Reklama

Muzeum Mazowieckie w Płocku. Jak obrazy Bulasa nie stanęły przed sądem. Sztuka na ławie oskarżonych

30/04/2026 12:00

Przy ul. Tumskiej 8, na drugim piętrze kamienicy secesyjnej, znajdziecie pokój dziecięcy rodem z przełomu wieków XIX i XX. Jest tam małe łóżeczko, kolejka, lalki. Ściany pokoju ozdabiają dwie tkaniny pięknie wymalowane w maki i chabry. Autorem malowanych tkanin jest Jan Bulas. To właśnie on stanie się bohaterem naszej kolejnej opowieści.

On, a właściwie sądowa sprawa, w której wziąć miały udział jego dzieła.

Bulas (ur. 1878 w Porębie Wielkiej) był malarzem związanym z krakowskim środowiskiem Młodej Polski. Pochodził z ubogiej rodziny góralskiej. Początkowo przygotowywano go raczej do zawodu praktycznego – miał zostać kupcem. Na szczęście z tej samej miejscowości pochodził Władysław Orkan, wielki pisarz okresu Młodej Polski, który z Bulasem się przyjaźnił i wspierał jego talent. Dzięki niemu Jan trafił do Zakopanego, do Szkoły Przemysłu Drzewnego, gdzie uczył się rzemiosła artystycznego i dekoracyjnego podejścia do formy. Studiował potem w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, m.in. u Floriana Cynka i Stanisława Wyspiańskiego. Tworzył malarstwo, grafikę i dekoracje snycerskie, projektował tkaniny. W jego twórczości szczególne miejsce zajmowały monumentalne, fantazyjnie ujęte motywy roślinne – przede wszystkim przeskalowane kwiaty, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Inspirował się sztuką ludową oraz modernizmem. Sam Wyspiański nazywał jego malarstwo „światem widzianym oczami bąka”. To był komplement.

Reklama

Jan Bulas stał się w marcu 1909 roku bohaterem niepochlebnego artykułu. Feliks „Manggha” Jasieński, kolekcjoner i krytyk, napisał na łamach krakowskiego pisma „Głos Narodu”, że Bulasa cechuje „bezdenna naiwność”, „aberracja”, „brak kultury artystycznej”, „zarozumiałość graniczącą z obłędem” oraz „partactwo”. Zauważał także, że malarz śmie się „uważać za kolegę Matejki i Wyspiańskiego”, podczas gdy „objawia wielkie barbarzyństwo”, a tak w ogóle to „nie zna łaciny”.

Bulas, potomek ubogich górali, ale też odznaczony medalem za wyniki absolwent krakowskiej ASP, uznał, że sprawy tak nie zostawi i pozwał wielkopańskiego Jasieńskiego, a także redaktora „Głosu” Mariana Dąbrowskiego o „obrazę czci”. W ten sposób 14 czerwca 1909 roku w krakowskim sądzie doszło do pierwszego w historii polskiego prawa procesu o wartość artystyczną dzieła sztuki.

Reklama

Powtarzana nawet w naukowych opracowaniach legenda głosi, że do sali rozpraw zniesiono obrazy Bulasa, by te, jako świadkowie, przekonały sąd, że żadna „aberracja” tu nie zachodzi. Piękny byłby to widok. Niestety jednak, jak w 2008 roku w „Palestrze” pisze Marek Sołtysik, pisarz i eseista, przewertował on wszystko, co o procesie napisała na początku wieku krakowska prasa. Śladu po obrazach-świadkach na sali sądowej nie znalazł.

Wyrok tego dnia także nie zapadł. Sąd wezwał strony do zgody, a Bulas stwierdził, że jeśli Jasieński swoje drwiny odwoła i wpłaci odszkodowanie, on oskarżenie wycofa. Ogłoszono przerwę, potem mediacje trwały zapewne w kuluarach. Ostatecznie, za zgodą stron, sprawę umorzono, a ocenę sytuacji i obowiązek rozstrzygnięcia sporu przekazano mającej się w tym celu zawiązać „cywilnej”, artystycznej komisji, w skład której wejść mieli m.in. słynni malarze Józef Mehoffer, Wojciech Weiss i Józef Pankiewicz. Może to oni powołali na świadków obrazy Bulasa?

Reklama

Co było dalej, trudno ustalić. Wybuchła wojna, Bulas zaciągnął się do Legionów Polskich. Doświadczenie to musiało być dla niego zbyt ciężkie, bo jeszcze przed zakończeniem walk znalazł się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kobierzynie, gdzie prawdopodobnie zmarł po kilku latach.

[paywall]

A co z jego „bezdenną naiwnością”? Zapraszamy do muzeum, osądźcie sami, kto miał rację.

I jeszcze ciekawostka o Jasieńskim – Feliks „Manggha” Jasieński był postacią, która w polskim życiu artystycznym przełomu XIX i XX wieku budziła równie silne fascynacje, co kontrowersje. Wykształcony kosmopolita, kolekcjoner i krytyk, poruszał się swobodnie między światem sztuki europejskiej i wschodniej, budując jedną z najważniejszych prywatnych kolekcji w tej części Europy.

Reklama

Jasieński szczególnie cenił japońskie drzeworyty, które poznawał podczas pobytu w Paryżu, gdzie były już popularne wśród artystów i marszandów. Japonia jawiła mu się jako niemal mityczna kraina „cudownej sztuki”, która silnie go fascynowała.

W jego zbiorach ważne miejsce zajmowały właśnie drzeworyty ukiyo-e, a szczególnym podziwem darzył Katsushika Hokusai. Uważał go za wybitnego, niezwykle płodnego artystę i często porównywał do największych mistrzów europejskich, podkreślając jego wyjątkowy talent i znaczenie w historii sztuki.

Reklama

Jasieński w 1091 roku zorganizował w warszawskiej Zachęcie jedną z pierwszych w Polsce wystaw sztuki japońskiej. Stolica nie była jednak zachwycona, uznała japońskie drzeworyty za „obrazki ze skrzynek na herbatę”.

Dlaczego? Bo japońskie drzeworyty ukiyo-e pełniły kiedyś trochę taką rolę dzisiejszych gazet, plakatów albo Instagrama. Były tanie i masowo produkowane, odbijano je z matryc w dużych nakładach, więc mógł je kupić zwykły mieszkaniec miasta.  Pokazywały to, co modne – aktorów teatru kabuki, piękne kobiety, sceny z życia, podróże, krajobrazy. Trochę jak współczesne magazyny lifestyle’owe. Szybko reagowały na trendy, nowe serie pojawiały się regularnie, więc ludzie kolekcjonowali je jak dziś numery czasopism. Nie były traktowane jako „wysoka sztuka” – japońskie elity bardziej ceniły malarstwo i kaligrafię, a drzeworyt był czymś popularnym, codziennym.

Reklama

Jasieński po swej wystawie obraził się na stolicę, zebrał manatki i wyjechał do Krakowa. Swe zbiory – liczyły one około 15 tysięcy obiektów, w tym obrazy, grafikę, sztukę azjatycką, pasy polskie, tkaniny, meble oraz bogatą bibliotekę – przekazał ostatecznie właśnie temu miastu. Dziś stanowią one część zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, część depozytu w Muzeum Manggha.

Dobrze, że trwał przy swoim. Mógł mylić się co do Bulasa, ale miał całkowitą rację, jeśli chodzi o japońskie drzeworyty. W swym kraju może i były „obrazkami ze skrzynek na herbatę”, kiedy jednak trafiły do Europy, zachwyciły artystów i okazały się jednymi z najbardziej wpływowych dzieł w historii sztuki – inspirowały impresjonistów i takich artystów jak Vincent van Gogh czy Claude Monet. Dziś są uznawane za pełnoprawne arcydzieła.

Reklama

A mówimy o nich aż tyle, ponieważ… je także można oglądać w Muzeum Mazowieckim w Płocku! A konkretnie w Spichlerzu, dziale etnograficznym MMP, przy ul. Kazimierza Wielkiego 11 b. na wystawie „Sztuka Dalekiego Wschodu”. Znajdziecie je w komodzie z szufladkami. Wypatrujcie szczególnie tego najsłynniejszego i najpiękniejszego, zwanego „Mona Lisą sztuki japońskiej” drzeworytu „Wielka fala w Kanagawie” autorstwa tak cenionego przez Jasieńskiego Hokusaia.

 

Fot. Muzeum Mazowieckie w Płocku, Sylwia Pogodzińska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/04/2026 12:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości