Reklama

Z wędkarskiego notatnika

08/01/2020 13:58

Idę w górę rzeki, ciekaw jej z każdym krokiem coraz bardziej. A ona sprawia, że płonę niczym pochodnia z emocji. Niecierpliwy, z trudem powstrzymuję się, by nie wejść do niej, bo każdy kolejny jej fragment wydaje mi się jeszcze bardziej obiecujący i czarujący niż poprzedni. Chciałoby się tak iść i iść, dalej i dalej. Czy jednak nie dość tej zachłanności? Przecież wszystkiego w tak krótkim czasie i tak nie dam rady spenetrować. Myślę więc sobie: jeszcze tylko ten kawałek do najbliższego zakrętu i ani kroku dalej. Przed tym zakrętem dostrzegam znaczne zwężenie i wąski, szybki, pogłębiający się wlew na bystrze, przechodzące dalej w wartką rynnę z głębszą wodą. Intuicja podpowiada mi, by właśnie stąd zacząć.

Włażę do wody. Staję w miejscu, gdzie śpieszna, gwałtowna struga nurtu z impetem wtacza się do spokojnej toni rynny. Pierwsze przepuszczenie nimf – i od razu branie! Srebrzysty błysk w nurcie, krótki, natarczywy jazgot hamulca w kołowrotku… Poszła. Stoję chwilę zaskoczony, ale jeszcze bardziej rozemocjonowany. Mam jednak trochę przytępione zmysły i spóźnione reakcje – stało się. Więcej jednak w tym szczęścia niż nieszczęścia, bo przecież są, biorą! Czegóż chcieć więcej? Jeszcze kilka razy przepuszczam nimfy, ale ryba widać skuła się i już nie reaguje. Przechodzę dwa – trzy kroki dalej i zarzucam na krawędź rynny. Nurt zaraz porywa nimfy i zatapia, niosąc je w sam środek zagłębienia. Czuję ostre, krótkie szarpnięcie linką i podrywam wędzisko. Siedzi! Chwilę kurczowo trzyma się dna i zaraz gwałtownie szarpie wędziskiem, próbując ucieczki z nurtem. Przytrzymuję ją, więc rusza pod prąd, po chwili przystaje i zapiera się w nim. Chwilę nie mogę jej ruszyć z miejsca. Cieniutki przypon nie pozwala forsować holu, potrzebne jest opanowanie i cierpliwość. Ryba znowu podejmuje próbę ucieczki z nurtem, ale i tym razem udaje mi się przytrzymać ją, więc zmienia strategię i ucieka pod brzeg. Zawracam ją i usiłuję podciągnąć do siebie. Zbyt szybko jednak, bo jest jeszcze w pełni sił. W gwałtownym zwrocie tuż pod powierzchnią wody dostrzegam zarys fiołkowej płetwy grzbietowej, smukłe srebro boku… więc lipień! Jeszcze jeden odjazd, drugi, „murowanie” do dna, próba zejścia z nurtem, nawrót i naprowadzam go na podbierak. No, nareszcie, pełny triumf. I co ważniejsze – miarowy, nieco ponad trzydzieści centymetrów. Jest śliczny – srebrzysto zielonkawy, z aż przesadnie wyrośniętą piękną fiołkową chorągwią płetwy grzbietowej. Moja radość jest ogromna, bo wreszcie wszystko jak się patrzy: i rzeka, i ryby, i pogoda, i stan ducha. A było tak beznadziejnie jeszcze nie tak dawno.
Wracam na wlew, ustawiając się nieznacznie poniżej miejsca, w którym złowiłem lipienia, w nadziei, że może jakiś jego pobratymiec… Dosłownie drugie poprowadzenie nimf i nowe emocje, następna fala radości, bo oto wściekłe szarpnięcie linką i natychmiastowa ucieczka ryby w dół rzeki. Do uszu wdziera się przeraźliwy wizg hamulca w kołowrotku. Błyskawicznie znika z kołowrotka kilka metrów linki. Przez chwilę robi mi się gorąco. Ten dynamiczny odjazd – coś takiego może tylko pstrąg. Pierwsze wrażenie jest piorunujące. Unoszę wysoko szczytówkę, dodatkowo asekurując się ręczną kontrolą kciukiem docisku bębna szpuli kołowrotka. Efekt jest natychmiastowy. Pstrąg zatrzymuje się, ale zaraz gwałtownie targa szczytówką wędziska. Robi się dość niebezpiecznie. Obawiam się, czy uda mi się utrzymać go na wędce, czy nie wypnie się. Po chwili jednak kapituluje i zawraca. Skracam dystans. Awanturuje się – robi „młynek” tuż pod powierzchnią wody, trochę szarpaniny, krótkie, desperackie odjazdy na boki… Jeszcze bardziej skracam odległość, odzyskując większość wybranego sznura. Już mam go trzy – cztery metry od siebie. Zobaczył mnie. Bryzgi wody, koziołki i próba zejścia z nurtem, ale udaremniona. Wyraźnie osłabł. Zanurzam podbierak. Na jego widok pstrąg zdobywa się na krótki, gwałtowny zryw, nie na wiele jednak mu się to zdaje. Wyłażę z nim na brzeg, tam wyhaczam go, oglądam i mierzę. Jestem lekko rozczarowany – ledwie trzydzieści centymetrów, a podczas holu wydawał się większy. Rekompensuje to tężyzną i krągłością.
Wieczór jest piękny, słoneczny i ciepły. I pomyśleć, że tam, nad Stobnicą, zmarnowaliśmy całe przedpopołudnie!

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Reklama

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości