Nie ustaje straszenie III wojną światową. Sugeruje się, że strony przyszłego konfliktu, dla którego wojna na Ukrainie jest oczywistym ostrożnym przygotowaniem, mierzeniem sił, rozpoznaniem taktycznym, montują już stosowne koalicje. Z jednej strony państwa BRICS, to znaczy Chiny, Indie, Rosja, Brazylia i RPA, z drugiej państwa G7 (albo NATO), czyli szeroko rozumiana koalicja państw zachodnich. A więc „Wschód” kontra „Zachód”, autorytaryzm kontra demokracja, pradawne cywilizacje wschodu kontra cywilizacja euro-atlantycka. To by było nawet logiczne. Onet alarmuje, że „sojusz antyzachodni staje się coraz potężniejszy, politycznie i ekonomicznie oraz obejmuje cały świat”. 3 miliardy ludzi z państw BRICS kontra 770 milionów z państw demokratycznych (USA, UE). Może się to wydawać nieprawdopodobne, że połowa ludzkości w tej pierwszej koalicji nie popiera napadniętej Ukrainy i oskarża Zachód o „nadużywanie sankcji”. A jeśli sobie uświadomimy, że w czasie działania owych sankcji Rosja zarobiła więcej na sprzedaży ropy i gazu niż przed wojną, to sprawa staje się bardzo nieoczywista. Rosyjskie surowce płyną do Chin i Indii, a Chiny i Indie planują potężne inwestycje w Rosji. Wszystko to wyraźnie pokazuje, gdzie przesuwa się centrum świata i gdzie jego nowi włodarze mają tzw. „Zachód”.
Zachód się po prostu kończy. Trudno się nawet temu dziwić. Kiedy inni rozwijają potencjał gospodarczy, rządząc twardą ręką, trzymając na uwięzi ludzkie popędy, Zachód coraz mocniej ustanawia swoje „standardy” i „wartości” („demokracja”, „prawa człowieka”, „elgiebety” itp) i gdyby nie ustała jego hegemonia, zapewne eksportowałby je na cały świat, czasem nawet sięgając po narzędzia podobne do tych, jakie zastosowała Rosja na Ukrainie (kto pamięta o ofiarach operacji amerykańskich w Iraku, Afganistanie, czy Libii?). Ale świat gardzi zachodnimi „standardami” i „wartościami”, których nawet za takie nie uważa, bo i kto poważny zgodziłby się wystąpić jawnie przeciw naturze i budować porządek społeczny na podstawach, które co najwyżej nadają się do założenia burdelu? Wesołkowaty, miałki, pozbawiony poczucia sensu człowiek Zachodu włożył potężny wysiłek w to, by zdemontować trwałe podstawy swojego bytu (czytelne odróżnienie dobra od zła, szacunek dla religii, która ukazuje sens i cel egzystencji, moralność zbudowana na trwałych podstawach, a nie tylko na aktualnym „chce mi się”, dobra edukacja z budującymi treściami humanistycznymi).
Tego wszystkiego Zachód jednak pozbawił się sam, usuwając swoim młodym pokoleniom spod nóg twardy grunt w postaci logicznego, rozumnego systemu wartości, a oferując mu bagno jakichś nielogicznych „praw”, które nie dają możliwości odróżnienia dobra od zła, mieszając te pojęcia, nie pozwalając ich już poważnie traktować. Oduczono zresztą ludzi definiowania pojęć, posługują się nimi mechanicznie, bez zastanowienia. Potrafią obsługiwać wyrafinowane oprogramowanie komputerowe, a nie rozumieją kluczowych pojęć naszej cywilizacji. I takim ludziom demokracja stwarza możliwość uczestniczenia w rządzeniu państwami. Czy jest jakaś szansa, by powstrzymać tę degenerację Zachodu? Do widma „zarazy”, która zatruwała nam życie przez dwa lata (za chwilę znowu wróci), doszło widmo „wojny”, a straszy się już widmem „głodu”. Czy to nam czegoś nie przypomina? A jeśli przypomina, to czy znajdą się na Zachodzie liderzy, którzy wyciągną z tego wnioski i zaprowadzą wreszcie porządek? Na razie nie widać chętnych, a rozkład postępuje, czego dowód mieliśmy parę dni temu w naszej stolicy podczas tzw. „marszu równości”. Z takim wesołym korowodem chcecie bić się z Chinami, Rosją i Indiami?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze