Czy można jednocześnie kochać i nienawidzić? To doskonale znany wszystkim, oklepany wręcz dylemat. Odpowiedzi bywają różne. Wbrew pozorom – na ogół twierdzące. Tymczasem z zupełnie innym podejściem spotykam się w kontekście turystycznych rozmów o Sycylii. Że w tym przypadku trzeba jednoznacznie zaznaczyć swoje stanowisko. Że albo się ją kocha, albo nienawidzi... Czy to prawda?
Niektórzy z moich bliższych bądź dalszych znajomych wzdragają się na wspomnienie o Sycylii. Że brudno, że głośno, że mafia... Znam też takich (choćby Marek, mój kolega szkolny z Płońska, jeszcze z czasów szkoły średniej), którzy są w Sycylii wręcz zakochani. Jeżdżą tam nieprzerwanie od kilku lat, bo twierdzą, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi... Kolejny znajomy – Jacek – kiedyś „podpłocczanin”, dziś kielczanin, także w samych superlatywach opowiada o tej wyspie. „Wypożyczasz samochód i zwiedzasz” – proponuje. Tymczasem kiedy słyszy o wypożyczeniu samochodu na Sycylii syn moich bardzo dobrych znajomych z podpłockiej Koszelówki, to wręcz puka się w głowę. „Za wybite szyby też chcesz płacić”? - rzuca na początek...
Zatem jaka jest ta sycylijska rzeczywistość? Nie pozostało nam nic innego, niż bezpośrednie dotknięcie tematu. Na tę najdalej na południe wysuniętą część Włoch, będącą konglomeratem różnych wpływów: od hiszpańskich począwszy, na arabskich skończywszy, dostać się można w wieloraki sposób. Choćby korzystając z oferty biur turystycznych. To prosty sposób, choć trochę kosztuje... Lubimy podróżować własnym samochodem? Taka wyprawa także jest możliwa, choć bardzo uciążliwa, bo trzeba przemierzyć Czechy, Austrię i praktycznie całe Włochy. Wreszcie mamy do wyboru bardzo popularne ostatnio zaplanowanie i zorganizowanie samodzielnej wyprawy, korzystając z oferty tanich lotów – Wizz Air bądź Ryanair. W tym przypadku – jeśli nie jesteśmy zobligowani terminem – trafić możemy na naprawdę tani przelot. Pamiętajmy jednak o podstawowej zasadzie: najpierw znajdujemy lot, dopiero potem apartament, nigdy odwrotnie!
Moim zdaniem całej Sycylii nie da się zwiedzić podczas tygodniowego pobytu – specjalnie podkreślam „zwiedzić”, bo są też tacy, którzy na wyspie szukają jedynie ładnych, piaszczystych plaż, kupują spory zapas olejku do opalania i mało ich obchodzi to, co dzieje się poza wynajętym przez nich nadmorskim apartamentem. OK, też tak można, nie zamierzam tego podejścia deprecjonować, jednak zbyt wiele o takiej formie oddychania Sycylią powiedzieć nie mogę. Bo po prostu z niej nie korzystam. Plaża jest bowiem przez mnie bardzo pożądana, jeśli zamiast piasku oferuje kamienie (małe, skaliste zatoczki – marzenie!), a obok można się zanurzyć w błękitnej, głębokiej i przezroczystej wodzie. Zatem do zwiedzania wybieramy tę część Sycylii, na której jeszcze nie byliśmy, albo tę, która nam najbardziej odpowiada. W tym materiale mowa jest o Sycylii wschodniej.
Tak jak wspomniano powyżej: najpierw lot, potem apartament – kwatera. Jeśli nie zamierzamy wypożyczać samochodu, szukać musimy odpowiedniego lokum (na przykład na booking.com) w oparciu o kilka założeń. Po pierwsze wybór miasta, które będzie naszą bazą wypadową do innych miejsc na wyspie. Po drugie cena – to oczywiste! Po trzecie dobre skomunikowanie kwatery z miejscami do zwiedzania w danym mieście, a także z dworcami autobusowymi i kolejowymi. Wreszcie po czwarte – bliskość jakiegoś supermarketu, piekarni czy kafejki z poranną kawą i czymś pysznym do niej. Każdy z nas ma swoje własne preferencje, w które nie zamierzam ingerować. Jeśli chcecie znać te moje i towarzyszy mojej podróży, to powiem krótko: Katania, jak najbliżej linii i przystanku metra (w naszym przypadku wejście do budynku wielorodzinnego, w którym wynajęliśmy apartament i zejście do przystanku metra dzieliła odległość 20 metrów! 50 metrów mieliśmy do piekarni (po włosku panificio bądź panetteria). Do marketu Coop 200 metrów, a do miejsca z pyszną poranna kawą – 250 metrów. Korzystając z metra, dojeżdżaliśmy wszędzie tam, gdzie chcieliśmy bądź bezpośrednio: dworzec kolejowy i autobusowy, bądź z uwzględnieniem krótszego (najstarsza część miasta) lub dłuższego (miła, polawowa zatoczka nad morzem Jońskim – była wioska rybacka) spaceru.
Trochę o tym metrze. Kilka razy podczas naszego pobytu przekonałem się, że nie warto bezkrytycznie podchodzić do tych wszystkich podpowiedzi, o których czytamy w internecie, szczególnie na blogach podróżniczych. Po przeczytaniu wszelkich rad w tej kwestii do metra w Katanii podchodziłem z dystansem. Że pobudowane bez sensu, że linia biegnie poza najważniejszymi miejscami itp. Fakt, ma kształt półokręgu i nie prowadzi przez centrum Katanii. Ma 10 przystanków, długość to prawie 9 km. Niemniej jest dobrze skomunikowane z najważniejszymi punktami. Dojeżdża na przykład do ważnego dworca kolejowego, z którego udajemy się do Syrakuz. Reasumując: dzięki metru dotrze się wszędzie, gdzie się chce, poza lotniskiem. Cena jednorazowego biletu na metro, kupowanego w automacie, to 1 euro. 2,50 zapłacimy za bilet całodniowy.
Dlaczego jeszcze warto znaleźć mieszkanie poza centrum Katanii? Tu znowu narażę się różnym blogerom (nie po raz ostatni). Ci bowiem często radzą, żeby wynająć apartament w centrum, żeby poczuć tę sycylijską atmosferę... Moim zdaniem to bzdura! Chociaż, gdyby zastanowić się nad słowem „poczuć”... Centrum jest brudne, gwarne i idzie się tam tylko po to, by zwiedzać, by wpaść na coś dobrego do jedzenia w jednej z trattorii. A mieszkać lepiej poza. Czyściej, można pogadać z sympatycznymi „lokalsami” rano w kafeteriach i piekarniach. O piłce nożnej, o córce, która studiuje w Bolonii, o tym, jak Sycylia jest niesprawiedliwie traktowana przez północne Włochy... Niestety, najczęściej tylko po włosku. Uspokoję tych, którzy przerażeni są koniecznością nauki języka. Włosi zachwyceni są, kiedy znamy choć kilka włoskich słów czy zdań. Reagują bardzo miło; perfetto! Gwarantuję, że i tak się dogadacie. Choćby za pomocą gestykulacji. Niestety, angielskim posługują się tylko niektórzy młodzi ludzie. Jeśli chcemy rozumieć więcej, warto choćby zapoznać się z bezpłatnym kursem włoskiego, np. w aplikacji Duolingo. Pół roku, jedna lekcja dziennie – i to wystarczy. Będziecie mogli bez problemu zarezerwować dla przykładu stolik w trattorii, zamówić coś do jedzenia i picia, poprosić o rachunek.
I jeszcze jedna rada – do specyfiki Sycylii w wielu dziedzinach musimy się przyzwyczaić. Niektórym przychodzi to trudniej, ale... Zatem: nie wydziwiajmy! Jednym z elementów tej specyfiki są rachunki (po włosku il conto) oraz paragony (lo scontrino). Po prostu czasami (niezbyt często, ale jednak), nie dostaniemy po konsumpcji takiego paragonu, do jakiego przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Dlaczego? Hm... musiałbym się zagłębić w tajniki związane ze skarbówką. Ale po co... Przecież kelner był bardzo miły. Drinki przynosił na czas, żadnych uwag. Po prostu Sycylia!
Odpowiem krótko: co kto lubi! Interesują nas zabytki i ślady znanych ludzi? Proszę bardzo! Piazza del Duomo (Plac katedralny) i usytuowana obok katedra św. Agaty (zginęła śmiercią męczeńską; nawiązując do sadystycznego charakteru mąk, którym ją poddano, w każdej piekarni czy cukierni znajdziecie lokalny przysmak – piersi świętej Agaty).
[paywall]
Pośrodku Piazza del Duomo stoi Fontana dell’Elefante z 1736 r. z charakterystycznym czarnym słoniem skierowanym w stronę katedry i egipskim obeliskiem. Figurki słonia znajdziemy w Katanii w wielu innych miejscach. Dlaczego? Bo przed wiekami zamieszkiwały ten teren słonie karłowate. Warto także zapoznać się z innymi charakterystycznymi budowlami starego miasta. Barokowymi – ciężko o starsze, bo te zniszczone były przez lawę wypływającą z Etny i potężne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Sycylię pod koniec XVII wieku (rok 1693).
Możemy też to nasze zwiedzanie ukierunkować tematycznie. Na przykład śladami Belliniego. Vincenzo Bellini był obok Donizettiego najważniejszym przed Verdim twórcą włoskiej opery romantycznej. Najsłynniejsze jego dzieła to: Purytanie, Bianca i Fernando, Capuleti i Montecchi. Był 8 lat starszy od Fryderyka Chopina. Niemniej podczas pobytu w Paryżu zaprzyjaźnił się z naszym kompozytorem. Wywarł ogromny wpływ na jego muzykę.
Belliniego w Katanii „odkrywamy” co chwilę. Możemy zacząć od jego grobu w katedrze św. Agaty. Spacerując uliczkami Katanii, trafimy też na Teatro Massimo Bellini, nazwany tak na część wielkiego kompozytora. A jeśli chcemy poszukać jego śladów poza historycznym centrum? Nie problem! Wystarczy w wpisać w Google’u frazę „Villa Bellini”. Jak myślicie, gdzie dojdziemy...? Do pięknego parku, najstarszego tego typu obiektu w Katanii. Cudowny zapach białych kwiatków tworzących żywopłot. Wprost oszałamiający! Ciekawostka, główna ulica znajduje się poniżej parku. Z jej perspektywy doskonale widoczna jest ułożona z ruchomych kwietników data. Oczywiście codziennie inna... Brawa za pomysłowość urzędników miejskich. W parku spotykamy policjantów na koniach; ciekawe doświadczenie. Poza tym podziemia, fontanny i wiele innych ciekawych miejsc. Na koniec wyjaśnienie. Park to po włosku giardino. Ale nie po sycylijsku, to całkiem inny język. Po sycylijsku park to villa!!!!!
Jeśli odkrywanie Katanii chcemy koniecznie połączyć z wartościami kulinarnymi, to koniecznie musimy zajrzeć na usytuowany obok Placu Katedralnego (wejście obok fontanny z bystrą, podziemną rzeką) targ rybny La Pescheria. Wszelakich ryb i owoców morza do wyboru! Możesz kupić, możesz skosztować. Choćby ostryg, które przygotuje błyskawicznie lokalny sprzedawca. Zręczny ruch scyzorykiem, trochę soku z cytryny i proszę! Tylko 2 euro. Poczekamy z konsumpcja do południa, to cena takiej gotowej do spożycia ostrygi spadnie do 1,5, a nawet 1 euro. A jeśli mamy dosyć ryb, to obok stosik z owocami morza mamy też kramy z lokalnymi serami. Zapakują próżniowo – możesz zabrać do Polski. Chcesz ugasić pragnienie? Nie ma sprawy! Na targu możesz się uraczyć świeżym sokiem z sycylijskich czerwonych pomarańczy lub trochę kwaśniejszym – z granatów.
Tak jak wspominaliśmy na początku tekstu, Katania jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania najbardziej znanych w tej części Sycylii miejsc. Z centralnego dworca kolejowego dojedziemy na przykład, wygodnie podróżując do słynnych Syrakuz, czyli miasta Archimedesa. To bardzo sympatyczne miasto; jej najstarsza część położona jest na wyspie Ortygia. Warto wynająć niewielką łódkę i popatrzeć na gród ze strony morza. Można także skosztować doskonałych lodów. W tym miejscu czas na trochę prywaty. Obiecałem to pracującej w lodziarni (gelaterii po włosku) Polce – Joli. Gorąco pozdrawiam i dziękuję – w imieniu mojej grupy – za gościnę. Nasza fascynacja miejscowymi lodami nie była przesadzona. Kiedy siedzieliśmy w ciszy przy stoliku (w ciszy, bo buzie zajęte lodami), przechodziła ulicą wycieczka Rainbow. Polska wycieczka, z polskim przewodnikiem. Pani przewodnik zatrzymała wycieczkę na ulicy i przekazała, że tu są najlepsze lody w Syrakuzach. Potwierdziliśmy to zainteresowanym wycieczkowiczom, po polsku, pomiędzy jednym a drugim liźnięciem.... A tak w ogóle to lodziarnię i całe Syrakuzy pokazała nam płocczanka – Ewa Marciniak. Chwilowo zamieszkuje i pracuje w Syrakuzach, ale tęskni za swoim rodzinnym miastem i zapewnia, że na pewno do Płocka powróci. Ewo, dziękujemy bardzo za pomoc!
Będąc w Syrakuzach, koniecznie trzeba się udać do Parco Archeologico della Neapolis, z historycznymi ruinami: teatrem greckim, rzymskim i grotą – Uchem Dionizosa z fenomenalną akustyką. A w Parku mamy kolejny polski akcent. Co i rusz napotykamy bowiem rzeźby naszego Igora Mitoraja. Monumentalne dzieła rozmieszczono w różnych punktach parku, co tworzy niezwykły dialog z antycznymi ruinami.
No i tu mam olbrzymi dylemat – jak określić mój prywatny stosunek do tego miasta. To chyba najbardziej znane i oblegane miejsce na całej wyspie. Na dźwięk brzmienia tej nazwy powieki odbiorców unoszą się do góry. Jeśli ktoś tam nie był, to na pewno chce pojechać... A mnie? A mnie ta miejscowość chyba raczej rozczarowała. Wyjątkowo snobistyczna, wielu udaje się tam tylko dla tak zwanego lansu. Bo sformułowanie „byłem w Taorminie” brzmi prawie tak samo jak „byłem w Paryżu”... Zatem: my też byliśmy w Taorminie. Jeśli coś zwróciło moją uwagę, to w jakimś stopniu starożytny teatr grecki – moim zdaniem największa atrakcja Taorminy. To najlepiej zachowany tego typu obiekt na Sycylii. Polaków czasami razi takie praktyczne podejście do starożytnych ruin. Stają się użytkowe, po wypełnieniu ich siedzeniami z XXI wieku. Osobiście wolę gorzej zachowane, ale naturalne, takie chociażby jak w Puli w Chorwacji. Dla mnie to najpiękniejszy tego typu obiekt. Niemniej Sycylijczycy mają prawo do swojej wersji.
Z całej wyprawy do Taorminy najdłużej w mojej pamięci zostanie tak zwana ścieżka straceńców. To bardzo stroma i trudna droga, którą z najwyżej położonego punktu miasta można zejść na sam dół – w pobliże dworca autobusowego (chociaż generalnie jestem zwolennikiem podróżowania pociągiem, to w tym przypadku odradzam ten środek transportu. Pociąg zatrzymuje się praktycznie przed miastem, a dotarcie do centrum stwarza sporo problemów. Zatem autobus!). Kiedyś była to jedyna droga z Taorminy do wioski położonej dużo wyżej, do Castellmoli. Dzisiaj jest atrakcją turystyczną. Ciężko, na drugi dzień bolą przeciążone kolana, ale warto. 1,8 km długości. Gdybyśmy wybrali główną, niebezpieczną dla pieszych drogę, to ta odległość wzrasta do 4 km. Piękne widoki, zdjęcia, mnóstwo rosnącej opuncji. Jak zdradziła nasza przewodniczka po Etnie – Dori – miejscowi robią z niej świetny destylat.
Oczywiście, każdy ma prawo do swojej oceny danego miasta. Jeśli lubicie przepych i super wysokie ceny – proszę bardzo! Dla was podpowiedź – ulica Corso Umberto – prawdziwa rewia mody. Coś tak jak toskańska Florencja, tylko w sycylijskim stylu.
To prawda. Wulkan zachęcał nas do przybycia w te strony jeszcze przed majowym wyjazdem. A to z powodu pięknych zdjęć robionych nocą – dymiącego i ziejącego ogniem krateru. Uspokoję: Etna jest całkiem bezpieczna. To nie jest wulkan typu Wezuwiusz, z jednym kraterem. Etna ma 4 główne kratery i 250 usytuowanych na jej zboczach. Zatem nocne zdjęcia pokazują jeden z jej wielu kraterów. Niestety, choć z Katanii mieliśmy doskonały widok na Etnę, to akurat tego krateru nie udało się ani dojrzeć, ani nocą sfotografować. Niemniej na Etnę warto się wybrać. Oczywiście z przewodnikiem. Oprowadzi po najciekawszych miejscach, zachęci do spróbowania miejscowego szczawiu. Do naszego niepodobny, ale smakuje tak samo! Koniecznie ciepło się ubierzcie!
Będąc w Syrakuzach, Taorminie, Katanii cały czas odnosiłem wrażenie, że czegoś mi brakuje. Tak zwanej prawdziwej Sycylii. Z jej wąskimi, pustymi uliczkami, z tradycją, z suszącą się bielizną na balkonach. I w końcu takie znalazłem – dzięki podpowiedzi Dori, naszej przewodniczki po Etnie, Polki od 25 lat zamieszkującej tę wyspę. Caltagirone – ta 30-tysięczna miejscowość dzieli się na Dolne Miasto i Górne Miasto. To taka prawdziwa Sycylia, z tradycją, religią i biedą. Mnie bardzo przypadła do gustu, bo takich miejsc szukam najczęściej. Traf, wysiadamy na stacji a tu barwna lokalna parada. Z Dolnego do Górnego miasta, do kościoła pw. Marii z Gór. W maju do Caltagirone przybywają tysiące pielgrzymów z całego świata.
Największe wrażenie robią prowadzące do kościoła Świętej Marii z Gór schody. 80-metrowe! Na nich mnóstwo kwiatów w doniczkach. Tworzą między innymi widoczny z dołu specjalny układ dat związanych z historią miasta: 1225-2025. W ołtarzu głównym kościoła znajduje się wizerunek Madonny di Comadomini. To bardzo ciekawy obraz w kontekście artystycznym. Jest dwustronny!
Caltagirone znane jest głównie z przepięknej ceramiki. Sklepów z pamiątkami z ceramiki mnóstwo. To taka prawdziwa Sycylia, zatem podczas sjesty większość pozamykana.
Na koniec trochę o kwestiach kulinarnych, czyli wyboru trattorii na późny obiad, kolację. Jadąc czy wylatując gdziekolwiek (od czego tanie linie!), posiłkujemy się wcześniej różnymi opisami choćby z internetu (przynajmniej ja tak robię, kiedy jedziemy z rodziną czy znajomymi i nie chcę przegapić niczego ważnego). Moja rada: chłońmy te informacje z dystansem, dystansem i jeszcze raz z dystansem. W blogach podróżniczych przeczytamy dokładnie, co zwiedzić, gdzie nocować, co zjeść. Warto się z tymi informacjami zapoznać, ale nie można do nich podchodzić bezkrytycznie. Pamiętajmy, że blogerzy na tym zarabiają.
Na tychże blogach polecane są restauracje. Ich nazwy jak papugi powtarzają później zwykli użytkownicy na forach internetowych. Wymienię tylko kilka często się powtarzających. U Facularu, da Antonio, Cabaliere... Robert Makłowicz polecał w jednym ze swoich programów trattorię U Sapuritu... Rzecz w tym, że te polecane przez Polaków lokale to najczęściej nie jest to to, czego szukamy. A szukamy lokalnej kuchni, lokalnego klimatu, cen dla lokalsów, a nie turystów. Jasne, także opierając się na tych blogowych poleceniach, udaliśmy się do trattori da Antonio. Oczywiście obsługa miła, czysto, ogródek pełen gości. Tyle, że wszyscy ci goście to turyści, ze wszystkich krajów Europy. Sycylijczyków wcale! Byliśmy też w U Sapuritu. Pominę milczeniem... A jeśli porozmawiasz z mieszkającymi tu ludźmi, to podpowiedzą ci całkiem inne miejsca. Dzięki nim trafiliśmy w doskonałe kulinarnie miejsce poza centrum Katanii, z mnóstwem lokalnych mieszkańców. La Rustica da Vito Bonaccorsi była rewelacyjna. Sami miejscowi, kelnerzy pod siedemdziesiątkę, szalenie uprzejmi, jedzenie palce lizać. Ceny bardzo przyzwoite! W tym dania z koniny. Sycylijczycy bardzo lubią to mięso.
To nie jedyna oczywiście tego typu lokalna knajpa. Niedaleko Rustica da Vito Bonaccorsi jest taki lokalny street food (czyli na wynos, na stojąco itp.), gdzie koninę i oślinę dostać można także w wersji w bułce. Zapachy na pół ulicy unoszą się z grilla. Także właściciel naszego apartamentu Salvo Ludica podpowiedział nam, gdzie dostaniemy doskonałą lokalną pizzę. Tylko na wynos, gdzie zaopatrują się lokalni mieszkańcy. Córka i koleżanka poszły po pizzę do tego polecanego lokalu. Przyniosły 4 pudełka. Pyszne. Pizzeria nazywa się Lievito Madre.
Salvo zasugerował nam posiłek w jeszcze jednej typowo włoskiej trattorii. To Il Borgo di Federico. Miał rację, to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Ceny bardzo przyzwoite, wśród klientów zdecydowanie dominują miejscowi a porcje tak duże, że po prostu nie byliśmy w stanie ich skończyć.
Pewnie ciekawi jesteście na koniec, nawiązując choćby do pytania zadanego w pierwszym akapicie tego tekstu, jakie ogólne wrażenie uczyniła na mnie Sycylia. Czy ją pokochałem, czy znienawidziłem? Takich zdecydowanych sądów na pewno nie wypowiem, to nie w moim stylu. Niemniej... jeśli zdrowie i finanse pozwolą, na Bałkany czy na którąś z wysp greckich pojadę któryś raz. A na Sycylię powtórnie się nie wybieram...
Fot. Tomasz Szatkowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze