Drożyzna wszystkim daje się we znaki. Średnie wskaźniki inflacji (ok. 15% na ten moment) nie oddają tego, co odczuwamy, odwiedzając sklepy. Niektóre towary spożywcze podrożały o kilkadziesiąt, o sto, a nawet więcej niż sto procent. Dlatego zrozumiałe jest, że parlamentarzyści i ministrowie też mówią o podwyżkach, tyle że swoich uposażeń. No i słusznie, kto bowiem w tych trudnych czasach chciałby obniżyć sobie wygodę życia, szczególnie gdy ponosi taką odpowiedzialność za niewygodę życia innych. „Mleko i jabłka” należą się „wybranym”, bo pracują głowami, reszta może „jeść mniej i taniej”. Takie rozwiązanie na kryzys rządzący proponują maluczkim, a powstałe niedogodności zrekompensują im 14 emeryturą, dodatkiem węglowym, cukrowym, turystycznym, podręcznikowym... A ponieważ mało kto pamięta o masowym „drukowaniu” pieniędzy w czasie pandemii jako źródle inflacji, stąd nadzieja, że przynęty te spełnią jeszcze raz swój cel i przyszłoroczne wybory wygra znowu „obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm” (S. Michalkiewicz). Dobrze wytresowani wyborcy czują przecież, że zaciskanie pasa i odejmowanie sobie od ust to przecież głównie ich domena. Jakże by zresztą mogło być inaczej, skoro straszny Putin szaleje już u sąsiada.
Stąd też ci, którzy nie potrafią zadbać o cukier i węgiel, starają się przynajmniej uzbroić nas po zęby, żebyśmy oparli się imperialnym zakusom „ruskiego czekisty” i realizowali imperialne cele wuja Sama, czyli - mówiąc językiem papieża Franciszka - mogli jeszcze donośniej „szczekać” w interesie zachodnich sojuszników. Minęły czasy beztroskiego pokoju, kiedy największym problemem zachodniego świata były prawa osób LGBT czy „walka z ociepleniem klimatu”. Teraz w obliczu wojny trzeba będzie drugą z tych wzniosłych idei poświęcić na ołtarzu bardziej prozaicznych spraw, jak gaz i węgiel, bez których będą w zimie marznąć genderowe tyłki. A więc nawet, o zgrozo, walka z ociepleniem klimatu będzie musiała poczekać na lepsze czasy, o czym świadczy wymowne milczenie Grety Thunberg w obliczu wojny, która rozgrzewa atmosferę do gorącości, i w obliczu konieczności powrotu do węgla jako głównego źródła ciepła w nadchodzącą zimę, który tak szkodzi klimatowi.
Zahamowań w tym względzie pozbyli się już Niemcy, którzy uruchamiają wszystkie elektrownie zasilane węglem. Natomiast u nas, w kraju, który na węglu stoi, brakuje właśnie węgla, stąd na wzroście cen usiłują zarobić przeróżni spekulanci, którym rząd nawet obiecuje „dofinansowanie” specjalnie w tym celu uchwalonym „dodatkiem węglowym”. Na węglu jednak nasze problemy się nie kończą. Oto rozpoczęło się wielkie polowanie na cukier. Co prawda producenci i hurtownicy zapewniają, że cukru mamy pod dostatkiem, ale nikt w to nie wierzy, bo nie ma go w sklepach (choć jest w sklepowych magazynach). Dlaczego? Odpowiedź wydaje się prosta. Skoro w trudnych czasach da się zarobić na węglu (ceny wzrosły o 200%), to jak tu nie skorzystać z okazji i nie zarobić na cukrze? To skandal, żeby stary cukier sprzedawać po starych cenach i to w momencie, kiedy akurat na ten produkt jest największy popyt (ach, te przetwory, nie udadzą się bez cukru!). Zapewne te manipulacje cenowe, niby motywowane straszną wojną, na cukrze i węglu się nie skończą. W kolejce czeka mąka, olej, ocet… i Bóg wie jeszcze co. Szkoda tylko, że my, naiwni konsumenci, dajemy się na tę grę tak łatwo nabrać.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze