W oficynie wydawniczej Książnicy Płockiej ukazała się nowa książka historyka Grzegorza Gołębiewskiego. Tym razem odtworzył biografię Kazimierza Chodzikiewicza, który w latach 1931-1933 był komendantem powiatowym Związku Strzeleckiego w Płocku. Choć nie należał do pierwszego garnituru przedstawicieli władzy, pozostawił po sobie znaczący dorobek, a jego dramatyczne losy to gotowy scenariusz na film. W międzywojniu pracował w gabinecie Ministra Poczt i Telegrafów w Warszawie. W czasie II wojny światowej z Rumunii przez Turcję dostał się na Bliski Wschód i wstąpił do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Potem kierował osiedlami dla polskich uchodźców w Afryce. Do komunistycznej Polski nie wrócił. Zmarł tragicznie w Tanzanii.
Publikacja „Kazimierz Chodzikiewicz (1900-1955). Lwów – Płock – Warszawa – Tobruk – Nairobi” ukazała się jako czwarty tytuł w serii wydawniczej Książnicy Płockiej „Niezapomniani. Płocczanie z urodzenia i wyboru”, która upamiętnia mniej i bardziej znane postaci związane z miastem. Chodzikiewicz w Płocku pracował krótko, ale zapisał się w historii ZS i miasta. Po latach do Płocka wróciła jego córka Hanna Bojków, która zainspirowała Gołębiewskiego do napisania historii jej ojca.

Biografia ma układ chronologiczny i została podzielona na cztery rozdziały: „I – służba w Legionach i wojsku polskim do 1921 roku”, „II – objęcie i pełnienie funkcji komendanta powiatowego Związku Strzeleckiego w Płocku w latach 1931-1933”, „III – praca w gabinecie Ministra Poczt i Telegrafów oraz Polskim Radiu – 1933-1939”, „IV – losy Kazimierza Chodzikiewicza w latach 1939-1955. Działalność w Afryce Wschodniej”. Różna objętość poszczególnych części wynika z różnej dostępności materiałów. Jak podkreśla autor – największa luka obejmuje lata 1921-1931, kiedy Chodzikiewicz rozpoczął pracę w Związku Strzeleckim. Nie zachowały się jego teczki personalne, które pomogłyby w pełniejszym odtworzeniu życiorysu. Trudno również o dokładne informacje na temat jego działalności w Afryce. Mimo wszystko autor kreśli solidnie udokumentowany portret przedstawiciela pokolenia, które „najpierw walczyło o niepodległość, potem pracowało na rzecz odrodzonej Polski, a następnie doświadczyło skutków II wojny światowej”. Portret, dodajmy, naprawdę interesujący.
Kazimierz Chodzikiewicz urodził się 3 lutego 1900 roku we Lwowie. Ukończył Szkołę Powszechną i Gimnazjum im. Franciszka Józefa. Od dzieciństwa pasjonował się historią i wojskowością. W latach 1912-1914 należał do powstającego wtedy skautingu. Po wybuchu I wojny światowej wraz z grupą kolegów-skautów wyruszył ze Lwowa do organizujących się w Krakowie Legionów. Pomimo młodego wieku (14 lat) trafił do Legionu Wschodniego, a po jego rozbiciu walczył w 5. kompanii 3 pułku piechoty Legionów. W czerwcu 1915 roku wziął udział w bitwie pod Witelówką na Bukowinie, gdzie został ranny. Po rekonwalescencji w szpitalu polowym odesłano go do Krakowa, a następnie Wiednia. W listopadzie 1916 roku powrócił do macierzystej kompanii.
Z rekonstrukcji autora wynika, że II Brygada Legionów płk. Hallera, do której należał oddział Chodzikiewicza, w lutym 1918 roku dyslokowana była w Besarabii na froncie austriacko-rosyjskim. Na znak protestu przeciwko oddaniu Chełmszczyzny Ukraińskiej Republice Ludowej, żołnierze usiłowali przedrzeć się przez linię frontu pod Rarańczą.
[paywall]
Nie wszystkim się udało. Chodzikiewicz trafił do niewoli. Został internowany najpierw w obozie dla szeregowych i oficerów w Bustyahaza, potem w Száldabos na Węgrzech. Na przełomie marca i kwietnia 1918 około stu oficerów i trzy tysiące żołnierzy z byłego Polskiego Korpusu Posiłkowego wcielono do armii austriackiej i zaczęto wysyłać na front w rejon Udine w północno-wschodnich Włoszech. Chodzikiewicz trafił do służby pozafrontowej (polskiej kompanii etapowej nr 2). Zachorował na malarię i po krótkim pobycie w czeskim szpitalu dostał urlop. W październiku 1918 r. wrócił do rodzinnego Lwowa, w przeddzień rozpoczęcia walk polsko-ukraińskich o miasto. Zgłosił się do wojska polskiego, w którym pozostał do demobilizacji w 1921 roku.
Za służbę u Hallera otrzymał odznakę II Brygady Legionów Polskich z wieńcem laurowym, a także odznakę internowania na Węgrzech oraz odznakę „Orlęta”. Najprawdopodobniej za udział w wojnie 1920 r. dostał wykazywany w biografii Krzyż Walecznych. W 1921 roku pracował w Komendzie Okręgu Związku Strzeleckiego Lwów, jako szef wydziału organizacyjnego. Według informacji córki – we Lwowie rozpoczął studia na Politechnice. Kolejne 10 lat jego życia jest słabo udokumentowane.
W 1931 roku Chodzikiewicz objął stanowisko komendanta Związku Strzeleckiego na powiat płocki. Do jego zadań należało szkolenie wojskowe oddziałów, szkolenie kadry instruktorskiej oraz rozszerzenie struktur ZS. Po raz pierwszy przedstawił się oficjalnie 3 maja 1931 roku podczas otwarcia świetlicy Związku Strzeleckiego w Płocku przy ul. Misjonarskiej 10. Relację z tego wydarzenia zamieścił „Dziennik Płocki”.
Jednym z ciekawszych pomysłów płockiego Związku Strzeleckiego było zbudowanie ośrodka sportów wodnych. Plany obejmowały powstanie pływalni nad Wisłą, plaży i hangaru dla łodzi. Pływalnia została otwarta 8 sierpnia 1932 roku. W tym samym roku Chodzikiewicz w składzie delegacji powiatu płockiego uczestniczył w ogólnopolskim Walnym Zjeździe Związku Strzeleckiego w Warszawie, na który przyjechali m.in. gen. Edward Rydz-Śmigły, premier Aleksander Prystor, prezes BBWR płk Walery Sławek. Delegatów podjął na Zamku Królewskim prezydent Ignacy Mościcki. „Udział w zjeździe zapewne był dla K. Chodzikiewicza ważnym wydarzeniem w życiu zawodowym i okazją do rozmów z działaczami ZS z całego kraju” – zaznacza Grzegorz Gołębiewski. Ponad dwuletnia działalność Kazimierza Chodzikiewicza w Płocku została oceniona pozytywnie. Udało się rozbudować struktury ZS w terenie, zwiększyć liczbę męskich i żeńskich oddziałów. Przeprowadzono wiele kursów doszkalających, utworzono nowe świetlice, biblioteki strzeleckie, uniwersytety ludowe.
Pobyt w Płocku był dla bohatera publikacji ważny także ze względów prywatnych. Tu poznał swoją żonę Kazimierę Kowalską, absolwentkę Gimnazjum Żeńskiego im. Hetmanowej Reginy Żółkiewskiej, kancelistkę w starostwie. Pobrali się w 1931 roku w Wilnie. Mieli dwoje dzieci. Córka Hanna (Bojków) zamieszkała później w Płocku. Była nauczycielką.
Od 1933 roku Chodzikiewicz pracował w Ministerstwie Poczt i Telegrafów w Warszawie. W 1935 roku został dyrektorem biura personalnego w państwowym Polskim Radiu S.A. Organizował tam m.in. pocztowe przysposobienie wojskowe, rozwijał sport strzelecki, szkolił z zakresu obrony przeciwlotniczej.
Po wybuchu wojny wraz z innymi pracownikami radia Chodzikiewicz ewakuował się do Rumunii, podczas gdy żona z dziećmi przebywała w mazowieckim Grodźcu, później w Warszawie. Według przekazów rodzinnych z Rumunii, przez Turcję przedostał się na Bliski Wschód. Wstąpił do nowo powstałej Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich gen. Stanisława Kopańskiego, z którą walczył pod Tobrukiem. Tam został ranny. W 1942 roku wraz z delegatem polskiego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej por. inż. Stefanem Daszyńskim, wyjechał do Kenii organizować osiedla dla polskich uchodźców, wcześniej ewakuowanych z Armią Andersa z ZSRR do Iranu.
W sierpniu i wrześniu 1942 roku do Kenii i Tanganiki, kolonii brytyjskich, napłynęły pierwsze transporty z Polakami (ok. 3.5 tys. ludzi). Jak podaje Grzegorz Gołębiewski, byli to przede wszystkim cywile – kobiety, dzieci, inwalidzi. Zamieszkali w polskich osiedlach, gdzie stopniowo organizowano polskie szkolnictwo, życie kulturalne i społeczne.
Chodzikiewicz był kierownikiem osiedli w Morogoro, Ifunda i Kidugali. „Warunki były typowo afrykańskie. Polacy mieszkali w długich, glinianych chatach podzielonych wewnątrz na 3-4 pomieszczenia, przeznaczone dla jednej rodziny. Tak jak w innych polskich osiedlach, w Kidugali była polska administracja, magazyny żywności, sklepy, stołówka, spółdzielnia z obrotem 1000 funtów rocznie. Uchodźcy uprawiali warzywa, hodowali kury i świnie, funkcjonowały warsztaty rzemieślnicze, działał szpital. Dla dzieci i młodzieży utworzono szkołę powszechną. (…) Działały organizacje młodzieżowe, harcerstwo, w osiedlu znajdował się kamienny kościół zbudowany jeszcze prze Niemców. Docierała polska prasa oraz odbierano audycje radiowe dla uchodźców. Funkcjonowała nawet osiedlowa policja, czuwająca nad porządkiem” – wylicza autor. Polacy musieli przyzwyczaić się do niekorzystnych warunków w porze deszczowej. Mimo różnych problemów praca Chodzikiewicza w Kidugali była dobrze oceniana. W 1945 roku przeniósł się do Nairobi i zajął obsługą prasową uchodźców. Wydawał i bezpłatnie kolportował Komunikaty Informacyjne Polskiego Funduszu Prasowego i Komunikat Radiowy Polskiego Centrum Informacyjnego w Nairobi.
Po zakończeniu wojny, gdy nad polskimi koloniami zawisło widmo likwidacji, Chodzikiewicz został głównym doradcą przy brytyjskiej administracji kolonialnej w Afryce Wschodniej. Zadaniem jego i współpracowników było wynegocjować z przedstawicielami brytyjskiej administracji uchodźczej EARA i UNRRA jak najbardziej korzystne warunki reemigracji dla polskich uchodźców. Obawiano się zwłaszcza przymusowej deportacji do komunistycznej Polski – represji po powrocie do kraju, aresztowania przez UB lub NKWD, wywózki na Syberię. W porozumieniu z przedstawicielem UNRRA udało się wynegocjować pozostanie uchodźców w Afryce jeszcze przez rok.
Po decyzji rządu brytyjskiego o demobilizacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie Kazimierz Chodzikiewicz na łamach „Głosu Polskiego” w marcu 1946 roku napisał: „My nie pragniemy być poza krajem, pragniemy wszyscy wrócić do Polski, by wziąć w najbardziej trudnych warunkach udział w odbudowie naszego zniszczonego kraju, ale pragniemy wrócić do prawdziwie wolnej i niepodległej Polski, którą rządzić będzie rząd nie narzucony, ale rząd wybrany przez cały naród w prawdziwie wolnych i niefałszowanych wyborach”.
Do maja 1947 roku na powrót do Polski zdecydowało się jedynie 1100 osób. Około 1500 czekało na statek do Europy. Spośród około 18 tys. Polaków w Afryce do kraju wyjechało mniej niż 4 tys. W 1949 roku w Tanganice i Ugandzie mieszkało nadal około 3,5 tys. polskich uchodźców. W Tanganice pozostał także Chodzikiewicz. Jak ustalił autor, około 1947-48 roku wyłączył się z działalności publicznej na rzecz polskich uchodźców. Nie wiadomo, czy zdecydowały względy osobiste, czy relacje z innymi polskimi działaczami w Afryce. W miejscowości Tonga prowadził hotel, a potem sklep obuwniczy i salon mody. W 1951 roku otrzymał obywatelstwo brytyjskie i status rezydenta w Kenii. Przyjął nazwisko Hodge. Pod tym nazwiskiem widnieje w wydawanej w Nairobi angielskiej gazecie, informującej o jego śmierci. Najprawdopodobniej popełnił samobójstwo, którego przyczyną była depresja. Zmarł 4 czerwca 1955 roku.
„Zapewne nigdy się nie dowiemy, czym dokładnie kierował się pozostając w Afryce. Wszak w kraju miał żonę i dzieci, więc miał do kogo wracać. Czy zwyciężyła lojalność wobec tych, których namawiał do odrzucenia oferty powrotu do kraju i trudno było bez utraty twarzy wycofać się z tego stanowiska? Czy silniejsza okazała się niechęć do komunistów i obawy przed represjami? Wnioskując z publikowanych w «Głosie Polskim» artykułów, reprezentował niezłomne stanowisko wierności wobec prezydenta W. Raczkiewicza i rządu polskiego w Londynie, jako jedynych legalnych reprezentantów Polski i Polaków. (…) Był to los wielu polskich rodzin, podzielonych przez wojnę i przejęcie władzy w Polsce przez komunistów” – konkluduje Grzegorz Gołębiewski.
Publikacja została oparta na artykułach i notatkach prasowych. Materiały źródłowe pochodzą z Archiwum Państwowego w Płocku, Centralnego Archiwum Wojskowego w Wojskowym Biurze Historycznym, Archiwum Akt Nowych i Archiwum Państwowego w Warszawie. Archiwalia uzupełniają: pamiętniki, wspomnienia, opracowania i artykuły naukowe. Fotografie autor pozyskał m.in. z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń w Krakowie i zbiorów rodziny. Interesujące aneksy na końcu zawierają artykuły Chodzikiewicza z „Głosu Polskiego” – tygodnika uchodźstwa polskiego w Afryce w latach 1945-1946.
Fot. Archiwum Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń w Krakowie
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze