Jest taka teoria, która tłumaczy wszelkiego rodzaju postęp niewiedzą! Jak to? Już wyjaśniam. Otóż jakiś stan rzeczy funkcjonuje tak długo, że wszyscy uważają go za normalny, są przekonani, że tak po prostu musi być. I pojawia się ktoś, kto tego nie wie. Nie rozumie, że to jest oczywiste, że tego nie można naruszać. I on właśnie dokonuje rewolucji. Tak jest na przykład w nauce, gdzie przełomowych odkryć dokonują „młodzi gniewni” adepci tego fachu. Żeby nie być gołosłownym, Einstein ogłosił szczególną teorię względności w wieku dwudziestu sześciu lat!
A le ja nie o nauce, a o futbolu! W naszym pięknym kraju panuje przekonanie, graniczące z pewnością, że narodową specjalnością Polaków jest gra „z kontry”. Bo to husaria, ułańska fantazja, Somosierra… Słowem, nie dla Polaka mozolne „klepanie”, jakaś „tiki – taka”, czyli w języku fachowym, atak pozycyjny. Już „trener tysiąclecia” Kazimierz Górski podkpiwał sobie z tak zwanej „szkoły krakowskiej”, określając ten styl gry w swoim barwnym języku terminem „ty do mnie, ja do ciebie”. A porażkę „srebrnej jedenastki” w słynnym „meczu na wodzie” we Frankfurcie tłumaczono tym, że nasi w takich warunkach nie mogli zademonstrować głównego atutu, czyli szybkiego ataku. Husaria nie mogła rozwinąć skrzydeł!
To tyle tytułem wstępu i czas przejść do „ad remu”. Wygląda na to, że „polska szkoła futbolu” może jednak odejść do lamusa historii. A to za sprawą „młodego gniewnego” Portugalczyka, który zdaje się naszego narodowego charakteru nie rozumieć. Nie jest w stanie zaakceptować stanu rzeczy, w którym piłkarze nie potrafią grać tak, jak sobie życzy trener. Sam był piłkarzem na tyle wybitnym, że nie miał z tym najmniejszego problemu. I zachowuje się tak, jakby nie wiedział nic o naszych narodowych cechach ani o tym, że poziom szkolenia, a w efekcie umiejętności naszych futbolistów znacznie odbiegają od standardów europejskich czy latynoamerykańskich. U nas już od trampkarza wymaga się nie systematycznej nauki futbolowego abecadła, ale zwycięstw w rozmaitych rozgrywkach młodzieżowych…
Przyznam się, iż nie wierzyłem, że nowy selekcjoner kadry narodowej zdoła swoje pomysły na grę od „produktów polskiej myśli szkoleniowej” wyegzekwować. Nie wierzyłem, ale powoli zaczynam się zastanawiać, czy nie pora posypać głowy popiołem, założyć wór pokutny i udać się do Canossy! Chyba jednak poczekam. Pozostanę wierny swojej starej zasadzie, że nie wypowiadam się o losach rozgrywek ligowych na podstawie pierwszych kilku kolejek. Ale życzę sukcesu!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze