Nie będzie przesadą, jeśli powiemy, iż historia Josefa Millera to gotowy scenariusz filmowy. Tym bardziej poruszający, że napisało go samo życie. Jako młody człowiek musiał z powodów politycznych uciekać z ukochanego kraju. Po wielu latach spędzonych za granicą wraz z żoną podjął decyzję o powrocie do Polski. Jak podkreśla, czuwająca nad nim Opatrzność pokierowała go na mazowiecką wieś – do miejscowości Sobowo w gminie Brudzeń Duży, w której państwo Millerowie żyją od dwóch lat. O dramatycznych okolicznościach opuszczenia kraju, tęsknocie za Ojczyzną, miłości do muzyki Chopina i własnych kompozycjach, dzięki którym udało mu się dotrzeć do nawet najbardziej zatwardziałych serc opowiedział w rozmowie z Tygodnikiem Płockim.
- Urodziłem się w rodzinie z tradycją polskiego patriotyzmu. W rodzinie, w której hołdowaliśmy rodzinnym więzom. Wszystko, co działo się wokół nas, było nasączone tą tradycją, w tym związaną z nią wiarą katolicką – rozpoczyna swoją opowieść Josef Miller.
Urodził się w Warszawie, na Powiślu, wychował zaś na warszawskiej Pradze. Tam uczęszczał do LO im. Władysława IV, w którym szczególnie zainteresował się historią Polski. Przesiąknięty polskim patriotyzmem – najpierw jako uczeń, a potem jako student – marzył o Polsce wolnej, niezależnej, wyzwolonej spod radzieckiego jarzma. W marcu 1968 r. uczestniczył w protestach studenckich na Krakowskim Przedmieściu. Kilka lat później, po ukończeniu Politechniki Warszawskiej – będąc już pracownikiem naukowym na jednej z wyższych uczelni warszawskich – sprzeciwił się indoktrynacji studentów uczelni przez aparat komunistycznej władzy. Tym naraził się ówczesnej wierchuszce, przez co w 1977 r. musiał uciekać z ukochanego kraju.
Choć od tamtych wydarzeń minęło kilkadziesiąt lat, Josefowi Millerowi wciąż drży głos, gdy wraca pamięcią do dramatycznych momentów swojego życia. Na słynnym Checkpoint Charlie – przejściu granicznym między Berlinem Wschodnim a Zachodnim, oddzielającym od siebie dwa wrogie systemy, spędził 5 godzin z wycelowaną w niego lufą broni maszynowej.
- Pan Bóg nade mną czuwał. Ja do dzisiaj uważam to za jakiś cud niesłychany, że udało mi się stamtąd wyjść. Znalazłem się w Berlinie Zachodnim. Byłem kompletnie wycieńczony, biały jak ściana. Pamiętam uczucie, że zrobiłem się bardzo głodny, szukałem czegoś do zjedzenia. Ten stres był wielki, bo przecież gdyby oni mnie tam wtedy zastrzelili, to moi rodzice nie wiedzieliby nawet, gdzie jest moje ciało. I ja byłem świadomy, że przechodząc tamtędy, podejmuję olbrzymie ryzyko. Ale miałem zapewnienie kogoś bardzo wysoko postawionego, że mam kilka godzin na to, żeby uciec. Do dzisiaj jestem bardzo wdzięczny tej osobie za zorganizowanie mojej ucieczki – opowiada Josef Miller.
Reklama

Podczas przystanku w Monachium mający niemiecko brzmiące nazwisko Josef otrzymał od pewnego Bawarczyka – urzędnika Fremdenpolizei – propozycję, na którą wiele osób mogłoby z chęcią przystać – 20 tys. marek niemieckich, co w tamtych czasach było ogromną kwotą, oraz zapewnienie domu i pracy w Republice Federalnej Niemiec. Jednak warunek, jaki miał spełnić Josef, był dla niego nie do przyjęcia. Miller miał bowiem przyznać, iż w jego rodzinnym domu mówiło się po niemiecku, co oznaczało wyparcie się polskiego pochodzenia. Na to nie mógł się zgodzić.
[paywall]
- Odpowiedziałem temu urzędnikowi, że znam niemiecki, bo uczyłem się go w szkole i miałem go też na studiach, ale byliśmy Polakami, w mojej rodzinie rozmawialiśmy wyłącznie po polsku. To bardzo mu się nie podobało. Potem spytał mnie o to ponownie, a ja odpowiedziałem to samo – że jesteśmy Polakami i nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą po niemiecku. Bawarczyk tak się zdenerwował, że jego twarz zrobiła się purpurowa. Chwycił taką wielką pieczęć, walnął nią w moim paszporcie i nakazał mi wyjazd z kraju w ciągu 48 godzin – opowiada Josef Miller.
Reklama
I dodaje:
- Próbowano okrzyknąć mnie zdrajcą, ale ja Polski nigdy nie zdradziłem.
Jedynym krajem, do którego mógł uciec, była Austria, w której uzyskał azyl polityczny. Początki nie były jednak usłane różami. Josef musiał przemierzać na piechotę po 20 kilometrów dziennie, a jego życie było wówczas istną walką o przetrwanie w obcym kraju.
- Na początku było tak ciężko, że pieniędzy nie było, więc głód zajrzał w oczy bardzo mocno. Zdarzało się pięć dni bez jedzenia. Człowiek po prostu marzył, żeby cokolwiek zjeść. Raz Bauerka, u której mieszkaliśmy, zauważyła, że coś niedobrego się z nami dzieje. Zaprosiła nas na zupę i ta zupa smakowała wtedy jak jakaś najlepsza potrawa na świecie – człowiek był tak niesłychanie głodny – wspomina Josef Miller.
Reklama
Po pewnym czasie jego sytuacja na obczyźnie zaczęła się poprawiać. Zdobył pracę jako inżynier w wielkiej firmie, która miała oddziały w 35 krajach na całym świecie. Początkowo Austriacy byli wobec niego nieufni, patrzyli mu na ręce.
- Dostałem się do tej firmy jako inżynier i od razu zatrudniono mnie na pozycji zastępcy szefa wydziału konstrukcyjnego, tak że była to bardzo wysoka pozycja. No i ci Austriacy patrzyli na mnie spod oka, że przyszedł jakiś Polak i taką pozycję wysoką dostał. Ale z czasem się do mnie przekonali – i jako człowieka, i jako fachowca – opowiada Josef Miller.
Reklama
Po kilku latach pracy w Austrii Josef Miller otrzymał zaskakującą ofertę. Miał zostać oddelegowany do pracy w oddziale firmy znajdującym się w... Republice Południowej Afryki. Gdy plany były już właściwie skrystalizowane, pojawiła się jednak zmiana. I zamiast do RPA, Josef wyjechał w 1983 r. do Australii. Trzy miesiące po nim dołączyła do niego jego rodzina – żona i dzieci. Jak wspomina Josef Miller, praca była ciężka, a Antypody wyjątkowo obce.
- To była bardzo wyczerpująca praca. Wymagała ode mnie niesłychanego zaangażowania – nie tylko jako inżyniera i znawcy technologii, ale też jako zaufanej osoby, zdolnej do ustawienia pewnych spraw firmowych. A asymilacja w Australii również była dosyć trudna, bo ten kraj był kompletnie inny w strukturze i społecznie. Multiculture, zlepek różnych narodowości i tak dalej. Do wszystkiego trzeba było się przyzwyczaić – tłumaczy Josef Miller
Reklama
... i dodaje ze śmiechem, że do tamtej pory kojarzył ten kraj główne z kangurami i... Olivią Newton-John.
Praca w Australii była ciężka i odpowiedzialna. I choć Josefowi obiecywano niemal złote góry, na obietnicach się skończyło.
- Po 10 latach moje zdrowie było zrujnowane, bo miałem obowiązki 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, w każdej chwili mogli mnie wezwać, gdyby coś się stało, jakieś kłopoty produkcyjne. Byłem na zawołanie – bez względu na to, czy spałem, czy jadłem, czy byłem z rodziną. Nikt na to nie zważał. I tak kompletnie wykończony po 10 latach znowu musiałem uciekać – kontynuuje Josef Miller.
Reklama
I tak zaczął się zupełnie nowy etap życia człowieka, który od uciekiniera z własnego kraju stał się uciekinierem od pracy ponad siły. Josef Miller stopniowo rozwijał własne przedsięwzięcia, w międzyczasie ukończył kurs podyplomowy Business Administration Marketing w Melbourne. Własne biznesy doprowadziły go do tego, że mógł na nowo rozbudzić w sobie dawną pasję, jaką była gra na fortepianie. W tym miejscu dodajmy, że równolegle z wykształceniem technicznym Josef Miller uzyskał w Warszawie wykształcenie muzyczne. W prowadzonym przez siebie hoteliku typu bed&breakfast zaczął grać dla swoich gości, umilając im czas melodiami, w których pobrzmiewała niegasnąca tęsknota za Ojczyzną, którą przed laty musiał w pośpiechu opuścić. Z czasem muzyka przerosła wszystko inne i Josef poświęcił się jej w całości, nie ukrywając swojej wielkiej fascynacji Chopinem i zachwytów nad geniuszem największego polskiego kompozytora. Jak przyznaje, grał dla wielu różnych ludzi, dzieląc się z nimi tym, co grało w jego duszy, i otwierając ich serca.
- Pan Bóg dał mi taką moją drogę dotarcia do drugiego człowieka. Żeby być sługą zwłaszcza dla tych, którzy mieli zasklepione serca czy problemy związane z różnymi sprawami. Ja to widziałem, jak Pan Bóg otwierał te serca przez moją muzykę. I coś się w tych sercach działo – tłumaczy Josef Miller
Reklama
... i dodaje, że skomponowaną przez siebie muzykę prezentował też na festiwalach (w tym wielokrotnie na festiwalu Losy Polaków), w których zdobywał nagrody. Wydał także nagradzany album z utworami będącymi muzyczną ilustracją do wierszy Mickiewicza, Słowackiego czy św. Jana Pawła II. Skomponował ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego pt. „Kościuszko – Jeszcze Polska zatańczy” w reżyserii i produkcji Kosciuszko Heritage INC oraz dużej australijskiej Kompanii Multimedialnej SBS. Ale choć udział w wydarzeniach kulturalnych i nagrody są miłą formą uhonorowania jego muzycznej działalności, największą wartością pozostaje dla niego wzruszenie słuchaczy, zanurzonych w dźwiękach jego kompozycji.
Kiedy zrodziła w nim się myśl o powrocie do wolnej Ojczyzny?
- Dopóki człowiek jest na emigracji, czy jak ja to nazywam – na uchodźstwie, i jest w tym rytmie życia, w którym musi zapewnić podstawowe warunki bytu dla swojej rodziny, to o pewnych rzeczach nie myśli. Ale w pewnym momencie osiąga się pewną stabilizację i wtedy na wierzch wypływają jakieś inne wartości. I mnie właśnie ogarnęła ta olbrzymia tęsknota za Polską. Pierwszy raz przyleciałem do Polski w 1992 roku, po 16 latach uchodźstwa, podczas którego byłem bez kontaktu z rodziną i bez komunikacji z Polską, ponieważ obawiałem się, że moi bliscy będą z mojego powodu nękani przez tamtą władzę. Gdy przyjechałem, było już po zmianach ustrojowych. W Polsce spędziłem 7 tygodni. I było to dla mnie wstrząsające. Właśnie dlatego, że wróciłem do mojej ukochanej Polski. Że ta Polska istnieje nie tylko w moich marzeniach i myślach. Jest prawdziwa. Mogę ją dotknąć. Mogę stąpać po tej ziemi. Po tym wszystkim to pragnienie powrotu zaczęło być coraz mocniejsze. Oczywiście są to sprawy bardzo personalne i skomplikowane. Nie mogłem zostawić swoich dzieci i tego wszystkiego. Ale przyszedł taki czas, kiedy z moją ukochaną żoną Martą usiedliśmy i powiedzieliśmy „Enough is enough. Koniec. Wracamy do Polski”. Moje dzieci i wnuki nadal są w Australii. Ale oni zrozumieli, że my po prostu musimy wrócić. Bo jesteśmy Polakami. A miejsce Polaka jest w Polsce – opowiada, nie kryjąc wzruszenia, Josef Miller.
W podjęciu decyzji pomogła... pandemia koronawirusa, która w Australii przyniosła poważne obostrzenia i reżim sanitarny. Stało się to dla Josefa i jego żony kolejnym powodem do ucieczki, choć tym razem była to „ucieczka” wymarzona – do kraju nad Wisłą, który tak ukochali. Po przejrzeniu około 10 tys. ogłoszeń znaleźli dla siebie miejsce idealne – dom w Sobowie w gminie Brudzeń Duży.
- Chcieliśmy być na tej mazowieckiej wsi. I to jest trochę dziwna sprawa, bo tu, na Mazowszu, komponował Chopin. Tu jego muzyka jest najsilniejsza. I tutaj Pan Bóg nas zaprowadził, właśnie na tę mazowiecką wieś. Jak jest lato, siadam do fortepianu i gram. Mam otwarte drzwi balkonowe, a muzyka się roznosi właśnie na te ukwiecone mazowieckie pola. Gra w tych wierzbach mazowieckich, szumi. I spotyka się moja muzyka z muzyką Chopina. Nie od przyczyny Pan Bóg nas tutaj przywiódł. Tutaj, koło Płocka. Jest w tym jakaś przyczyna, żeśmy się tu osiedlili – mówi Josef Miller.
Opowiedział nam fascynującą i poruszającą opowieść o życiu pełnym zwrotów akcji, która mogłaby z powodzeniem zapełnić wszystkie strony naszej gazety. Musimy jednak postawić dziś kropkę. Zanim to jednak uczynimy, podkreślmy za bohaterem naszego artykułu: „Trawa za miedzą nie jest ani bardziej zielona, ani wyższa. Mamy przepiękny kraj. Pan Bóg dał nam wspaniały kraj. Od morza, przez jeziora, do gór. Mamy wspaniałych i mądrych ludzi w swoim narodzie. I powinniśmy być dumni, że jesteśmy Polakami”.
Fot. Archiwum Starostwo Powiatowe w Płocku
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze