Nie wiem, czy Państwo zdążyli wyrazić swoją opinię na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej pod opublikowanym tam 30 listopada plikiem projektów wprowadzających założenia programowe planowanej reformy edukacji, której, jak komunikuje ta sama strona, „cofnąć się już nie da”. A więc, jeśli Państwo już wyrazili swoją opinię, to musieli Państwo wcześniej przeczytać kilkadziesiąt stron zapisanych drobnym maczkiem, dosyć zresztą niechlujnie, z licznymi błędami językowymi. A jeśli nie, to taka szansa już się nie powtórzy. Władza dała nam na to 9 (słownie: dziewięć) dni. Proszę Państwa, dziewięć dni, żeby się najpierw dowiedzieć, że takie materiały są na stronie (kto tam z Państwa regularnie zagląda?), przeczytać i zrozumieć te teksty, zapisane znaną nam dobrze „nowomową”, pełną górnolotnych sloganów, przemyśleć (nerwowa atmosfera wokół reformy nie sprzyja myśleniu) i dać odpowiedź, bez jakiejkolwiek nadziei zresztą, że ta odpowiedź kogoś obejdzie bardziej niż zeszłoroczny śnieg.
Jak widać, jest wiele powodów, żeby taką drogę społecznych konsultacji na temat tak doniosły jak reforma edukacji, przecież „narodowej”, a nie jakiejś tam „powiatowej”, po prostu zignorować. Przede wszystkim zniechęca obrana metoda konsultacji. Nikt nie lubi być stawiany pod ścianą, za którą nie wiadomo, kto stoi i jak reaguje na to, co mamy do powiedzenia. Czy uszanuje, czy może wyśmieje, bo ma już z góry ustalone rozwiązanie, a „społeczne konsultacje” potrzebne mu są jedynie z powodów czysto formalnych – do spełnienia roli listka figowego, który uwiarygodni jego wątpliwą cnotę. Ludzie chętnie mówią, gdy wiedzą, że są słuchani, a głos ich jest szanowany. Po drugie zniechęca tempo tych konsultacji. W dyskusji, w której z pewnością głos powinni zabrać specjaliści, nie napiszę „eksperci”, bo brzydzę się tym słowem, prawdziwi, a nie malowani metodycy, nauczyciele, zespoły przedmiotowe w szkołach oraz przede wszystkim liczne instytucje, czyli same szkoły, uczelnie wyższe, stowarzyszenia, kościoły i związki wyznaniowe, samorządy, może sam Prezydent, a nawet Prymas, może Konferencja Episkopatu – wszak „edukacja narodowa” jest wielkim, ogólnospołecznym dobrem duchowym, którym nie można szastać sobie, jak tylko się zachce.
Na to wszystko ma wystarczyć dziewięć dni. Ktoś zauważył, że kiedy Józef Piłsudski po zamachu majowym już w czerwcu 1926 roku zainicjował reformę przedwojennej oświaty, prace nad nią trwały lat 6 (słownie: sześć). Została ona uruchomiona dopiero w roku 1932 jako słynna „reforma jędrzejewiczowska”. Niestety ani poprzednicy, wprowadzający gimnazja, nowe formy egzaminów, nowe zasady rekrutacji, nowe liche podręczniki, siatki godzin i inne innowacje edukacyjne, ani obecnie rządzący nie nawiązują do tamtych dobrych tradycji. Wszystko robione jest szybko, pochopnie, bez głębszego namysłu, w nerwowej atmosferze społecznych pyskówek i złośliwości. Mało kto zadaje pytanie, jakiej edukacji jako naród potrzebujemy u progu XXI wieku, który z systemów – dwu- czy trzystopniowy? – jest lepszy, dlaczego te właśnie lektury mają czytać nasze dzieci, dlaczego nie mogą się uczyć etyki albo filozofii (poza ateistami)? Czy naprawdę nie możemy wyłączyć edukacji spod presji bieżącego politycznego sporu i oddać ją pod opiekę niezależnego, nadrzędnego gremium, które by stanowiło wynik jakiegoś szerokiego konsensusu społecznego i ustanowiło zasady, które obowiązywałyby dłużej niż kadencja aktualnie rządzących?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze