Reklama

W hiszpańskiej Andaluzji natkniesz się na ślady wielu powszechnie znanych osób. Picasso, Banderas, Putin...

Planując coroczny, późny urlop, starannie – mimo pretensji żony – omijałem kierunek hiszpański. Oczywiście niebagatelne znaczenie w takich przypadkach mają finanse. Nie licząc francuskiej Riwiery, Hiszpania jest zdecydowanie najdroższa wśród tych europejskich, a jednocześnie wakacyjnych kierunków, które cieszą się największym zainteresowaniem naszych rodaków. Mnie osobiście paradoksalnie jeszcze bardziej odstraszały kwestie cieszące się wielkim powodzeniem wśród odwiedzających. Plaża, opalanie się? To nie dla mnie! Tymczasem do Hiszpanii jedzie się głównie po to, by wygrzewać się na plażach w najsłynniejszych regionach turystycznych: Costa Brava, Costa Tropicana, Costa Blanca i tym podobnych. Na szczęście Hiszpania to także mnóstwo doskonale zachowanych zabytków, które czasami ogląda się z wypiekami na twarzy. Zatem tegoroczny wypad do Katalonii zapisuję w swoim umownym pamiętniku turystycznym zdecydowanie na plus...

Chyba właśnie dlatego, że Andaluzja to odpowiedni kierunek zarówno dla szukających słońca, jak i tych, których pasjonują inne formy podróżowania, funkcjonujące w Polsce biura turystyczne mają wyjątkowo bogatą ofertę. Zresztą nie tylko biura. Za pomocą różnego rodzaju portali turystycznych czy grup w mediach społecznościowych można znaleźć przyzwoite kwatery czy to w stolicy regionu – Sewilli, czy w najsłynniejszych miastach: Maladze, Kordobie, Granadzie i wielu mniejszych. O stolicy Andaluzji było obszernie w jednym z poprzednich numerów TP, dzisiaj czas na pozostałą (choć wybiórczo) część regionu.

 

Reklama

Picasso i jego kobiety

Malaga, och Malaga... Pierwsze, co kojarzy się z tym miastem, to oczywiście nazwisko wielkiego malarza. Tu się narodził (25 października 1881 roku), tu wychował, to miasto go ukształtowało. Znajdziemy tu mnóstwo jego śladów bądź miejsc z nim związanych. Zatem pomnik w parku, Muzeum, do którego kolejka nigdy się nie kończy, wreszcie dom rodzinny pełen pamiątek z jego dzieciństwa, a także malarstwa z jego tak zwanego okresu błękitnego (potem był okres różowy, a jeszcze później kubizm). W dzieciństwie i wczesnej młodości rysował tych, którzy zechcieli mu pozować. Na przykład siostrę Dolores (ukochana Lola, niestety, szybko zmarła) czy chociażby kobiety lekkich obyczajów. Jeśli chodzi o pamiątki, to zwraca uwagę chociażby jego stroik z chrztu.

Picasso był 3 razy żonaty, ale kobiet w swoim życiu miał dużo więcej; w internecie można znaleźć jego drzewo genealogiczne. Traktował je fatalnie. Był narcyzem, jego kobiety targały się na swoje życie, ciężko było z nim po prostu wytrzymać... Tłamsił je. Czworo dzieci, pierwsze z rosyjską tancerką, jego pierwszą żoną (wszystko zobaczycie na wspomnianym drzewie genealogicznym, samo drzewo można też oglądać wśród pamiątek z jego domu rodzinnego).

Reklama

I jeszcze jedno – proszę zwrócić uwagę na jego nazwisko. Hiszpanie mają co najmniej 2, pierwsze po ojcu, drugie po matce. Picasso złamał hiszpański schemat w tej kwestii: pierwsze nazwisko ma po matce, wydawało mu się bardziej szlachetne...

 

Alcazeba, Banderas i... protesty

Miasto, które jest stolicą prowincji (jeśli Andaluzja jest takim dużym województwem, to Malaga jest dużym powiatem, przekładając na polską nomenklaturę). W samej stolicy prowincji żyje 550 tysięcy mieszkańców, w całej prowincji 1 mln 70 tys. Co wiemy o Maladze? Jak wiele innych w obecnej Hiszpanii, było to miasto mauretańskie przez dłuższy czas, bo prawie 8 wieków, licząc od roku 716. Wcześniej fenickie i rzymskie. Z czasów arabskich pozostała wspaniała budowla. To Alcazeba, najbardziej zachowana twierdza Maurów w Hiszpanii.

Reklama

Dlaczego warto się wspiąć na górę i twierdzę Alcazeba? Choćby dlatego, żeby zobaczyć stamtąd dom drugiego po Picassie słynnego mieszkańca Malagi. To Antonio Banderas. Stał się wielkim ambasadorem swojego miasta. Tu się urodził, tu grał w jednym z miejscowych teatrów.

Co jeszcze warto wiedzieć o Maladze? To miasto mody. Zwiedzając je, natkniecie się na bardzo długi pasaż – ulicę (coś w rodzaju naszej płockiej Tumskiej, tylko dużo dłuższa) z rzędami krzeseł po obu jej stronach. Siadamy na jednym z tysięcy krzeseł i podziwiamy najpiękniejsze kreacje.

Reklama

A samo miasto? W roku 1951 obok Alcazeby odkopano ruiny rzymskiego amfiteatru. Z kolei w roku 2016 Komisja Europejska usytuowała je, jako jedyne w Hiszpanii, na 10. miejscu w rankingu europejskich miast o największym ogólnym poziomie satysfakcji z życia. Czy to prawda, śmiem wątpić. Ostatnio głośno o protestach malagijczyków dotyczących wysokich cen mieszkań...

 

Katedra mańkutka...

Będąc w Maladze, koniecznie trzeba wstąpić do pięknej katedry La Manquita. Bilet wstępu kosztuje 10 euro. Niby niemało, ale dostaje się w tej cenie elektronicznego guide’a, gdzie wśród wielu tłumaczeń jest dostępny język polski. Stacje odsłuchowe i przyciski są ponumerowane, jest to więc całkiem niezły sposób zwiedzania katedry.

Reklama

Ciekawostka – miejscowi nazywają ją Mańkutka... Wzniesiona między XVI a XIII wiekiem miała mieć początkowo 2 wieże. Budowę drugiej z nich przerwano i tak zostało do dzisiaj. Ta pierwsza wieża jest jednak imponująca. Jej wysokość to 87 metrów. Prawo Malagi zabrania budowania czegokolwiek wyższego... Jednak w swoim czasie ktoś tam coś zaniedbał z zezwoleniami albo, jak to delikatnie powiedzieć..., przymknął oko i jeden nowoczesny biurowiec jest wyższy.

Czy warto zwiedzić katedrę? Bezwzględnie! Mnie osobiście w pamięci utkwił obraz – panorama egzekucji (ścięcia głowy) świętego Pawła, pędzla hiszpańskiego malarza – Enrique Simoneta.

Reklama

 

Flamenco obowiązkowe w szkołach

Co nam się kojarzy z Granadą? Oczywiście słynna pieśń meksykańska, skomponowana przez Augustina Larę. Śpiewana jest zarówno przez śpiewaków klasycznych, jak i przez wykonawców muzyki rozrywkowej. Granada to także flamenco, Alhambra i… Hemingway. Ten ostatni napisał kiedyś, że gdybyśmy musieli odwiedzić tylko 1 miasto w Hiszpanii, to powinna to być Granada. Została założona przez Arabów w 711 roku i przez około 800 lat była pod ich panowaniem. Ostatecznie miasto wpadło w ręce Królów Katolickich w roku 1492 .

Reklama

Co do flamenco, to kojarzy się ono z całą Hiszpanią, jednak jego korzenie mają miejsce w Andaluzji. W 2010 roku wpisane zostało na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. W Andaluzji prawo oświatowe nakazuje naukę flamenco w szkołach. Zatem prawdziwy artysta flamenco pochodzi z Andaluzji, najlepiej z rodziny cygańskiej. W Granadzie jest sporo klubów flamenco, bardzo stylowych, gdzie za odpowiednią opłatą raczeni jesteśmy urzekającymi tańcem, muzyką i śpiewem. Przy okazji popijamy czerwone bądź białe wino i raczymy się jakimiś lokalnymi przysmakami.

A tak a propos, dom, domostwo to po hiszpańsku... Carmen, zatem co i rusz na kolejnym budynku natykamy się na odpowiednią nazwę domostwa, zaczynającą się od słowa Carmen.

Reklama

Warto też zajrzeć do kaplicy królewskiej w Granadzie, gdzie pochowani są królowie katoliccy. Jest tu także kolekcja malarstwa flamandzkiego.

 

Oglądajcie kolejny serial Netflixa!

Miasto Ronda. Kiedy zwiedzamy Andaluzję, to głównie interesują nas tak znane miasta jak Sevilla, Malaga czy Cordoba. Niemniej nie można zapominać o perełkach, czyli dużo mniej znanych, aczkolwiek bardzo urokliwych miejscach. A takim bez wątpienia jest Ronda. Miasteczko usytuowane na 2 wzniesieniach, przedzielone imponującą przepaścią El Tajo.

Do głównego wąwozu idziemy przez park Alameda del Tajo. To ulubione miejsce spotkań miejscowych. Także spacerów z psami. Tu ciekawostka, każdy spacerujący z psem ma ze sobą butelkę wody. Kiedy pies opróżnia swój pęcherz na chodnik, Hiszpanie polewają to miejsce wodą...

Reklama

Wróćmy do parku, w tym momencie (środa, 18 września, przed południem) trochę zamieszania. Okazuje się bowiem, że Netflix zaczyna w tym miejscu kręcić kolejny serial na podstawie książki Agaty Christie. Akurat książki tej autorki nie miałem w dłoniach od lat 30 z nawiązką, zatem kątem tylko ucha usłyszałem, że chodzi chyba o powieść, gdzie w tytule mowa jest o 7 zegarach, czy coś w tym stylu. Tak czy siak scenografowie mają w tym uroczym parku pełne ręce roboty. Wijącymi się zielonymi sztucznymi pękami liści przykrywane są skrzętnie wszelkie nowoczesne tablice informacyjne. Ale nie tylko one, także napis na jednym z pomników przedstawiających znanego lokalnego toreadora. Po dokonaniu tych zabiegów park zaczyna przypominać Anglię z epoki wiktoriańskiej. Zatem zwolenników seriali Netflixa zachęcam do uważnego oglądania tej produkcji i oceny, jak bardzo napracowali się scenografowie.

Główną atrakcją miasta jest oczywiście kanion i most. Ten najbardziej popularny, obecny na wszystkich folderach, jest najmłodszy. Choć i tak liczy sobie ponad 200 lat. To Puente Nuevo. Mamy jeszcze 2 starsze mosty: Puente Viejo oraz San Miguel, zwany również Arabskim.

Reklama

Rondę lubią artyści. O tym mieście mówi się w kontekście amerykańskiego reżysera Orsona Wellesa, francuskiego pisarza Alexandra Dumasa czy niemieckiego poety Rainera Marii Rilke.

 

Nerja to nie tylko jaskinia

Tak jak wspomnieliśmy, Andaluzja to oczywiście także szereg mniejszych, bardzo urokliwych miast. Jedno z nich to choćby licząca sobie 27 tysięcy mieszkańców Nerja. Z trochę tragiczną historią. W końcu XIX wieku nawiedziło je silne trzęsienie ziemi. Połowa miasta runęła do morza. Trochę tak jak w płockiej historii, kiedy do Wisły obsunęła się większa część zamku czy choćby ulica Nadwiślańska, za obecnym kościołem farnym. Król Alfons XII przyjechał do miasteczka, żeby zobaczyć rozmiar zniszczeń i powziąć jakieś postanowienia, jak pomóc poszkodowanej ludności. Bardzo go urzekło, znalazły się środki na odbudowę. Dzięki temu dzisiaj stoimy na klifie i podziwiamy wprost nieziemskie widoki. A sam klif, właśnie z tego powodu, nazwano Balkonem Europy. Jeszcze tylko 2 słowa wyjaśnienia dla pasjonatów historii. Alfons XII był przedostatnim królem Hiszpanii przed erą dyktatora Franco. Ostatnim był jego syn Alfons XIII, do którego jeszcze w tym tekście nawiążę.

A skoro już w tym miasteczku jesteśmy, to trudno nie zahaczyć o położoną w pobliżu kolejną atrakcję. To Cueva de Nerja. Tak po hiszpańsku nazywa się ta bardzo znana andaluzyjska jaskinia. Dlaczego znana? Bo notowana w księdze rekordów Guinnessa. Znajdziemy w niej największy stalagnat na świcie, 32 metry wysokości! Robi wrażenie! Niestety, jaskinia nie jest dla tych, którzy szukają ochłody, na wzór choćby tego tupu grot, które mamy w Polsce. W Cueva de Nerja jest przez cały rok stała temperatura, która wynosi 22 stopnie (dla porównania w polskich jaskiniach jest około 12-13 stopni). Oczywiście żadnego przewiewu, jak w saunie! W naszych polskich jaskiniach temperatura jest około 10 stopni niższa. Niemniej coś za coś!

 

Marbella, Puerto Banus, Setenil

Pozostajemy w klimacie małych miasteczek. Jadąc do Gibraltaru, nie sposób nie zahaczyć, choćby na godzinkę, o bardzo urocze miasteczko Marbella. Po jednej stroni głównej arterii cały rząd małych, uroczych uliczek z dziesiątkami kwiatów w mniejszych lub większych doniczkach. Z drugiej, w kierunku morza, aleja z rzeźbami Salwadora Dali. Przy wejściu na plażę 2 znaki pionowe. Jeden zachęca do pozytywnego stosunku do LGBT. Drugi wspomina o nieciekawych wydarzeniach w Andaluzji, związanych ze złym traktowaniem kobiet. W ostatnich latach głośno było o 10 przypadkach zamordowania żon przez mężów. Ostatnio jeden zgłosił zaginięcie żony, a okazało się, że zamurował ją we własnym domu...

Czy chcesz spotkać Putina? Pytanie i retoryczne, i teoretyczne. Ale nieprzypadkowe. Puerto Banus, cały czas po drodze do Gibraltaru. Bo w Puerto Banus swoje rezydencje ma mnóstwo Rosjan. Jedna z rezydencji ma należeć do Władimira Putina. Tak przynajmniej twierdzą miejscowi. Zatem jeśli tęsknisz za jego fizjonomią, a do Rosji nie możesz pojechać, to może spotkasz go kiedyś właśnie w Puerto Banus...!

Puerto to bardzo snobistyczne miasto. Macie szansę natknąć się tam na wielu hiszpańskich, i nie tylko, celebrytów. Ogrom Rosjan i bardzo bogatych Marokańczyków. Wyznawcy Allaha bardzo lubią to miejsce. Ale tylko ci bogaci, co widać po samochodach przywożonych promem i kreacjach pań. Bo, co ciekawe, wiele z nich zmienia swój styl ubierania – właśnie w tym mieście – z surowego arabskiego na szykowny – europejski.

Setenil. O ile Ronda jest niedużą cudowną perełką andaluzyjską, to niezłe też wrażenie robi wśród odwiedzających całkiem już mała miejscowość Setenil. Dlaczego? Choćby że względu na szereg knajpek usytuowanych pod wiszącą skałą. Można w nich kupić niezłe kanapki, na podbudowie sporej podłużnej bułki. W środku albo miejscowa szynka suszona na słońcu, albo kurczak na ciepło, albo ser. Cena – 5,90 euro. Robią ci ją najczęściej w wersji „take away”, czyli na wynos.

 

Caminito Del Rey

Tłumacząc na język polski – „ścieżka króla”. Kiedy oddawano do użytku nowo wybudowaną hydroelektrownię na rzece Guadalhorce, przyjechał król Hiszpanii Alfons XIII. Robotnicy pracujący przez wiele lat przy tej elektrowni wodnej musieli mieć możliwość dojścia do terenu budowy i – przede wszystkim – transportu ciężkich materiałów budowlanych. Dlatego zbudowano najpierw solidne kładki w wąwozach o wysokości ponad 100 metrów. Król chciał zobaczyć i docenić trud robotników i udał się ich ścieżką. Daleko nie uszedł, miało to charakter raczej symboliczny. Jednak gazety w roku 1921 zrobiły z tego wielką historię. W efekcie szlak nazwano „ścieżką króla”.

Korzystali z niej później przez wiele lat miejscowi, a potem amatorzy przygód. Droga była w coraz gorszym stanie, zdarzyło się kilka śmiertelnych wypadków. W efekcie wlot drogi wysadzono a wylotu strzegła policja.

Po pewnym czasie władze Andaluzji dostrzegły, że może to być znakomita atrakcja turystyczna. Za 7 mln euro wybudowano praktycznie nową ścieżkę o długości około 7 kilometrów. Koszt trasy zwrócił się błyskawicznie. Widoki są niezapomniane! Turyści walą drzwiami i oknami. Ostrzegam, nie każdy może skorzystać z tej atrakcji. Osoby z mocnym lękiem wysokości niech lepiej dadzą sobie spokój. 100-metrowe przepaści pod nogami robią wrażenie. Chciane czy niechciane... Niemniej wielu jedzie do Andaluzji tylko po to, by przejść tym królewskim szlakiem.

 

Nie można odpuścić Gibraltaru

„Rzut oka” na wymienione powyżej miejscowości nie wyczerpuje oczywiście katalogu miejsc, do których warto zajrzeć podczas pobytu w Andaluzji. Na wszystkie po prostu zabrakłoby miejsca. A przecież warto chociażby wybrać się w góry Sierra Nevada, żeby spróbować przepysznych słodyczy, oliwy w lokalnych olejarniach czy wreszcie wyjątkowych suszonych szynek: jamon serrano albo jamon iberico. Powiem więcej: skoro już jesteśmy w Andaluzji, to grzechem byłoby nie udać się do położonego o rzut beretem kolejnego państwa – Gibraltaru. Choćby po to, by zrobić sobie zdjęcie w słynnej czerwonej budce telefonicznej. A tak już całkiem poważnie, żeby na przykład zobaczyć pomnik generała Sikorskiego albo odwiedzić bardzo atrakcyjny rezerwat przyrody Upper Rock z żyjącymi na wolności małpkami, chętnie pozującymi do zdjęć.

Na koniec jedna drobna uwaga. Hiszpanie bardzo lubią rozmawiać, dzielić się wrażeniami. Dobrze znać kilka słów po hiszpańsku, wówczas patrzą na ciebie z jeszcze większą sympatią. Nie trzeba wiele. Wystarczy, że dodasz na koniec zamówienia „por favor” (na przykład „la cuenta, por favor”, czyli – po polsku – „rachunek poproszę”) albo użyjesz któregoś z prostych, bardzo podobnych do włoskich, liczebników: „Un, dos, tres...”.

Niektórzy Hiszpanie chwalą się także znajomością polskich spraw. Trójka najbardziej wybitnych Polaków? Nie ma sprawy! W kolejności Kopernik, Jan Paweł II i Lewandowski...

Fot. Tomasz Szatkowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości