Reklama

Szkwaliło ostro

24/07/2013 11:06
Dla nas rejs zakończył się na wysokości smażalni ryb w Brwilnie. Załoga Korsarza popłynęła dalej, ale i ona musiała przeczekać oberwanie chmury w murzynowskiej marinie. Dopiero rankiem dopłynęła do portu w Nowym Duninowie i wzięła udział w regatach. Kto by pomyślał, że rejs płocką Wisłą może dostarczyć tyle emocji.
Z przystani Flis w Zatoce Liszyńskiej (można tam dotrzeć od strony Borowiczek w kierunku Rydzyna, nie przejmując się ułożoną z płyt drogą) wypływamy dopiero po 15.00. Prezes Stowarzyszenia Wodniaków Gminy Słupno, Zdzisław Borowski, który przed chwilą podejmował nas kawą w kapitanacie, zaczyna się niecierpliwić. Chwytamy więc plecaki i o zgrozo – parasol. Trochę to nie po żeglarsku z parasolem na jachcie, ale trudno. Najwyżej ukryjemy go w kajucie. Pogoda niepewna i niebo się chmurzy.
Zdzisław Borowski, który opłynął już wszystkie mazurskie jeziora i sporo morskich rejsów ma w życiorysie staje za sterem. My – dwie załogantki – nieco tylko opływane, po raz pierwszy ruszamy Wisłą do Duninowa. Marzy nam się spokojny, relaksujący rejs, podczas którego podziwiać będziemy zdziczałe brzegi rzeki, kormorany i czaple. Korsarza zgrabnie odcumowuje Jerzy Kolasiński. Naszym poczynaniom z brzegu przygląda się bocian, który często przechadza się po brzegu Zatoki, „kibicuje” żeglarzom, a od rybaków dostaje czasem smaczne kąski do zjedzenia. Jerzy Kolasiński to też wytrawny żeglarz. Jego rodzina od wielu pokoleń związana jest z rzeką. Przed II wojną po Wiśle płynęły baty i krypy o zanurzeniu do półtora metra i nie miały kłopotu. Majestatycznie sunęły statki parowe. Prowadzenie ich wymagało oczywiście dużego kunsztu i wiedzy o rzece. Nasz Korsarz to nie Traugutt, ale prezentuje się nieźle. Taki typ jachtu (Wiktoria) został wykonany również w wersji morskiej, przy wydatnym udziale miasta i sponsorów prywatnych.
Załopotały żagle... płyniemy! Wiślany szlak zaczyna się ciekawie. Wąskim przesmykiem (dziko jak na Amazonce) wychodzimy w stronę głównego nurtu. Chwila nieuwagi i lekko zahaczamy o pokaźną kępę wodorostów, która niczym krokodyl zaczaiła się na mieliźnie. Stojący na dziobie wiosłem kieruje łódkę na głębszą wodę. Szybko zaczyna wiać i przybywa chmur. Sternik uspokaja, że to chwilowe załamanie pogody, a nad Płockiem już się przeciera. Mimo to pod kapoki zakładamy nieprzemakalne kurtki. Razem lepiej chronią przed coraz większym wiatrem. A wiatr mamy pełny.
Lewym halsem w kierunku Dobrzykowa. Na brzegu mijamy hotelik. Gdyby ktoś chciał się tu zatrzymać, to miejsca na cumowanie ani kawałka. W sezonie pływa po Wiśle trochę łódek i przydałby się pomost dla żeglarzy, tu albo przy stacji paliw.
Za chwilę nie tylko wieje, ale ostro szkwali. Żeglarze w swoim żywiole. Na horyzoncie most. Nasz maszt ma przeszło 8 metrów. Z niepokojem patrzymy na przęsło. Wykorzystują to obaj wodniacy i pokpiwając sobie trochę z załogi mówią:
– Nie wiemy, czy przejdzie. Poszło gładko i jeszcze spory zapas do przęsła, aczkolwiek zdaniem żeglarzy most mógłby być wyższy. Bezpiecznie przechodzimy pod trzecim filarem Mostu Solidarności. Po lewej pierwsze zabudowania Dobrzykowa, po prawej – Podolszyce. W oddali widać wieże kościoła św. Wojciecha. Dawniej szlak żeglowny prowadził po prawym brzegu Wisły, ale rzeka naniosła piasku i mułu. Prace regulacyjne trwają, a po przekopaniu wału w Borowiczkach rzeka powinna płynąć równolegle do brzegu.
Skoro o Borowiczkach mowa...    Na wysokości Borowiczek i Ośnicy na Wiśle znajduje się spora zielona wyspa. Kiedyś była zamieszkała – najpierw przez kolonistów, którzy trafili tu w XVIII wieku, potem były tu gospodarstwa rolne. Podobno pasły się tam nawet konie. Wyspę stanowią dwie Kępy: Ośnicka i Tokarska, które z czasem się zrosły.
Pada niestety i wieje coraz mocniej. Robimy częste zwroty, przydaje się balansowanie. Choć to popołudnie, robi się ciemno. Na polecenie szefa zakładamy sztormiaki. W hundkoi trzeba znaleźć kurtkę kapitańską. Nie jest to łatwe. Jachtem kołysze, a załogantka klinuje się w zejściówce. A tu jeszcze trzeba sprawdzić sztauowanie naczyń kuchennych, które podczas przechyłów wędrują z jednej strony na drugą. Gruchoczą, brzęczą i w końcu spadają. Chociaż pod pokładem ciepło i sucho, nie widać horyzontu. Nie chcemy tu zostać. Ładujemy się z powrotem na rufę, bo mimo wszystko trzeba zrobić kolejne zdjęcia. Stary most przechodzimy między brzegiem a pierwszym filarem. Prawą burtą mijamy molo i Wzgórze Tulskie. Na plaży stoją kolorowe namioty, miga scena, słychać muzykę, ale jakby nie w klimacie reggae. Właściwy koncert jeszcze się nie zaczął. – Na festiwalowiczów też pada – pocieszamy się. Rozglądam się naokoło. Jesteśmy jedyną łódką płynącą na żaglach. Za nami podążają z Morki jutrzejsi uczestnicy regat – Andrzej Łukasiak na Wiktorii i Henryk Opara z Zespołu Szkół Technicznych na Orionie.

620 kilometr Wisły

Wiatr przeciwny. Halsujemy między płyciznami, a główkami regulacyjnymi. Przed nami Zbigniew Stryjewski ze szkółki Teligi, też na Orionie. Wszyscy zrzucili żagle, płyną na silniku. My twardo halsujemy i tylko sternik widzi, że gdzieś na horyzoncie się przeciera. A tu deszcz coraz większy, zacina poziomo, krople uderzają w twarz. Szotmen foka ma zgrabiałe ręce. – A może wafelka? – pyta uprzejmie szef. Odpowiada mu gromkie: nie.
Lewy hals długi, prawy niewielki. Majaczy wyspa murzynowska. Przez chwilę w zapadającym szybko zmierzchu widać wieże Duninowa. Pan Samochodzik to miał dobrze: słońce, spokojna tafla wody, a my z trudem dostrzegamy boje. Kurtka mokra, szkwali, Korsarz cały czas w deszczu, ale nie wypada się skarżyć ani narzekać. Podpływamy na wysokość Soczewki wypatrując kawałka miejsca na zacumowanie. Chcemy zdążyć przed zmierzchem. Nasz sternik zna każdy kawałek brzegu. Jest! Kilka stopni i łódka ukryta w trzcinach. Zrzucamy żagle i na pychu dobijamy. Szotmen wychodzi na brzeg, podaje rękę. Wyskakujemy prawie na szosę włocławską, przy smażalni ryb. Ostatnią „ósemką” wracamy do Płocka.
Z opowieści załogi, która ruszyła dalej wiemy, że o 21.00 nad Murzynowem oberwała się chmura. Korsarz musiał nocować w marinie. Nazajutrz rano dopłynął do Nowego Duninowa, a po regatach, na pełnych żaglach wrócił do swojego portu w Zatoce Liszyńskiej, gdzie na załogę czekał... zaprzyjaźniony bocian.
Lena Szatkowska
fot. m.a.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości