Z Dianą Mąką, inspicjentem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku, rozmawia Lena Szatkowska
Zawodu inspicjenta uczy się sprawdzoną metodą mistrz-uczeń. Czy pani miała swojego mistrza, który wprowadzał w tajniki rzemiosła?
Miałam. Inaczej się tego zawodu nauczyć nie można. Nie ma szkół dla inspicjentów. Moim mistrzem była Jadwiga Mierzyńska, żona aktora Witka Mierzyńskiego, znakomita inspicjent i sufler. Pracowała w kilku teatrach, miała ogromne doświadczenie. Była bardzo dobrym, cierpliwym nauczycielem. Kochana osoba.
To jest praca stresująca?
Trochę tak, zwłaszcza, gdy przedstawienie jest duże i gra cały albo prawie cały zespół. Wiadomo, że artyści mają swoje fanaberie, czasem coś im nie pasuje, a inspicjent to jest człowiek od tego, żeby był spokój, żeby było fajnie i przedstawienie poszło. Inspicjent jest też odpowiedzialny za to, żeby wszyscy byli na miejscu, gdy zaczyna się przedstawienie. 45 minut przed spektaklem sprawdzam obecność. Jeśli kogoś nie ma, winę ponosi inspicjent. Musi stanąć na głowie i go znaleźć. Bez pełnej obsady nie można rozpocząć.
Zdarzyło się komuś zgubić albo spóźnić?
Kiedyś Grażyna Zielińska pomyliła godziny rozpoczęcia spektaklu. Przedstawienie miało być o 18.00, ale zostało przeniesione na 17.00 i ona się bardzo późno zorientowała. Wybiegła z domu, wsiadła do autobusu i powiedziała kierowcy, żeby się nigdzie nie zatrzymywał i jechał szybko do teatru. Jednym słowem – porwała autobus. Skończyło się dobrze, zdążyła na swoją scenę. Lepiej nikt by tego nie potrafił zrobić. Kto mógłby się jej oprzeć?
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze