Kiedy 10 stycznia ruszaliśmy z płockich ulic w stronę lotniska w Modlinie, zima pokazywała swoje najsurowsze oblicze. Śnieg, lód i temperatura spadająca do -12 stopni Celsjusza nie nastrajały do podróży. Jednak cel był jasny: wyspa, która od wieków stanowiła bramę do Europy. Trzy godziny lotu wystarczyły, by przenieść się w inny świat. Malta w styczniu przywitała nas słońcem i 14 stopniami ciepła. Choć 6 dni po naszym powrocie wyspę zdewastował huragan Harry, my wykorzystaliśmy nasze 4-dniowe „okno pogodowe” do maksimum. Jako redakcja „Tygodnika Płockiego” sprawdziliśmy dla Państwa, jak zorganizować city break, który nie zrujnuje portfela, a dostarczy wspomnień na całe lata.
Planowanie wylotu z Polski w środku zimy do kraju, gdzie panuje wieczna wiosna, to logistyczne wyzwanie już na etapie szafy. Jak się ubrać, by nie zamarznąć w kolejce do odprawy w Modlinie, a jednocześnie nie pocić się po wylądowaniu w Luqa? Odpowiedź jest jedna: cebulka. Warto zrezygnować z ciężkich, puchowych kurtek, które po wylądowaniu stają się uciążliwym balastem. My postawiliśmy na warstwy – lekkie polary, podkoszulki i wiatrówki. To idealne rozwiązanie, bo maltańska zima, choć ciepła, bywa kapryśna. Czasami silniej wieje od morza, czasem znienacka pokropi deszcz. W samolocie po prostu sukcesywnie zdejmowaliśmy kolejne warstwy, by wyjść na maltańską płytę lotniska w pełnej gotowości.
Nasza podróż zaczęła się od świetnej okazji na portalu eSky. Cały pakiet: loty w obie strony, transfery z i na lotnisko oraz cztery doby w hotelu Mr. Todd w Sliemie ze śniadaniami kosztował zaledwie 1700 zł za dwie osoby. To cena, za którą trudno dziś zorganizować luksusowy weekend w polskich górach czy nad Bałtykiem. Wybór Sliemy nie był przypadkowy – to logistyczne serce wyspy. Zamiast drogich kurortów wybraliśmy przyzwoity, ekonomiczny standard. Bo przecież na Malcie do hotelu wraca się tylko po to, by przespać parę godzin przed kolejnym dniem pełnym wrażeń.
Pierwszym przystankiem w naszym planie była niedzielna wizyta w Marsaxlokk. To miejsce, które każdy turysta widział na pocztówkach – port pełen kolorowych łodzi luzzu z charakterystycznymi oczami Ozyrysa na dziobach, które mają chronić rybaków przed nieszczęściem. Słynny niedzielny targ rybny to feeria barw, zapachów i dźwięków. Jednak jako doświadczeni podróżnicy szybko nauczyliśmy się jednej zasady: unikaj głównych, turystycznych knajp na samym nabrzeżu. Często jedzenie jest tam robione „pod masowego klienta”, a ceny są sztucznie wyśrubowane.
Zamiast tego, ruszyliśmy w boczne uliczki. Tuż naprzeciwko kościoła na głównym rynku znaleźliśmy małą kawiarnię (Costa), która bardzo przypadła nam do gustu. Pyszna, aromatyczna kawa, lokalne ciastko i widok na codzienne życie Maltańczyków idących na mszę – to jest prawdziwy klimat wyspy. Nieco dalej, już poza głównym zgiełkiem targu, trafiliśmy na starszego pana, u którego kupiliśmy świeżą, domową oliwę i słoik maltańskiego miodu. To pamiątki, które smakują najlepiej, bo za nimi stoi konkretny człowiek i jego historia.
Popołudnie niedzieli upłynęło nam pod znakiem Trzech Miast (The Three Cities), z których najbardziej zachwyca Birgu. Decydujące starcia Wielkiego Oblężenia Malty w 1565 roku rozegrały się głównie wokół Birgu (znanego też jako Vittoriosa) oraz kluczowego Fortu Świętego Elma, które były głównymi punktami oporu obrońców (Joannitów) przed potężną armią Imperium Osmańskiego (Sulejmana Wspaniałego) w walce o dominację nad Morzem Śródziemnym.
Obowiązkowy „punkt programu” to Fort Świętego Anioła (Fort St. Angelo). Jest to miejsce monumentalne. Historia Malty to przecież w dużej mierze historia obrony. Przez wieki wyspa była najeżdżana przez Fenicjan, Rzymian, Arabów, Normanów, aż po zakon joannitów i Brytyjczyków. Nawet podczas II wojny światowej Malta była najbardziej bombardowanym miejscem na ziemi, służąc aliantom za kluczową bazę na Morzu Śródziemnym.
Spacer po forcie w lekkim deszczu był wyzwaniem – kamienne podejściach są niesamowicie śliskie, gdy są mokre, co wymaga wytężonej uwagi. Jednak widok na Grand Harbour rekompensuje każdą kroplę deszczu. Kiedy aura stała się zbyt surowa, uciekliśmy na rynek w Birgu. Znaleźliśmy tam restaurację d’Centre. Z zewnątrz nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego, ale wnętrze nas oczarowało. Właśnie tam spróbowaliśmy słynnej zupy maltańskiej – treściwej, gęstej, opartej na lokalnych warzywach i serze gbejna. Aljotta, bo taka nosi nazwę, to aromatyczna, pomidorowa potrawa pełna świeżej ryby (często z głów i ości dla smaku), czosnku, cebuli, ziół i często ryżu lub makaronu, nadająca daniu gęstość i sytość; podawana jest w niemal każdej restauracji i jest kulinarnym symbolem wyspy, przygotowywana z lokalnych składników. W połączeniu z lokalnym czerwonym winem (na Malcie warto spróbować win z lokalnych szczepów Gellewża (czerwone, lekkie) i Girgentina (białe, świeże, mineralne), a także z międzynarodowych odmian, takich jak Chardonnay, Merlot, Cabernet Sauvignon i Syrah, produkowanych przez winiarnie Meridiana, Marsovin i Delicata) był to idealny sposób na rozgrzanie się przed powrotem do Sliemy.
Poniedziałek zarezerwowaliśmy na Vallettę – najmniejszą stolicę w UE, wpisaną w całości na listę UNESCO. Do miasta popłynęliśmy czerwonym promem-katamaranem ze Sliemy. Cena? 3 euro w jedną stronę, 4,80 euro w dwie. Pani w kiosku przeprawy promowej „Gozo Highspeed” namówiła nas na bilet w obie strony, co – jak się potem okazało – nie było najszczęśliwszym wyborem z naszej strony. Po południu, gdy chcieliśmy wrócić z Valetty do Sliemy, promy zostały odwołane z powodu „złych warunków pogodowych”. Co ciekawe, małe, tradycyjne łódeczki „dghajsa” kursowały bez problemu. Ustawiła się do nich potężna kolejka. Musieliśmy skorzystać z Bolta XL – przy 6 osobach to wydatek rzędu kilku euro na głowę, więc ekonomicznie wyszło podobnie.
Valletta to przede wszystkim Konkatedra św. Jana. Z zewnątrz surowa, w środku oszałamia przepychem złota i baroku. Podłoga wyłożona marmurowymi nagrobkami ponad 400 kawalerów maltańskich robi piorunujące wrażenie, ale sercem świątyni jest Oratorium, czyli Kaplica Wielkich Mistrzów. To tam wisi jedyne podpisane dzieło Caravaggia – „Ścięcie św. Jana Chrzciciela”. Obraz jest potężny, krwawy i niesamowicie realistyczny. Uwaga, nie wolno używać aparatów z fleszem! W świątyni znajdziemy jeszcze jeden obraz Caravaggia - „Święty Hieronim”.
Poza sacrum, odwiedziliśmy Pałac Wielkich Mistrzów. Grand Master’s Palace, oficjalnie znany jako The Palace, to zabytkowy XVI-wieczny budynek położony w sercu Valletty, na placu St. George’s Square. Służył jako rezydencja Wielkich Mistrzów Zakonu Joannitów, a obecnie mieści biuro Prezydenta Malty i jest udostępniany do zwiedzania jako muzeum zarządzane przez Heritage Malta. Czego nasze zmysły mają tam oczekiwać? Po pierwsze naszą uwagę zwracają sale reprezentacyjne. Można w nich podziwiać bogato zdobione sufity, kasetonowe stropy, meble w stylu Ludwika XV oraz flamandzkie gobeliny i freski przedstawiające sceny z Wielkiego Oblężenia Malty z 1565 roku. Niemniej największe wrażenie zrobiła na nas zbrojownia pałacowa. Mieści jedną z największych na świecie kolekcji broni i zbroi z XVI-XVIII wieku, w tym zbroje Wielkich Mistrzów Jeana de Valette i Alofa de Wignacourt.
Nie można być w Valletcie i nie zobaczyć Saluting Battery w ogrodach Upper Barrakka o godzinie 12:00. Codziennie oddawana jest tam salwa armatnia. Mała rada od „Tygodnika Płockiego”: nie warto płacić 3 euro za wejście na dolną platformę przy samych armatach. Z poziomu ogrodów, piętro wyżej, widok jest o wiele lepszy, a perspektywa idealna do zdjęć i filmów. Przy wyjściu stoją gwardziści w historycznych mundurach, zbierając datki na fundację – warto wrzucić kilka euro, bo widowisko jest przygotowane z wielką pieczołowitością.
Wtorek przeniósł nas do Mdiny – „Cichego Miasta”. To dawna stolica Malty, w której dziś mieszka zaledwie kilkaset osób, głównie arystokratycznych rodzin. Cisza jest tu niemal namacalna. Obowiązkowo odwiedziliśmy katedrę św. Pawła i muzeum diecezjalne. Bilet łączony kosztuje 15 euro – wydaje się, że to „ulubiona” cena maltańskich muzeów, niezależnie od ich wielkości.
Spacerując po murach Mdiny, można podziwiać panoramę niemal całej wyspy. W pobliskim sklepie z pamiątkami kupiliśmy piękną, lokalną akwarelę za 25 euro – lepsza pamiątka niż chiński magnes. Potem przeszliśmy do Rabatu, by zobaczyć Katakumby św. Pawła. Tutaj znowu technologia nas zawiodła – Google twierdziło, że jest zamknięte, a na miejscu okazało się, że wszystko działa.
Katakumby św. Pawła i Katakumby św. Agaty to dwa największe wczesnochrześcijańskie podziemne cmentarze w Rabacie na Malcie, leżące blisko siebie i będące częścią tego samego kompleksu, służące jako miejsca pochówku i kultu od II/III w. n.e.. Katakumby Św. Pawła są rozległe i obejmują groby dla różnych wyznań, z kryptą Św. Pawła i grotą, gdzie podobno nauczał. Katakumby Św. Agaty są mniejsze, ale słyną z lepiej zachowanych fresków (do XIII w.) i krypty, gdzie według tradycji przechowywano relikwie św. Agaty, męczenniczki z Katanii.
Maltańczycy darzą św. Pawła ogromnym kultem; według tradycji to tutaj apostoł schronił się po katastrofie statku w 60 roku n.e. Katakumby to fascynujący, podziemny labirynt, który pozwala zrozumieć wczesnochrześcijańską historię wyspy.
Ostatnim punktem były klify Dingli. I tu znów spotkała nas niespodzianka. Google Maps wysyłało nas na autobus linii 201. Przystanek był, owszem, ale autobusy nie przyjeżdżały. Okazało się, że z powodu remontu drogi trasa została zmieniona, o czym nigdzie nie było informacji. Dopiero rozmowa z lokalnymi mieszkańcami (angielski jest tu językiem urzędowym, obok dziwnego, semicko brzmiącego maltańskiego) pozwoliła nam zrozumieć sytuację. Maltańczycy są niezwykle pomocni i gościnni. Co ciekawe, mimo arabskich wpływów w języku, wyspa jest niesamowicie czysta i uporządkowana – to pewnie dziedzictwo brytyjskiego panowania.
Ostatnią wieczorną ucztę zjedliśmy w Gzirze (to dzielnica sąsiadująca z Sliemą, w restauracji Pulcinella. Choć, przyznamy bez bicia, wolimy małe, gwarne trattorie ze stolikami przykrytymi ceratą (takie knajpki na Malcie – i nie tylko – zdecydowanie polecamy), gdzie owoce morza i makarony smakują najwyborniej.
Pakowanie powrotne było wyzwaniem. Każdy centymetr dodatkowo wykupionego bagażu rejestrowanego został wykorzystany. Co warto przywieźć? Na różnych grupach facebookowych mówi się o likierze z opuncji. Likier z opuncji maltańskiej (po maltańsku zwany Bajtra lub po angielsku Prickly Pear Liqueur) to tradycyjny, słodki trunek narodowy Malty, wytwarzany z owoców opuncji figowej. Charakteryzuje się różowym kolorem, słodko-owocowym smakiem (z nutami poziomek, malin, jabłek) i jest popularnym alkoholem – pamiątką do przywiezienia; często podaje się go z lodem. Nasza opinia? Bardzo słodki, mdły, nic ciekawego... Znacznie ciekawszy jest likier Leila – w smaku przypominający niemieckiego Jägermeistera. Produkuje się go głównie z owoców chleba świętojańskiego (karobu) i mieszanki śródziemnomorskich ziół, łącząc je z alkoholem, wodą, cukrem i naturalnymi aromatami. Tworzy to charakterystyczny, ziołowo-słodki smak, który można porównać do ziołowych likierów. Niestety, ciężko go znaleźć w sklepach na Malcie, jednak jest to możliwe. Co ciekawe, na lotnisku w Luqa kosztował 18 euro, podczas gdy w mieście płaciliśmy 20 euro – to rzadka sytuacja, by na terenie lotniska było taniej. Kupiliśmy też kunservę – gęstą pastę pomidorową, którą Maltańczycy smarują chleb, oraz kultowy napój Kinnie.
Czy wypożyczyć samochód? Naszym zdaniem – nie. Malta to jeden wielki korek, a ruch lewostronny i wąskie uliczki potrafią wyprowadzić z równowagi nawet spokojnego kierowcę. Bolt XL i Uber przy grupie 6 osób działają idealnie i wychodzą bardzo tanio. A jeśli na Maltę wybieramy się samemu czy we dwoje, warto zwrócić uwagę na komunikację miejską. Jest tania i dosyć powszechna.
Podsumowując, nasz 4-dniowy wyjazd zamknął się w kwocie bardzo przyzwoitej. To był znakomity czas. Malta zimą ma tę zaletę, że nie ma upałów, które uniemożliwiają zwiedzanie, a turystów jest na tyle mało, że można poczuć ducha tego miejsca. Czy jechać dłużej niż na trzy lub cztery dni? Pewnie nie byłoby co robić, ale na taki intensywny city break – Malta nie ma sobie równych.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze