Jest takie powiedzenie, że najważniejszą z nieważnych rzeczy na tym świecie jest piłka nożna. Jeśli tak, to śmiało można twierdzić, że najważniejsze z nieważnych wydarzeń tegorocznych wakacji dobiega właśnie końca w Rio. Nawet potwór z Loch Ness zaszył się gdzieś na dnie jeziora i czubka ogona nie wyściubi… Skoro tak, to nie ma szans, by Igrzyskom nie poświęcić przynajmniej jednego felietonu. Zwłaszcza jeżeli ktoś, tak jak ja na przykład, jest zagorzałym kibicem. Ostatnio wprawdzie takim bardziej kanapowym, ale zawsze… Zatem do rzeczy!
Czekaliśmy na te Igrzyska z optymizmem, rozbudzonym zwłaszcza nadzwyczaj udanym występem lekkoatletów na mistrzostwach Europy. Wprawdzie w tej akurat dyscyplinie Europa i świat to różne bajki, ale miło było oczekiwać na Rio ze świadomością, że jesteśmy w niej potęgą numer jeden. Na dodatek nasze największe gwiazdy (z wyjątkiem jednej) dominują w konkurencjach, w których liczą się tylko Europejczycy. Niestety, jak mówi znane porzekadło, „lajf is brutal end ful of zasadzkas”. Z czwórki naszych dominatorów tylko jedna spełniła oczekiwania kibiców z nawiązką. Drogi przegrał złoto w ostatniej kolejce, dwójka w ogóle nie stanęła do walki o medale, odpadając w kwalifikacjach. Co gorsza, trudno dociec przyczyn katastrofy. Nie było kontuzji, zatrucia brazylijskim kotletem, stres w przypadku tak doświadczonych „graczy” nie wchodzi w grę, więc? Można by różne teorie konstruować, ale dajmy spokój… Nie pojawił się jak na razie (do zakończenia imprezy jeszcze trzy dni) żaden supertalent, choćby w rodzaju Jacka Wszoły z Montrealu, który zaszokowałby nas nieoczekiwanym zwycięstwem. Szok owszem, był! Zafundowali go ciężarowcy, utytułowani, typowani do medali… Podobno będą dochodzić swoich racji w sądzie. Ciekawe, jaką linię obrony zaproponują im adwokaci? Gdyby chodziło o dociekanie prawdy, to szkoda fatygi. Prawda jest powszechnie znana…
I jeszcze jedna refleksja. Jesteśmy dużym, czterdziestomilionowym nieomal krajem… W dwudziestym pierwszym wieku na żadnych Igrzyskach nie udało się zdobyć więcej niż dziesięć medali. Jeden na cztery miliony obywateli (razem z tymi, co wyemigrowali za chlebem)… Taka Chorwacja, o której pisałem przed tygodniem, kraj czteromilionowy właśnie, ma na dziś medali siedem. W tym pięć złotych! A Nowa Zelandia, równie ludna, nawet piętnaście (ale tylko cztery z najcenniejszego kruszcu). Komentarz pozostawiam Szanownym Czytelnikom…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze