Reklama

Wojciech Jankowski o olimpiadzie, medalach, życiu rodzinnym...

Wojciech Jankowski, trener kadry narodowej w wioślarstwie. O olimpiadzie, medalach, życiu rodzinnym, karierze sportowej syna Wiktora, piłkarza ręcznego MMTS Kwidzyn

Jesteś jednym z najbardziej utytułowanych zawodników i trenerów z Płocka. Możesz przypomnieć swoje sukcesy?

Jestem wioślarzem, wychowankiem Płockiego Towarzystwa Wioślarskiego – ośmiokrotnym olimpijczykiem, trzy razy startowałem jako zawodnik i pięciokrotnie pojechałem na Igrzyska jako trener. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. zdobyłem brązowy medal w czwórce ze sternikiem. Zdobyłem trzy medale w mistrzostwach świata: brązowy w 1991 roku w Wiedniu, srebrny w 1993 roku w Rudnicach i brązowy w 1995 roku w Tampere. Jestem 33-krotnym mistrzem Polski w wioślarstwie. Mówiąc żartem, jestem chodzącym muzeum sportu w Płocku. A muszę też dodać, że od 2000 roku jestem trenerem kadry mężczyzn i kobiet w Polskim Związku Towarzystw Wioślarskich.

Reklama

Do tych sukcesów należy dodać odznaczenia, których też masz sporo na swoim koncie...

Nie tak znowu wiele. Zostałem odznaczony medalami: Zasłużony Mistrz Sportu i brązowym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe. W 2009 roku zostałem odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Twoi synowie częściowo poszli w Twoje ślady...

Jestem żonaty, żona – Barbara – pracuje w banku w Płocku. Mamy czterech synów i dwóch wnuków. Najstarszy syn – Kacper, który ma teraz 35 lat, ,,bawił” się w pływanie i judo. Nie miał ochoty szukać innych dyscyplin sportu. Ma dwóch synów – Mikołaja i Tymoteusza. Hubert skończył 32 lata. Jako junior grał w Wiśle Płock w piłkę ręczną na pozycji obrotowego. Doznał kontuzji zerwania więzadła, która wyeliminowała go z dalszej kariery sportowej. Podczas rehabilitacji nabrał zamiłowania do pomocy innym – jako rehabilitant, fizjoterapeuta. Pracował z zawodnikami piłki ręcznej ORLEN Wisły. Obecnie pracuje w przychodni rehabilitacyjnej i ma własny gabinet. Wiktor ma 23 lata i jest zakochany w piłce ręcznej. Reprezentował barwy ORLEN Wisły Płock. Obecnie gra w MMTS Kwidzyn na pozycji obrońcy i obrotowego. Został powołany do kadry narodowej na najbliższe mecze z Serbią. Klub i ja czyniliśmy starania, aby został w Płocku. Klimat piłki ręcznej i poziom sportowy jest wysoki, treningi zadowalające, tylko nie dostał gwarancji, że będzie grał w każdym meczu. Dla młodego sportowca najważniejsze jest, aby trenować i sprawdzać się w grze. Wiktor jest w tym wieku, że bardzo mu zależy na ogrywaniu się na parkiecie. Myślę, że jeszcze zobaczymy go w klubie w Płocku. Najmłodszy – Oliwier ma 12 lat. Gra w piłkę nożną w MUKS 2010 w Wałczu, na pozycji obrońcy.

Reklama

Życie sportowca, zwłaszcza reprezentanta Polski, a teraz trenera kadry narodowej to częste wyjazdy na zgrupowania i zawody. Jak udało Ci się połączyć karierę z życiem rodzinnym?

Na początku kariery sportowej liczył się tylko sport. Było tyle do zrobienia, tyle do osiągnięcia, tyle do udowodnienia sobie i innym. 280 – 300 dni w roku poza domem. Sport pochłaniał i wymagał obecności na zgrupowaniach, na zawodach. Nie ukrywam, że wioślarstwo było dla mnie pracą. Zawód – wioślarz. Na pewno dużą pomoc miałem ze strony Barbary, która dbała o dom i wychowywała synów. Była matką i ojcem w jednej osobie. Dała radę. Wszyscy w rodzinie cieszyli się moimi osiągnięciami, nigdy nie usłyszałem, abym nie jechał na zgrupowanie. Sport na pierwszym miejscu. Taki mały ze mnie egoista.

Reklama

Na początku rozmowy wyliczałeś swoje sukcesy. Który medal jest dla Ciebie najważniejszy?

Największym moim sukcesem w karierze zawodniczej było zdobycie medalu olimpijskiego. Ten medal pomógł mi w wielu sprawach, między innymi w zdobyciu mieszkania. Była to uchwała Rady Miasta Płocka i układ ze Spółdzielnią Mieszkaniową. Jako medalista olimpijski jest się odnotowanym w kronikach sportowych, annałach olimpijskich, poruszasz się poziom wyżej na szczeblu sportowym. Olimpijczyka chętnie goszczą szkoły, kiedyś były też spotkania w zakładach pracy. Igrzyska Olimpijskie rozgrywane są co cztery lata. We wcześniejszych latach startował każdy, kto miał pieniądze na wyjazd, od 1995 roku na IO należy zdobyć kwalifikację.

Reklama

A w pracy trenera pewnie najważniejszy był tytuł mistrzów świata Twoich zawodników...

Zdobywając złoty medal mistrzostw świata ze swoimi zawodnikami, cieszysz się własną pracą, tym, że sprawdziły się twoje metody treningowe, że osiągnąłeś szczyt formy na dany dzień, na daną godzinę. Z zawodnikami zdobyłem w 2014 roku brązowy medal w konkurencji ósemek. Współpracowałem wtedy z Jerzym Brońcem – trenerem, który z wagą lekką zdobył dwa złote medale w Sydney i w Atenach. Złoto seniorskie zdobyliśmy w Linz w 2019 roku w czwórce bez sternika, uzyskaliśmy także kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020. Byliśmy postrzegani jako kandydaci do medalu olimpijskiego. COVID przeszkodził nam w przygotowaniach. Najpierw ja chorowałem dwa miesiące, potem chorowali zawodnicy. Skończyło się na 7. miejscu w Tokio. Jeśli wszystko ci się sprawdza, to wszystko cię cieszy, wszyscy są zadowoleni.

Reklama

Jakie są profity po wywalczeniu medalu olimpijskiego?

Medal olimpijski pozwala na pobieranie ,,emerytury” olimpijskiej. Musisz mieć skończone 40 lat, nie możesz wyczynowo uprawiać sportu i nie możesz być karany ze swojej winy. ,,Emerytura” wypłacana jest w tej samej kwocie wszystkim medalistom, niezależnie od koloru medalu i miejsca zamieszkania.

Byłeś zawodnikiem, jesteś trenerem. Wykorzystujesz swoje doświadczenia z młodości, to ułatwia pracę czy utrudnia?

Doświadczenie jest ważne w każdej dziedzinie życia. Nie musisz otwierać drzwi, które już są otwarte. Bazujesz też na błędach innych, aby ich nie powtórzyć. Układając plan treningowy, muszę sam go zrealizować w głowie, myśląc, jak będę się czuł po mocnych jednostkach treningowych, jaka będzie odpowiedź organizmu na dany bodziec.

Reklama

Najwięcej czasu nadal zabiera Ci wioślarstwo?

Sezon startowy w wioślarstwie trwa od maja do sierpnia. Mamy trzy edycje pucharu świata, mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata, regaty otwarcia sezonu i mistrzostwa Polski, razem 20 startów o maksymalnej intensywności. Przygotowania zaczynają się od października. Wszystko trzeba dopracować pod względem fizjologicznym i technicznym. W ósemce jest osiem organizmów, każdy inaczej reaguje na trening, ale muszą być przygotowane do maksymalnego wysiłku w danym dniu i muszą tego dnia pracować na 100 procent swoich możliwości.

Reklama

Nie męczyło Cię to, że tyle czasu byłeś poza domem, że nie uczestniczyłeś w najważniejszych momentach z życia synów, a teraz wnuków?

Sport, wioślarstwo to moja miłość. Miałem 14 lat, kiedy zacząłem uprawiać tę dyscyplinę. Kariera trwała 21 lat. Tak się złożyło, że po jej zakończeniu zamieniłem łódkę na motorówkę. Od 2000 roku pracuję jako trener kadry narodowej mężczyzn. Teraz od dwóch lat pracuję z kobietami. Przed nami sezon olimpijski. W maju mamy ostateczne kwalifikacje do Igrzysk w Paryżu.

Zaczynałeś w Płocku...

Reklama

Cała moja kariera przebiegała w oparciu o Płockie Towarzystwo Wioślarskie. Klub, przystań to był mój drugi dom, plus wyjazdy na zgrupowania i regaty. Brakowało czasu na pobyt w domu. Wisła ciągnęła w swoją stronę, odbiła swoje piętno. Sport wyczynowy wymaga dużo wyrzeczeń i poświęceń. Pamiętam, że dzieci w szkole pytały moich synów, czy oni mają ojca, bo nigdy mnie nie widzieli. Ja ,,ciągle” byłem na zgrupowaniu.

Jaki masz kontakt z synami?

[paywall]

Od 2010 roku mieszkamy w Nowym Grabiu, w gminie Gąbin. Wiadomo, że przez moją ,,pracę w delegacji” uciekły mi najważniejsze momenty dorastania moich dzieci. Zabrakło czasu na wypicie wspólnego piwa. Kiedy byłem w domu, próbowałem coś nadrabiać, ale straconego czasu i straconych sytuacji już nie nadrobisz. Tak jak ze wspólnymi wspomnieniami. Zostało wszystko tylko z opowieści. Wszyscy już prawie są dorośli, każdy układa sobie życie po swojemu. Kacper z rodziną mieszka w Warszawie, pozostają odwiedziny, kiedy wylatuję samolotem na zawody. Brakuje czasu. Może na mojej emeryturze wszystko się uspokoi lub ciężko będzie znaleźć miejsce dla siebie. Przez tyle lat każdy znajduje swoje upodobania, sposób bycia. Hubert odkrył w sobie powołanie medyczne, prowadzi własny gabinet rehabilitacyjny – Fizjoterapik Gabinet Fizjoterapii na płockich Rogatkach. Wiktor przejął ,,pałeczkę” po mnie, też jest w rozjazdach, reprezentuje MMTS Kwidzyn, gra w piłkę ręczną. Na wszystko brakuje czasu, każdy próbuje żyć na własny rachunek. Rodzina w takim małym rozdrobnieniu.

Reklama

O Twoich sukcesach było w Płocku głośno. Czy synowie cieszyli się, że ich tata jest tak ważnym i znakomitym sportowcem?

Sport był bardzo ważny i jest nadal. Ja to już przeżytek. Nowy rozdział w rodzinie zaczyna pisać Wiktor. Teraz on ma swoje pięć minut. Aby osiągnąć sukces, wynik, sportowiec chyba musi być egoistą, dążyć niejako po trupach do swojego celu.

Ale żaden z Twoich synów nie został wioślarzem...

Namawiałem ich, aby spróbowali wioślarstwa, ale nie zmuszałem. Odpowiedź z ich ust była taka, że nie chcą męczyć się tak jak ich ojciec. Znali z autopsji, że na wynik składa się wiele składowych, które nie wszystkim odpowiadają. Brak obecności w domu, rodzinne imprezy tylko z opowieści. Gdy byli młodsi, to nie wyobrażali sobie wielkich karier sportowych, podchodzili do tego raczej na luzie. Teraz wyższy poziom wymusza sposób zachowania i podejmowania decyzji, czasem trudnych. Na pewno cieszyli się ojcem olimpijczykiem, pokazywali filmy z ojcem w TV, artykuły z gazet. Sam chciałem pokazać im trochę mojego życia na zgrupowaniu. Zabierałem ich ze sobą do ośrodków. Tam było dużo dzieci trenerów. Korytarze, schody jako zjeżdżalnie były zajęte przez dzieci. Poza tym wspólne spacery po górach, pływalnia pod okiem Marka Błaszczyka i Marka Ryby w zakopiańskim COS-ie. Wspólne posiłki, wspólne uczestnictwo w treningach, namiastka życia sportowego, harcerstwa na zgrupowaniach. To wszystko dawało im wiele możliwości zadowolenia i marzeń o wielkiej karierze sportowej. Tylko od nas zależy, jakim torem to wszystko się potoczy. Każdy ojciec w oczach młodego dziecka jest wzorem. Co udało mi się przekazać? Na pewno pracowitość, zaangażowanie w to, co robiłem, dążenie do celu.

Reklama

Wiktor dostał powołanie do kadry narodowej. Kiedy odkrył, że on też może poświęcić się sportowi i dlaczego nie jest to wioślarstwo?

Wiktor w gimnazjum zaczął grać w piłkę ręczną. Jego ojcem chrzestnym pod tym względem jest trener Marek Przybyszewski. To on uczył go podstaw odbijania i łapania piłki, poruszania się po boisku, taktyki. W 2019 roku wywalczył z drużyną mistrzostwo Polski juniorów, potem były wspólne treningi z pierwszym zespołem, wyjazd na mecze Ligi Mistrzów. Pierwsze sekundy w wielkiej piłce ręcznej zadecydowały, że miłością Wiktora będzie handball, a nie wioślarstwo. W tym momencie nawet przez myśl mi nie przeszło, aby mu to zaproponować. Pracował już na swoje konto, na swój rachunek. Widział siebie w tym, co robił, i marzył o wielkiej karierze.

Szkoda, że nie może grać w ORLEN Wiśle...

Kontrakt z MMTS ma podpisany do 2025 roku. Ma dobrego trenera – Bartłomieja Jaszkę. Na razie nie myślę o tym, czy będzie tam kontynuował karierę. Marzę, aby wrócił do ORLEN Wisły Płock, na „swoje śmieci”. Na meczach jest mile widziany i oklaskiwany. Taki mały sentyment. Ja w swojej karierze reprezentowałem tylko PTW Płock, z przerwą na służbę wojskową. Nostalgia. Przed Wiktorem otwierają się możliwości gry w reprezentacji, dostaje powołania na zgrupowania, konsultacje. Cóż, najwyższy czas, żeby zaistnieć w drużynie z orzełkiem na piersi. Wiktor ma dobre warunki do gry w obronie i w ataku, jako obrotowy. Od niego zależy, w jakim stopniu wykorzysta swoje predyspozycje. Nie wyjechał na mistrzostwa Europy, ale otwierają się drzwi na wyjazd na mistrzostwa świata. Trener kadry Marcin Lijewski i asystent Michał Skórski widzą, że Wiktor ma papiery na grę. Ojciec – wioślarz, syn – piłkarz ręczny. Dwie historie. Jedna się kończy, a drugą rozpoczyna Wiktor.

Mieliśmy rozmawiać także o Twoim starcie w wyborach samorządowych...

Na wszystko przychodzi czas. Dobre rzeczy dzieją się w odpowiednim czasie. Przez 40 lat funkcjonowałem w sporcie, potrzebowałem nowego bodźca. Mieszkam w Nowym Grabiu, jestem w wieku przedemerytalnym. Pomyślałem, że czas się ustatkować i zrobić coś dla swojej gminy – dla Gąbina. Mam trochę siły i samozaparcia. Chciałem wziąć udział w wyborach do Rady Powiatu. Nie znałem realiów polityki. Musisz być „swój”. A ja byłem człowiekiem znikąd. Moim programem wyborczym miało być zadbanie o infrastrukturę sportową na terenie naszej gminy Gąbin i powiatu płockiego. Chciałem zachęcić dzieci, młodzież, a także dorosłych do aktywnego spędzenia czasu wolnego i zadbanie o własne zdrowie oraz sprawność fizyczną. Myślałem o możliwości rozszerzenia gamy dyscyplin sportowych na terenie gminy i powiatu. W marzeniach miałem poprawę infrastruktury komunikacyjnej, ścieżki, chodniki. Aby nie było jak na naszym osiedlu, że co 4 lata, przed wyborami, łata się dziury w drodze osiedlowej. Niestety, nie ma mnie na listach, może w następnych wyborach...

 

Fot. archiwum prywatne

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/03/2024 13:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości