Reklama

Marylka zaklęta w hiacyntach

16/07/2012 12:28
Marylka Szczepańska bardzo nie lubiła, gdy jej dom w Kazimierzu nazywano „Kuncewiczówką”. Dla niej i jej męża była to „Willa pod Wiewiórką”, do której przyjeżdżali na lato. Malownicze położenie na szczycie wzgórza i dwa brzegi Wisły oglądane podczas spacerów na pewno przypominały jej Płock. Bo choć w Płocku pisarka spędziła zaledwie trzy lata, zawsze z wielkim sentymentem i sympatią powracała do miasta swojej młodości.

Maria Kuncewiczowa, nazywana Marylką, miała w życiu wiele domów. Pierwsze wybierali za nią rodzice, kolejne związane były z miejscem studiowania i pracy, ostatnie – z burzliwą historią kraju. Urodziła się w Samarze, potem mieszkała w Warszawie, Krakowie, Nancy, Londynie. Na koniec osiadła w Kazimierzu nad Wisłą, ale to o Płocku napisała w powieści Fantomy, że „zapadł się na dno pamięci całym ciężarem romańskiego tumu i dźwięczy szklano, ile razy pomyślę o pierwszej przyjaźni, pierwszej miłości, pierwszej wiośnie, pierwszej śmierci”. Płock nazwała: „moja cathédrale engloutie” (zatopiona katedra). Katedrę pochłoniętą przez morskie fale wraz z całym miastem Ys z bretońskiej legendy uwiecznił w jednej ze swoich kompozycji Claude Debussy. Głos dzwonów i śpiewy słychać jeszcze czasem, gdy morze jest spokojne i przejrzyste. Wtedy świątynia powstaje na chwilę z dna, by za chwilę zanurzyć się znowu. Fortepianowe preludium Debussy’ego wydane w 1910 roku Marylka pewnie poznała. Studiowała przecież nie tylko filologię, ale także śpiew w warszawskim konserwatorium. Może gdyby nie zdecydowała się być pisarką, przeszłaby do historii jako utalentowana śpiewaczka? Miasto dzieciństwa, którego pilnuje stojąca na Wzgórzu Tumskim dostojna świątynia, osunęło się na dno jej wspomnień, ale nie utonęło w niepamięci. Co jakiś czas musiało o sobie przypominać.

„Pod Wiewiórką”

W Płocku i Warszawie Maria Kuncewiczowa miała mieszkania. Dom powstał w 1936 roku w Kazimierzu, według projektu architekta Karola Sicińskiego. On też zaprojektował balustradę z motywem wiewiórki, dodaną dopiero po wojnie. Nad schodami zawisł pejzaż Franciszka Kmity Wieża Dorotka w Płocku. Zaprzyjaźniona z Kuncewiczami scenografka Irena Lorentowiczówna, której projekty kostiumów można dziś oglądać w salonie, przekonała ich, żeby kupili ziemię. Potem wybudowali dom. Jako kamień węgielny wmurowano: Dwa księżyce Marii Kuncewiczowej i Przebudowę Jerzego Kuncewicza. Drewniana konstrukcja z murowanym tarasem i pergolą wkomponowała się w naturalne ukształtowanie terenu, opadającego w kierunku wschodnim. Letnia rezydencja składająca się z trzech brył: jednej piętrowej i dwóch parterowych z poddaszami stanęła trochę na uboczu – na szczycie wzgórza. Dopiero w latach 60. zasłonił ją Dom Dziennikarza, który spowodował znaczne zwiększenie ruchu turystycznego w okolicy.
„Willa pod Wiewiórką” długo była jedyną strażniczką Góry Małachowskiego, co nie znaczy, że jej gospodarze stronili od ludzi. Bywali tu Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Mieczysław Grydzewski, Stanisław Baliński oraz wielu innych wybitnych malarzy i artystów. Przy domu powstał piękny ogród, zaprojektowany przez wybitnego polskiego przyrodnika – Jana Dybowskiego.

Spacery po różanym wzgórzu

Maria Kuncewiczowa lubiła przyrodę. Jako dziewczynka chodziła do płockich tarasowych ogrodów nad Wisłą, które zachowała we wdzięcznej pamięci. Wykupywało się do nich miesięczną kartę wstępu i spacerowało, spotykając w alejkach eleganckie towarzystwo. „Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fraulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fraulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów, Mlle Belletout do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilienthala, drugi do pana Rosenberga. Fraulein Goertz poinformowała mnie, że Lilienthal znaczy>>dolina lilii<<, a Rosenberg –>>góra różana<<, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkim nauczyła mnie słów>>bon marché<<,>>ruban<<,>>kopeck<>youpin<<. Natomiast Helena Goertz zaznajomiła Marylkę z „zielnikami, suchymi bukietami i haftem”.
W pamięci młodej damy zapisała się szczególnie jedna z takich „spacerujących konwersacji”, która odbyła się nad pobliskim jeziorem. „Około czwartej po południu przyszła Helene Goertz. Matka w wypiekach zarządziła:>>Józiu poślij po dorożkę. Pojedziemy nad jezioro<<. Pojechaliśmy. Siedziałam na ławeczce naprzeciwko Fraulin i gorycz tego dnia rozpłynęła się w cieple jej kolan. (…) Mówiła do mnie Mariechen. Wobec oskarżeń mamy nie brała mojej strony, ale po lekcji czy po spacerze oznajmiała:>>Heute hat Mariechen doch tuchtig gearbeitet<<. (…) W Warszawie nauczyłam się odróżniać siebie od innych istot. W Płocku próbowałam latać. We Włocławku skończyło się na pozór razem z babcią, moje dzieciństwo.(…) W tym moim czternastym maju ledwie się oswoiłam z tym, że matka krzyczy na mnie grubym, nieswoim głosem, ledwie przebolałam zdradę babci, która zatykała uszy i w koronkowej mantylce uciekała na nabożeństwo majowe beze mnie (chociaż ja bym i tak nie poszła), kiedy z kolei ojciec okazał się wrogiem.(…)”. Po tylu spacerach nad Wisłą, potajemnych wycieczkach do Ogrodu Kolarzy i oficjalnych konwersacjach nie dziwi, że przy swojej letniej siedzibie Maria Kuncewiczowa zapragnęła mieć ogród. Dom nie stanął wprawdzie ani na górze różanej ani w dolinie lilii, jednak jego otoczenie było wystarczająco zielone.

Dwa księżyce, dwa światy

Małachowskiego 19 – pod takim oficjalnym adresem mieściła się willa, była siedzibą Kuncewiczów trzy lata. Spędzali tu letnie miesiące, a pozostałe zamieszkiwali wraz z synem Witoldem przy Placu Trzech Krzyży 8 m. 13 w Warszawie. Po wybuchu II wojny światowej rodzina udała się na emigrację. Prawie 20 lat przebywali na obczyźnie: krótko we Francji, potem w Wielkiej Brytanii, wreszcie – w USA, gdzie Maria m.in. wykładała literaturę polską na uniwersytecie w Chicago.
Kuncewiczowie wrócili do Kazimierza na początku lat 70. Nadal przebywali tu tylko część roku. Zimą mieszkali za granicą, w bardzo skromnych warunkach, w domu sióstr franciszkanek w Rzymie. Pokoje w willi wynajmowali przyjezdnym. -Kuncewiczowa była introwertyczką. Szalenie spokojną, wyważoną, ale też przyjazną osobą. Nie była żywiołowa. Natomiast jej mąż był niesłychanie serdeczny. Miał bardzo porządny jak na tamte czasy samochód i tym samochodem zabierał po drodze wszystkich – podróżnych z bagażami, matki z dziećmi, autostopowiczów – opowiada Wanda Konopińska-Michalak, kierownik muzeum – Domu Marii i Jerzego Kuncewiczów. – Na charakterystycznej fotografii zrobionej pod Berkeley, Jerzy Kuncewicz idzie pierwszy i odwraca się, żeby zobaczyć kroczącą za nim Marylkę. Zawsze sprawdzał, gdzie ona jest, był szalenie opiekuńczy. To było bardzo dobre małżeństwo – dodaje.
Syn Kuncewiczów – Witold, wcześnie wstąpił do wojska, do Międzynarodowych Sił Zbrojnych. Pływał na okrętych podwodnych, m.in. ORP „Wilk” i ORP „Jastrząb”. W roku 1942 wraz z całą załogą „Jastrzębia” został odznaczony Krzyżem Walecznych. Był przystojny i bardzo utalentowany. Ożenił się z Eileen Herlie – urodzoną w Szkocji aktorką, która dla niego najpierw zostawiła obiecującą karierę. Małżeństwo rozpadło się, ale Eileen Herlie stała się znaną aktorką filmową. Występowała na Broadwayu, potem również w produkcjach telewizyjnych. Do końca życia grała w bardzo popularnych serialach amerykańskich. Była uwielbiana. Zmarła w 2008 roku, w wieku 90 lat. Witold od 1952 roku mieszkał w USA. Wraz z drugą żoną, Dorothy, hodował konie na farmie Old Kennels w Wirginii. Odszedł 31 maja 2009 roku.
W 1984 roku, po śmierci Jerzego Kuncewicza, Maria zamieszkała w Kazimierzu na stałe. W „Willi pod Wiewiórką” przebywała do swojej śmierci – 15 lipca 1989 roku. Gdy zmarła, Witold Kuncewicz założył i finansował Fundację Kuncewiczów, która prowadziła działalność artystyczną, organizowała sesje naukowe, spotkania autorskie, wystawy wybitnych twórców. Kierował nią Edward Balawejder. W 2004 roku dom wykupiono od Fundacji i przekazano Muzeum Nadwiślańskiemu, które utworzyło w nim oddział pod nazwą: „Dom Marii i Jerzego Kuncewiczów”. – Dom przejęliśmy kilka lat temu. Wnętrze było przetworzone. Artyści mieli tu wystawy, wieszali obrazy na sprzedaż. Niektóre oryginalne prace po śmierci rodziców Witold zabrał do USA. Musieliśmy je zastąpić innymi. Swoje obrazy podarował np. Jerzy Gnatowski. Mamy też prace Stana Appenzellera i Feliksa Topolskiego. Zachowało się sporo pamiątek rodzinnych, choćby obrazek „Ptaszek na wydmie” namalowany przez Annę Krasnowolską, córkę Jana Józefa Szczepańskiego – bratanka Kuncewiczowej. Za radą Muzeum Literatury wróciliśmy do udokumentowanych wnętrz z 1982 roku – wyjaśnia Wanda Konopińska-Michalak. W pokoju na parterze przyciąga uwagę piękny piec z kafli huculskich, zaprojektowany przez Sicińskiego. Co ciekawe, Kuncewiczowie nigdy w nim nie rozpalali, bo był zbyt cenny. Kafle przywiózł malarz Michał Boruciński. – Proszę o spokój, tu się pisze! – krzyczał Jerzy Kuncewicz usiłując się skupić. Na ścianie wisi fotografia babki Marii Kuncewiczowej. To ona prowadzała Marylkę do płockiego Ogrodu Kolarzy, gdzie w tajemnicy przed rodzicami uczyła się jeździć na rowerze, ale niewiele z tej nauki wyszło.
Na parterze „Willi pod Wiewiórką” odbywają się dziś wystawy, spotkania, odczyty. U góry czas się zatrzymał na dacie: 15 lipca 1989 roku. W pokoju Kuncewiczowej wisi stary kalendarz. Jest dużo pamiątek rodzinnych i pamiątek z podróży. Obraz Nikifora Biskupy polskie Maria dostała od Jana Józefa Szczepańskiego. Szkic węglem do jej portretu namalował Stanisław Appenzzeler. Zegar to z kolei prezent od pisarzy – uchodźców dla „szanownej założycielki i pierwszej prezeski” P.E.N. Centre for Writers in Exile w Londynie. Organizacja zrzeszała pisarzy z kilkunastu krajów Europy Środkowej i Wschodniej oraz z Półwyspu Iberyjskiego. Powstała w 1950 roku, również dzięki staraniom Marii Kuncewiczowej. Obok zegara leży płyta, na której bracia Ojstrachowie grają koncert Brahmsa. Ten utwór jest osią Cudzoziemki. Na drzwiach od szafy wiszą ubrania: autentyczna peleryna Kuncewiczowej kupiona we Włoszech i dwie piękne sukienki. Te drugie to kostiumy z filmu Dwa księżyce, które nosili aktorzy a potem podarowali muzeum. Jest też autentyczna komoda, przerobiona na biurko, pełna rodzinnych fotografii. Po pisarce zostały wszystkie książki, jej łóżko i opaska na oczy.
W ostatnich dniach towarzyszyły Marii Kuncewiczowej najbliższe osoby: syn, bratanica i gosposia. – Bratanica Kuncewiczowej, Zosia, spała zwinięta na sofce, ledwo się na niej mieszcząc. Gosposia czuwała na dywaniku przy łóżku, bo bała się, że Kuncewiczowa spadnie z łóżka, co jej się raz zdarzyło. Tak ją przeprowadziły na drugą stronę. Witold zdążył dojechać do USA, kiedy otrzymał wiadomość, że matka umarła – opowiada Wanda Konopińska-Michalak. Maria i Jerzy Kuncewiczowie zostali pochowani pod rozłożystym dębem na kazimierskim cmentarzu. Na grobie pisarki widnieje data: 1897-1989. Rok urodzenia jest błędny. Maria urodziła się dwa lata wcześniej, w Samarze nad Wołgą.

Dziewczynki też są ludzie

Marylka Szczepańska przyjechała do Płocka z Warszawy, razem z rodzicami: Adeliną z Dziubińskich i Józefem Dyonizym Szczepańskim w 1906 roku. Matka była skrzypaczką. Ojciec ukończył Uniwersytet Petersburski i studiował w Szkole Dróg Komunikacji. Uzyskał dyplom „kandydata nauk matematycznych”. Najpierw pracował w Warszawie. W 1905 roku wziął udział w strajku szkolnym. Mimo wszystko rok później zaproponowano mu objęcie stanowiska dyrektora ośmioklasowej szkoły średniej w Płocku – Gimnazjum Polskiego (pod auspicjami Polskiej Macierzy Szkolnej). Józef Szczepański propozycję przyjął. Za jego kadencji młodzież uczyła się m.in. kosmografii, prawoznawstwa, historii Polski i Rosji oraz psychologii i logiki (razem 27. przedmiotów). On sam wykładał matematykę. Gimnazjum, w którym za naukę płaciło się wtedy w rublach, zajmowało dom Pruszkowskich przy ulicy Królewieckiej. W 1909 roku Józef Szczepański został przewodniczącym Wydziału Pedagogicznego Towarzystwa Naukowego Płockiego. Doktor Themerson pisał, że trudno sobie wyobrazić drugiego człowieka, który by z taką miłością edukował młodzież.
Marylka od II do IV klasy chodziła do Żeńskiej Szkoły Udziałowej mieszczącej się przy Kolegialnej. W czasie jej nauki trzy razy zmieniały się przełożone. Najpierw stanowisko piastowała Wanda Thunówna, potem Jadwiga Kotwicka, a na końcu pobytu Marylki w Płocku – Marcelina Rościszewska. O tej najsłynniejszej przełożonej Kuncewiczowa nie wspomina. Jak pisze w artykule zamieszczonym w „Notatkach Płockich” (r. 1975) Tadeusz Chrostowski: „Wanda Thunówna przy poparciu nauczyciela Antoniego Millera i Brynkówny narzuciła w wychowaniu dziewcząt bardzo silny kierunek postępowy. Na sesjach rady pedagogicznej uczestniczyli delegaci uczniów i taką delegatką była też uczennica II klasy – 9-letnia Marylka Szczepańska. Stąd wywodzą się zarzuty kanonika Lasockiego po adresem przełożonej i dyrektora Szczepańskiego o>>pajdokracji<<, że hołdują oni po rewolucji rządom dzieci zupełnie nieodpowiedzialnych”.
Szczepańscy najpierw mieszkali przy ulicy Więziennej, w domu naprzeciwko poczty (róg Sienkiewicza i 1-go Maja), potem przy ulicy Królewieckiej. Z okna mieszkania przy Więziennej Marylka Szczepańska, której doskonały zmysł obserwacji chwalono potem czytając jej powieści i opowiadania, zauważyła pewnego dnia welocyped i zakochała się ogromnie w tej pędzącej na złamanie karku maszynie. „Podczas posiedzeń z babcią w oknie od ulicy, gdzie po drugiej stronie mieściła się poczta, wyszło na jaw, że pocztmistrz mieszka na pierwszym piętrze, a jego mały syn posiada rower. Nie żadne wymyślone przez Anglików dziwactwo, tylko prawdziwy rower, który od czasu do czasu wyprowadza z sieni, dosiada go i skrajem chodnika pędzi przed siebie z szybkością przewyższającą rozpęd Anieli Sagatowskiej.>>Babciu, ja chcę mieć rower<<– oznajmiłam.>>A po cóż tobie rower?<>Ty przecież dziewczynka<<– gramatyka babci była rosyjska, co mnie bardzo drażniło.>>Dziewczynki też są ludzie<<– krzyknęłam –>> i jeżeli on może, dlaczego ja nie mogę!<<>>A dlatego, że nie umiesz<<– babcia była weredyczką, paliła papierosy i grała na gitarze. W rezultacie zaczęłyśmy zbaczać ze spacerów na welodrom, gdzie za kopiejki uciułane przez babcię z emerytury>>po sierocie napoleońskim<
Z oknem na welodrom

Z Więzienniej Szczepańscy przeprowadzili się na Królewiecką, do mieszkania nad Gimnazjum Macierzy Szkolnej, którego dyrekcję objął ojciec. Jak wspomina Maria Kuncewiczowa, najpierw czekali na odjazd rosyjskiego dygnitarza. A kiedy w końcu dostali klucze, ukazały im się wysokie pokoje, „dżungla palm i ptaszków” oraz…miejsce szczególnie ważne – klozet z rezerwuarem. „Pokoje tu były mniejsze, ale bardzo wysokie, moje ściany bladoróżowe, babcine blado niebieskie, tapety w salonie przedstawiały złote girlandy na perłowym tle, stołowy wyglądał jak pudełko z sękatych desek wymalowanych przez szablon, sypialnię rodziców oplatała dżungla palm i ptaszków, do przepaścistej kuchni z alkową dla sług prowadził pasaż, z którego dwoje bocznych drzwi otwierało się na łazienkę i klozet.” W tym klozecie, Marylka przesiadywała niezwykle długo, doprowadzając do tego, że zaniepokojona matka nakazała jej pić na noc wywar z fig, który to miał pomóc na kłopoty z pęcherzem. „ (…) klozet sprawił, że moje ikarowe loty wplątały się w błędne koło. Poniżej wysoko umieszczonego rezerwuaru było tam w ścianie szczytowej kwadratowe okienko, przez które stojąc na klapie sedesu, mogłam oglądać Ogród Kolarzy przy ulicy biegnącej pod kątem prostym do naszej. W tym ogrodzie działy się rzeczy godne uwielbienia. Orkiestra kolejarzy ćwiczyła na złotych trąbach marsze potrzebne w czasie loterii fantowych, panie w sukniach z trenem i panowie w pasiastych kurtkach podskakiwali z piłkami na placu tenisowym, dzieci bawiły się w>>farby<
Anioły i hiacynty

„Janka, czy ty wierzysz w Boga?” – zapytała Marylka swoją przyjaciółkę. „Ja wierzę w anioły. Panna Halina od polskiego to na pewno był anioł” – odpowiedziała dziewczynka. Marylka musiała się zgodzić, bo jak tu zaprzeczyć, skoro „panna Halina płakała, kiedy Broniewska (siostra Władka) deklamowała Smutno mi Boże.”. Z Janką Neumark połączyła Marylkę Szczepańską pierwsza prawdziwa przyjaźń, która nie ogląda się jeszcze na różnice, pochodzenie, przekonania. Nie bez znaczenia była dzielona wspólnie niechęć do lekcji fortepianu. „U Janki zawsze pachniało hiacyntami. Jej ojciec był adwokatem ziemian, wąsaty jak oni, dobrotliwy. Matka chorowała na nerki z dala od przeciągów domowych. Stefa, starsza siostra, zjawiała się na święta z Warszawy, gdzie Ignacy Matuszewski sprawował rząd dusz na kursach Miłkowskiego. Piętnastoletni brat nie liczył się, ale liczyły się jego kroki, jego gwizdanie za ścianą i szyderczy głos. Z czego była ta pierwsza przyjaźń? Z zachwytu, że u Janki było inaczej. Kiedy szłam do niej wkładałam najlepszą sukienkę, bo u nas hiacynty kupowano tylko na Wielkanoc. Także z powodu Stefy, która czytała Dzieje grzechu, a ja nie miałam siostry ani Dziejów grzechu. Z powodu Antka, który się z nas wyśmiewał: a cóż komu po bracie, który się nie wyśmiewa, za to przebywa w Berlinie? Także i dlatego, żeby Janka powiedziała:>>Jak Ty ładnie wyglądasz<<– mama zwykle uważała, że nieładnie wyglądam. Poza tym – rzecz najważniejsza – Janka była Żydówką. Na czym polegała ta właśnie atrakcja? Lśniła tajemniczo, snuła się za słowami i ruchami osób, które nie chodziły na mszę i nie uczyły się katechizmu. W kategoriach „złe – dobre towarzystwo” matka orzekła, że Janka jest dobrym towarzystwem: nie wałęsała się z chłopcami za Tumem i miała dobre stopnie. Ojciec wyrażał się ostrożnie: Izraelitka, ale to nie szkodzi. Marianna ganiła: Panienka tak się stroi do tej Janki, a przecież Żydzi ukrzyżowali Chrystusa. Babcia się za mną ujmowała:>>Tak cóż? Matka Boska chcesz nie chcesz, Żydówka, a szczupak po żydowsku wszystko jedno najlepszy i na wigilię podaje się<<. Jeżeli Janka przychodziła do mnie uczyć się algebry, ojciec chętnie udzielał objaśnień, potem wzdychał:>>Ona jest zdolniejsza od Marylki<<. Tak więc opinia o rodzinie Janki pozostawała chwiejna, jednak przeważał fakt, że pan mecenas Neumark należał w Macierzy Szkolnej do członków wspierających. (…) obie podlegałyśmy terrorowi pięciopalcówek i etiud Bolesława Domaniewskiego. Fortepian był naszym wspólnym wrogiem, ale uczynił nas wrażliwymi na dźwięki, raz wesołe, raz smutne, które napełniają świat... Kiedy po wielu latach siadłyśmy w pokoju Janki na ulicy Królewskiej w Warszawie, żeby sobie>>wszystko powiedzieć< Szczepańscy wyjechali z Płocka w 1909 roku. Ojciec pisarki został dyrektorem Szkoły Handlowej we Włocławku. Córkę posłał na pensję pani Aleksandry Apis. Ukończyła ją uzyskując tytuł nauczycielki domowej. Wkrótce Marylka wyruszyła na studia do Francji, by potem jeszcze wielokrotnie wracać i wyjeżdżać z kraju. W 1918 roku debiutowała jako autorka. Jej pierwszym tekstem były Bursztyny, zamieszczone w „Pro Arte et Studio”. „Kiedy teraz z odległości przeszło pół wieku patrzę na Płock, siedząc nad jeziorem Zuryskim pod murami zamku Rapperswill, widzę Wisłę, las nad rzeką w Radziwiu, czuję za plecami chłód baszty Dorotki. Wydaje się, że patrzę na siebie trzynastoletnią, w odpiętym palcie, w rozwianym szaliku. Czuję rytm serca, które nie mogło nadążyć za żywiołami i pustkę w głowie, która sprawiała, że nie odróżniało się ludzi od słupów telegraficznych. Koło ławki przechodziła teraz nowa ludzkość, której nie znam”. Na starych, malowanych pocztówkach można zobaczyć zamek w Rapperswillu (obecnie Muzeum Polskie), który stoi na wzniesieniu bardzo podobnym do Wzgórza Tumskiego. Otaczają go wody Jeziora Zuryskiego. Ja też tu widzę Płock.
Lena Szatkowska
fot. Marta A. Szatkowska
Cytaty pochodzą z prozy Fantomy, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości