Z dnia na dzień dowiedziałem się, że muszę wyprowadzić się do innego kraju. Nigdy bym nie pomyślał, że przydarzy się to akurat mnie. Miałem 17 lat i zaczynał się wtedy najlepszy okres życia dla młodego człowieka. Decyzję rodziców przyjąłem bez entuzjazmu.
Najpierw do Irlandii wyjechał mój tata. Po dwóch latach ściągnął do siebie mnie, mamę i młodszego brata. Wyjeżdżając zostawiłem przyjaciół i całe otoczenie, które budowałem wokół siebie przez tyle lat. A nagle miało tego wszystkiego nie być, już nigdy. Bardzo z tego powodu cierpiałem, ale niestety nie było możliwości, żebym został w kraju.
Najgorsze były pierwsze trzy miesiące, szczególnie przyzwyczajenie się do nowego miejsca, ludzi i przede wszystkim szkoły. Na początku mieszkaliśmy w małej wsi, której ani trochę nie da się porównać z rodzinnym Płockiem. Znajdowała się tam jedna główna ulica, przy której usytuowane były domki oraz jedno większe osiedle, na którym mieszkałem. Tak naprawdę miejscem najczęstszych spotkań mieszkańców była stacja benzynowa połączona ze sklepem spożywczym. Była też tam stodoła, w której zbierali się Irlandczycy i co sobotę grali w bingo. Ale to była raczej rozrywka dla starszych, młodzi ludzie jeździli na dyskoteki do pobliskiego miasta. Dookoła rozciągał się widok na góry i zielone pastwiska.
Chodziliśmy z bratem do szkoły, ale traktowano nas tam z dystansem. Z jednej strony była to nasza wina, bo w ogóle nie mieliśmy chęci do nauki, ale z drugiej nauczyciele nie przejmowali się naszym losem. Wchodząc na zajęcia, spuszczałem głowę, siadałem w ostatniej ławce i po prostu słuchałem. Irlandzkie szkoły różnią się od polskich. Codziennie rano przed rozpoczęciem zajęć odbywało się sprawdzanie listy (jedyne w ciągu dnia), po czym uczniowie rozchodzili się do klas. Szkoła była jedną z większych w okolicy, bo uczęszczały do niej dzieci z pobliskich wsi. Znajdowała się na terenie kościoła, przy cmentarzu. Ciężko było się na początku przyzwyczaić do tak bliskiego widoku grobów z okna sali lekcyjnej, ale z czasem do tego przywykłem.
Po szkole, w zasadzie w ogóle nie wychodziliśmy z domu, gdyż trudno było nam znaleźć kogoś w naszym wieku do spędzania wolnego czasu, kto nas zrozumie. Byliśmy jedynymi Polakami w tej miejscowości i prawdę mówiąc wcale nie chcieliśmy poznawać innych. Byliśmy obrażeni na cały świat. Dlaczego akurat my musieliśmy się tam znaleźć? Za to spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, przez co bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Po roku rodzice stwierdzili, że trzeba się przeprowadzić do miasta.
Killarney, miasto typowo turystyczne, położone na samym południu Irlandii, oddalone od naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania ok. 30 km, było idealnym miejscem. Przede wszystkim mieszkało tam dużo Polaków, z którymi mogliśmy nawiązać kontakt. Przestaliśmy się czuć z bratem odizolowani od rówieśników. Poznawaliśmy innych i spotykaliśmy się z ludźmi, którzy wyemigrowali nie tylko za pracą. Po roku w izolacji zaczęliśmy normalnie funkcjonować. Rodzice zapisali nas do miejscowego „college’u”. Ja uczęszczałem na trzeci rok, a brat na pierwszy. Poza Polakami można tam było spotkać Czechów, Białorusinów, Niemców, Słowaków, Chińczyków.
System szkolnictwa w Irlandii nieco różni się od naszego. Do „college’u” chodzi się przez pięć lat i zdaje egzaminy końcowe, które umożliwią kontynuację edukacji w szkołach wyższych. Według mnie poziom nauczania w Irlandii jest utrzymany na dość niskim poziomie. Nie przemęczyłem się na zajęciach, ponieważ podstawy języka angielskiego miałem opanowane. Rozumiałem co do mnie mówią i potrafiłem również udzielić odpowiedzi. Mój brat natomiast, zakończył edukację w Polsce na poziomie czwartej klasy podstawówki. Miał problem z porozumiewaniem się zarówno z uczniami, jak i z nauczycielami, jednak jakoś się udało.
Po dwóch latach skończyłem „college”, zdając irlandzką maturę. Leaving Certificate, bo tak się nazywała, znacznie różni się od polskiego egzaminu dojrzałości. W przeciwieństwie do nas, Irlandczycy nie zdają egzaminów ustnych, tylko pisemne, za to ze wszystkich przedmiotów. Prawdę mówiąc, nie było ich dużo (osiem lub dziewięć), ale dziennie przypadały po 2-3 egzaminy, co wymagało trochę wysiłku. Warunkiem do otrzymania certyfikatu było zaliczenie matematyki, języka angielskiego i języka dodatkowego, którym w moim przypadku był język polski. Matura ta jest traktowana jako międzynarodowa, więc nie było problemu z dostaniem się na wyższe uczelnie w innym kraju. System szkolnictwa jest tak skonstruowany, że każdy da sobie radę. Od początku zapowiedziałem rodzicom, że nie planuję zostać w Irlandii. Dlatego po roku od skończenia szkoły, zdecydowałem złożyć podanie o przyjęcie na studia w jednej z warszawskich uczelni.
Pisząc o Irlandii, nie można zapomnieć o dniu Św. Patryka. Irlandczycy co roku obchodzą go bardzo hucznie. Wszystko jest wtedy pozamykane, oczywiście poza barami, które są miejscem najliczniej odwiedzanym. Ludzie piją w nich piwa typu Guiness czy Bulmers w kolorze zielonym. W każdym większym mieście odbywają się parady, w których uczestniczą mieszkańcy. Z głośników leci tradycyjna irlandzka muzyka, przy której wszyscy się bawią i świętują wygnanie węży z Irlandii. Następny dzień jest ustawowo wolny, ponieważ nikt nie byłby w stanie iść do pracy.
Irlandia jest doskonałym miejscem na rozpoczęcie nowego życia. O wiele łatwiej można dostać pracę tam, niż u nas w kraju. Poza tym dostaje się za nią godne wynagrodzenie, co pozwala na stabilne życie choćby młodej rodziny. Polacy znakomicie się tam odnaleźli. Nasi rodacy przeważnie pracują w sklepach, hotelach, restauracjach, bankach, ale też prowadzą własne „biznesy”. Nawet jeżeli się komuś nie powiedzie i będzie miał problem ze znalezieniem pracy, to irlandzki system socjalny jest na tyle rozbudowany, by nie pozwolić człowiekowi zostać na bruku. Między innymi są zasiłki dla bezrobotnych, którzy nigdy nie pracowali, dla poszukujących pracy, dla samotnych kobiet z dzieckiem, dla rodziców uczących się dzieci. Znam osobę, która mimo okrutnych zdarzeń losowych, dała sobie radę sama. Państwo zadbało o to, żeby mogła wychować i utrzymywać spokojnie dziecko.
Polacy przeważnie trzymają się razem, ale znajdą się i tacy, którzy więcej czasu spędzają z Irlandczykami. Tamtejsi ludzie są bardzo życzliwi i przyjemni dla siebie, dlatego szybko można poznać nowych. Znam wielu Polaków, którzy nie planują powrotu do kraju. W Irlandii mają lepsze zarobki i żyje im się lepiej, spokojniej. Stać ich na utrzymanie rodziny, wynajem domu, kupno samochodu, godne życie, mają oszczędności, zwiedzają Europę i często pomagają jeszcze rodzinie z Polski.
Do Irlandii wyjeżdżają wciąż nowi emigranci. Ja wróciłem z tej zielonej wyspy tu, do Płocka, to moje miasto rodzinne. Może zatęskniłem do pejzaży, których nie ma gdzie indziej?
Jakub Chądzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze