W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, pod koniec września, „wylądowałem” w małej żeglarskiej wiosce, niemal pośrodku Wielkich Mazurskich Jezior, nazywanej żartobliwie przez tubylców „Akapulko”. Spodobała mi się ta nazwa, mająca w sobie posmak egzotyki. Tu zaczęła się moja wielka zimowa przygoda wędkarska, której na imię – sieja! Zima tego roku zawitała wcześnie. Już po 20 listopada, ku mojej radości, chwycił tęgi mróz. Po tygodniu można było chodzić po największych jeziorach, tylko środkiem gdzieniegdzie falowała jeszcze woda. Miejscowi łażą już za okoniem, a mnie mało nie „skręci”, bowiem do końca tygodnia nie mam ani odrobiny luzu, żeby wyrwać się na wędkowanie. Wieczorem mam gościa. Bosman z naszego portu żeglarskiego, znający moją największą słabość „wpadł” na kawę, przynosząc jednocześnie wieści, że miejscowi łowią z lodu sieję na błystkę podlodową. Pewien był, że to mnie na pewno zainteresuje. Wreszcie luz! Szybkie śniadanie, kilka łyków gorącej herbaty i już niesie mnie jak na skrzydłach nad jezioro. Spieszę się, chcę jak najszybciej znaleźć się na łowisku. Kiedy po kilkudziesięciu minutach wchodzę na rozległą taflę lodu, jestem przegrzany i przepocony. W dali, pośrodku jeziora, spostrzegam łowiących ludzi. Kiedy zbliżam się do nich, okazuje się, że niektórych – chociażby z widzenia, znam. Miejscowi, sąsiedzi z opłotków. Obok łowiących leżały na lodzie okazałe, piękne, smukłe, srebrzyste ryby. Przepełniony nadzieją na sukces, z werwą zabrałem się do łowienia.
Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze