Codzienne płockie grzechy parkujących kierowców kosztują i to dużo. Parkowanie na zakazie zatrzymywania - 100 zł i 1 punkt karny, a na kopercie inwalidy – 500 zł i 5 punktów karnych. Samochód stojący na trawniku - od 50 do 500 zł. Przejechanie zakazu ruchu, jak np. na ul. Piekarskiej - do 500 zł + 5 punktów karnych. Drogo? I tak grzeszymy... Bo nie ma innego wyjścia. Samochody ułatwiają codzienne życie, ale tylko do momentu, gdy nie musimy ich zaparkować w Płocku w godzinach szczytu. Wtedy zaczyna się prawdziwa gehenna oraz szukanie jakiejkolwiek wolnej luki, często bez patrzenia na znaki drogowe. Czasami się uda... A czasami kierowcy znajdują za wycieraczkami wezwania do Straży Miejskiej.
- Wezwania dotyczą parkowania w miejscach do tego celu niewyznaczonych – mówi Jolanta Głowacka, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Płocku.
Gdzie najczęściej znajdują je kierowcy? To m.in. Stare Miasto, w którym obowiązuje Płatna Strefa Parkowania. Znajdziemy tu również oznakowaną strefę zamieszkania, a to oznacza, że parkujemy tylko i wyłącznie w miejscach wyznaczonych. Teoretycznie, bo płoccy kierowcy nie zawsze się do tego stosują. Dalej na ul. Zduńskiej kierowcy do parkowania upodobali sobie m.in. postój taksówek. Kolejne „mandatogenne” miejsce znajdziemy również na ul. Kaczmarskiego. Chodzi o „przechodniak” łączący ul. Królewiecką z ul. Sienkiewicza. Stoi tam znak D-40. Parkować można w wyznaczonych miejscach, m.in. przy aptece znajdziemy 3 miejsca parkingowe. Przechodząc tamtędy wydaje się jednak, że samochody dwoją się w oczach... – Otrzymujemy również zgłoszenia o źle zaparkowanych samochodach w pobliżu Szpitala Św. Trójcy m.in. na ul. Zacisze. A parkują tu głównie studenci, którzy przyjeżdżają na wykłady Mazowieckiej Uczelni Publicznej – dowiadujemy się w Straży Miejskiej. Nadal - pomimo nowego, dużego parkingu - problem ze złym parkowaniem jest na ul. Medycznej 19 przy szpitalu na Winiarach. – Dzwonią też mieszkańcy osiedli np. Podolszyce Północ, ul. Jana Pawła II, z ul. Obrońców Płocka 1920.
To, że liczy się każde wolne miejsce, pokazują też kierowcy samochodów, zajmujący miejsca parkingowe dla motocykli choćby przy ul. Kościuszki. – Jak tłumaczą, w okresie jesienno-zimowym motocykliści nie jeżdżą, więc te miejsca powinny być dla samochodów – mówi Jolanta Głowacka. Niestety, nawet jeśli motocykliści zimą nie jeżdżą, to parkować samochodem na miejscach wyznaczonych dla motocykli nie można, bo tę kwestię regulują przepisy ruchu drogowego.
Rozliczanie winowajców
Na powiadomieniu za wycieraczką kierowca znajduje informację, gdzie i kiedy należy się stawić do Straży Miejskiej, by złożyć wyjaśnienia w sprawie parkowania w niedozwolonym miejscu. Jeśli kierowca nie zgłosi się, to w Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców ustalany jest właściciel pojazdu i do niego wysyłana jest informacja z pytaniem, czy to on zaparkował źle auto, czy inna osoba, która je użytkowała. Zdarza się, że ktoś sprzedał samochód, ale go nie wyrejestrował. Wtedy wystarczy pokazanie strażnikom umowy kupna-sprzedaży i sprawca szukany jest dalej. Jeśli winowajca zgłosi się do Straży Miejskiej, czeka go rozliczenie. Można dostać pouczenie, mandat albo sprawa kierowana jest do sądu.
Różne są tłumaczenia kierowców, dlaczego złamali przepisy, zatrzymali się na zakazie czy w miejscu niedozwolonym. – Najczęstsze jest tłumaczenie stare, jak świat – „ja tyko na chwilę”. Na materiałach filmowych oglądamy, że ludzie parkują na ul. Zduńskiej, poza miejscami do tego wyznaczonymi, zamykają samochód i idą do Urzędu Miasta. Nie sprawdzają nawet, czy kawałek dalej na ul. Kazimierza Wielkiego jest wolne miejsce, bo chodzi o to, żeby było jak najbliżej drzwi do urzędu. Są też inne stałe śpiewki - „nie zauważyłem tego znaku, on tam wcześniej nie stał” albo „tak mnie nawigacja poprowadziła”. Pytamy wtedy, czy ktoś nie widział, że pojechał pod zakaz ruchu. Przepisy o ruchu drogowym wszędzie są przecież takie same, czy to w Płocku, Gdańsku, czy Krakowie – mówi Jolanta Głowacka, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Płocku.
A nawigacja najczęściej złośliwie kieruje kierowców na ul. Piekarską. Najwięcej dyskusji w czasie wyjaśnień wywiązuje się wokół znaku D-40, informującego o wjeździe do strefy zamieszkania. Znak jasno mówi, że pieszy ma pierwszeństwo, jedziemy 20 km na godzinę i parkujemy tam, gdzie jest wyznaczone miejsce. Za parkowanie w innym miejscu można dostać mandat. Jakie są tłumaczenia? „Ale przecież tam nie ma zakazu zatrzymywania się, więc nic nie zrobiłem”.
Są też sposoby ochrony przed nałożeniem mandatu za złe parkowanie „na dzieci”: „Jechałam z dzieckiem. Zaczęło płakać albo wymiotowało. Musiałam się zatrzymać, żeby je uspokoić. Nie zastanawiałam się, gdzie to robię. Wyszliśmy na chwilę na spacer”.
Źle parkujący na ul. Kaczmarskiego tłumaczą się, że zaparkowali na chwilę w miejscu niedozwolonym, bo w pobliskiej aptece musieli wykupić lekarstwa. Nikt nie pamięta, że na pobliskiej ul. Królewieckiej można pobrać bilet na 30 minut darmowego parkowania… Z kolei godzina parkowania kosztuje 2 zł. Czy warto ryzykować i płacić potem mandat w wysokości 100 zł?
Mandatowy armagedon mamy też w Płocku w rejonie ZOO. Osoby, które dostają wezwania, tłumaczą się, że nie są z Płocka i nie wiedzą, gdzie są parkingi. A skoro były już zaparkowane samochody, to najpewniej oznaczało to, że też można parkować, nawet i na… trawniku. Niestety, nie można. A za zniszczenie samochodem trawy w mieście można zapłacić mandat w wysokości nawet i 500 zł. Co na to osoby przyjezdne, nad którymi wisi taka groźba przy wyjaśnianiu tematu? – Proszę o pouczenie, bo inaczej wasze miasto będzie mi się źle kojarzyło i już więcej do was nie przyjadę – dowiadujemy się w Straży Miejskiej.
Chyba jednak można znaleźć lepszy argument, by zamiast mandatu dostać pouczenie. Jeden z mężczyzn, który trafił z wezwaniem do Straży Miejskiej, opisał swoją wyprawę z żoną. Była to misja specjalna za butami, które akurat były w promocji. Jeździł z nią od jednego sklepu do drugiego, bo nigdzie nie było już potrzebnego rozmiaru. Żona była wściekła, mąż bał się jej odmówić i zostawił samochód w niedozwolonym miejscu, żeby... nie spać na kanapie.
Najgorzej, gdy kierowcy przychodzą z wezwaniem, by wyjaśnić temat i upierają się przy swoich racjach np. że zaparkowali na ul. Synagogalnej w weekend, a wtedy nie ma obowiązku opłat. To nie ma znaczenia w sprawie, bo chodzi o parkowanie poza wyznaczonym przez znaki miejscem. Z miejsca popełnienia wykroczenia Strażnicy Miejscy robią zdjęcia. Są więc dowody winy.
Gorąca linia płocczan
Jak to się dzieje, że strażnicy wiedzą, gdzie stoją źle zaparkowane samochody? Pomagają im w tym sami płocczanie. Codziennie dzwonią na numer telefonu dyżurnego Straży Miejskiej z anonimowymi informacjami. – Zgłoszenia przyjmujemy całą dobę i ludzie dzwonią często o 1 w nocy czy o 3 nad ranem – dowiadujemy się w Straży Miejskiej. Zgłaszane miejsca nagminnie się powtarzają. Notorycznie wraca temat ul. Jana Pawła II 21. Przed przystankiem autobusowym stoją słupki, żeby kierowcy nie parkowali na chodniku. Kierowcom to jednak wcale nie przeszkadza. Pieszym, którzy tędy wieczorami spacerują, wręcz przeciwnie.
Najwięcej zgłoszeń wpływa do Straży Miejskiej w święta i w niedziele. Ludzie skarżą się wtedy na zastawione samochodami ścieżki rowerowe np. na Mostówce, gdy kawałek dalej, na parkingach przed sądami, są wolne miejsca. Dalej w statystykach straży miejskiej figuruje też często parking dla autokarów przy ZOO, który zajmują jedna za drugą osobówki. Dochodzi wręcz do sytuacji, że blokujący się w ten sposób kierowcy dzwonią po pomoc do Straży Miejskiej. Gdy dowiadują się, że też zostaną ukarani, bo złamali przepisy, uciekają z miejsca zdarzenia, nawet jeśli jedyną drogą ucieczki jest chodnik.
Coraz więcej zgłoszeń jest również przez aplikację „Local spot”, dzięki której płocczanie alarmują ratusz nie tylko w sprawie źle zaparkowanych samochodów, ale też wyrzucanych śmieci przy altanach śmietnikowych. Dużo osób wysyła e-maile ze zdjęciami, często jednak słabej jakości. To mało skuteczne rozwiązanie tego, by podjąć natychmiastową interwencję. – Najlepiej dzwonić na numer telefonu interwencyjnego 986. Przyjeżdża patrol i zajmuje się sprawą – podpowiada rzeczniczka Straży Miejskiej.
Powrócą żółte straszaki
Pomimo licznych interwencji strażników sytuacja wcale się nie polepsza. Wciąż parkujemy niechlujnie i nie znamy znaków drogowych tj. zakaz ruchu, zakaz postoju, zakaz wjazdu, czy sławetna strefa zamieszkania. Oczywiście jest za mało miejsc do parkowania, denerwują nas też parkometry, ale czasem lepiej zapłacić 2 zł i mieć święty spokój, niż zaparkować za zakazem zatrzymywania co mandatowo kosztuje 100 zł i 1 punkt karny. Kiedy parkujemy na chodniku, to zostawmy wolne półtora metra dla pieszego albo tyle, żeby matka przeszła z wózkiem czy ktoś z zakupami.
Rozwiązaniem sytuacji mogą być blokady na kołach, które w ostatnich latach jakby rzadziej były stosowane przez Straż Miejską w Płocku. To był dobry straszak na źle parkujących kierowców. Po pierwsze, sprawca od razu na miejscu był rozliczany. Po drugie, taki widok działał odstraszająco na innych. Jakby miejsce, w którym kierowca zauważył żółte urządzenie na kołach czyjegoś samochodu, zapadało mu mocno w pamięć. Dlaczego blokady zniknęły z płockich ulic? – Właściciele samochodów zgłaszali uszkodzenia pojazdu blokadami, ale i na to jest sposób. Strażnicy miejscy robią dokumentację zdjęciową, przed i po założeniu blokady – mówi Jolanta Głowacka. Zapowiada również, że blokady znów powrócą...
Blanka Stanuszkiewicz-Cegłowska
fot. D. Ossowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze