają tylko na koncerty. Najbliższy będzie w Żychlinie 28 sierpnia na Pożegnaniu Lata.
Blanka Stanuszkiewicz


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości