Reklama

Widzą tam jakieś rowery i krowy

15/03/2016 12:09
Rozmowa z artystą malarzem Edwardem Dwurnikiem

Trzeci raz otwiera pan wystawę w Płocku. Poprzednia odbyła się w 1998 roku w Płockiej Galerii Sztuki mieszczącej się wtedy przy teatrze. Oglądaliśmy Miasta diagonalne. Można powiedzieć, że jest pan już prawie naszym artystą?

No tak…

Na szczęście lubi pan małe miasta.

Ja tu byłem po raz pierwszy w czasach, gdy chodziłem do liceum plastycznego, mniej więcej w latach 50. Mieliśmy wycieczkę do Płocka. Bardzo mi się spodobała. Byłem zdziwiony, że nad Wisłą jest takie prawie włoskie miasteczko. Nie było jeszcze amfiteatru. Świetnie to wyglądało. Już wtedy zapamiętałem to miejsce. A później przyjeżdżałem do Płocka, bo moja żona Teresa Gierzyńska jest płocczanką.

Wielokrotnie malował pan Płock. Na jednym z obrazów widokowi miasta od strony Wisły dodał pan... Krzysztofa Kolumba. Skąd ten pomysł?

Namalowałem Wisłę od strony Radziwia, skarpę i Tum. Pomyślałem, że jak jest woda, to muszą być jakieś łajby, więc między innymi przypłynął Krzysztof Kolumb na swojej fregacie. Orlen zafundował taki kalendarz, gdzie na każdy miesiąc malowałem jakieś ważne miasto. To był świetny sponsor i świetny mecenas.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że prawdziwych malarzy jest mało. Co to znaczy prawdziwy malarz?

Prawdziwy malarz jest absolutnie oddany powołaniu. Takich właśnie artystów jest bardzo mało. Często się zdarza, że zaraz po studiach młodzi artyści mają jeszcze pasję, ale to zanika z czasem, ponieważ nie umieją właściwie malować. Gdyby umieli, zaczęliby dobrze sprzedawać i mogliby się ze swojego fachu, z malarstwa utrzymać. Nie szukaliby po uczelniach, nie angażowali w otwieranie jakichś pracowni. Mnie proponowano kilkanaście razy, ale uważam, że szkoda czasu, aby zajmować się pedagogiką. Wspaniali malarze prawie poumierali. Tarasewicz, Gierowski, Nowosielski, Nikifor. To są fajni artyści.

Często powołuje się pan na Nikifora. Co pan od niego zaczerpnął?

Zaczerpnąłem pewną technikę malowania, bo jest najpierw rysunek, później podmalówka i cienkim pędzelkiem się wyciąga szczegóły. A reszta to już jest wyobraźnia artysty, wyobraźnia malarza. Trzeba zapełnić pewną przestrzeń, jeśli chodzi o pejzaż. Zwłaszcza to zaczerpnięcie z Nikifora występuje w bardzo szerokim cyklu Podróże autostopem. Byłem zazdrosny o powierzchnię płótna, szkoda mi było po prostu. Chciałem jak najwięcej powiedzieć, wobec tego zrezygnowałem z nieba. Te wszystkie pejzaże były z lotu ptaka i całe historie, które się tam rozwijają... to była sztuka bardzo narracyjna.

Niekiedy zamalowuje pan obrazy innych artystów, zmienia albo przerabia. Czy im czegoś brakuje?

Poprawiam te obrazy po prostu, przerabiam po swojemu, ale to taki dowcip i zabawa.

Ani Fałat, ani Korolkiewicz się nie obrazili?

Na razie nie słyszałem, żeby się obrazili. Niektórzy nie wiedzą nawet, że coś takiego się stało.
Pana płótna zawsze są podpisane. Przywiązuje pan wagę do tytułów?

Tak, bo tytuł jest szalenie ważny zwłaszcza w cyklu bardzo dużym – „Sportowcy” albo „Robotnicy”. Wtedy odbiorca idzie moim tropem.

Zależy panu na odbiorcy?

Tak. Namalowałem taki obraz Zielony kotek do sprzedania. Sprzedał się w szacowne miejsce, do muzeum. Są różne dowcipy czasami, bo lubię żartować.

A płótno pod tytułem Miłość?

Miłość to jest trochę ironiczny obraz. Jest na nim stu polityków albo ludzi, którzy rządzą sztuką. Namalowałem go w 2008 roku. Inspiracją była lista stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie, którą co roku publikuje brytyjskie pismo. Tam są dyrektorzy muzeów, prywatnych kolekcji, prywatnych muzeów, są galerzyści bardzo znani, jest kilku artystów. Namalowałem ich główki, podpisałem. Tam się załapał Adam Szymczyk, dyrektor Kunsthalle w Bazylei. A Miłość dlaczego? Ponieważ kochamy tych, którzy kochają artystów.

W pana obrazach występuje bardzo rozbudowana narracja. Opowiada pan historię miejsca i ludzi kolorem, jednak od czasu do czasu neguje figurację, mówiąc, że prawdziwe jest tylko malarstwo abstrakcyjne.

Przez pierwszą połowę mojego życia uważałem, że abstrakcja jest do niczego i jest źle interpretowana. Odbiorcy, zwłaszcza Słowianie, Europejczycy, oprócz, jak wykazały badania – Holendrów, nie potrafią zrozumieć przekazu abstrakcyjnego. Zawsze sobie podstawiają jakieś wyobrażenia. Abstrakcja jest takim wolnym wyrazem uczucia artysty, a nasi odbiorcy zwłaszcza ze Wschodu muszą mieć „skazki”, bajki, muszą mieć narrację. I widzą tam jakieś rowery, jakieś krowy. To jest w ogóle niedopuszczalne. Ale po latach takich doświadczeń malarza realistycznego doszedłem do wniosku, że nareszcie może spróbuję abstrakcję. Odbyłem nawet taką pielgrzymkę do Springs na Long Island, gdzie mieszkał Pollock.
Jest takie słynne, ostatnie zdjęcie Pollocka. Z przyjaciółką Ruth siedzą na kamieniu przed domem-galerią. Ja też sobie tam usiadłem i zrobiłem zdjęcie.
Skoro już byłem dojrzałym artystą, to stwierdziłem, że może bym spróbował malować abstrakcję i to mnie zdecydowanie pociągnęło. Jak pokazywałem ludziom, to zawsze szukali odnośników do realistycznych przedstawień.

…i tak powstał Cykl XXV, który pokazał pan na wystawie w Krakowie Thanks Jackson.

Ludzie zaakceptowali. Abstrakcje są pięknymi i bardo uczuciowymi kompozycjami, które fantastycznie wpisują się w przestrzeń, np. biurową. Miałem też piękną wystawę swoich abstrakcji w Filharmonii Szczecińskiej. To są bardzo duże obrazy.

Co pana ostatnio zainspirowało?

Bardzo inspiruje mnie przede wszystkim Warszawa, warszawskie pejzaże i mosty. Plac Zamkowy namalowałem licząc z akwarelkami około 500 razy. Rynek główny w Krakowie też koło 500, zwłaszcza bardzo dużo na papierze, sukiennice, kościół Mariacki. Ratusz w Poznaniu to trzeci lajt motiv. Maluję już tam i krokodyle, i wielbłądy, i małe żyrafy. Na Placu Zamkowym otworzyłem basen i lodowisko. Dużo maluję. Moja ręka tego nie wytrzymuje. W międzyczasie nauczyłem się malować prawą ręką i teraz jestem oburęczny.

Czy wizyta w Płocku zaowocuje jakimś nowym obrazem?

Kiedyś namalowałem obraz, jak bolszewicy podeszli pod Płock. Mój teść opowiadał, że nastąpiła wtedy wielka mobilizacja ludności. Przewidujący facet, adwokat zaczął się wtedy intensywnie uczyć rosyjskiego. Nie przewidział tylko tego, że bolszewicy zostaną przez mieszkańców Płocka odparci. Namalowałem taki obraz z walk ulicznych w Płocku i kupiła to Poczta Polska.

Daje pan kwiaty kobietom?

Ostatnio róże Małgorzacie Czyńskiej, która napisała książkę o żonie Strzemińskiego – Katarzynie Kobro. Wspaniałą książkę. Moim motywem przewodnim są tulipany.
W maju w wydawnictwie „Czarne” ukaże się moja biografia. Tam będą prywatne zdjęcia. Oprócz tego – publikacja z moimi rysunkami i ich opisem.
rozmawiała Lena Szatkowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości