Reklama

Jak można zostać sławnym autorem kryminałów?

12/12/2013 08:23
Kapadocję zostawiliśmy z żalem, że nie mamy jeszcze jednego dnia na zwiedzanie, ale gdy chce się zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc, trzeba się samemu dyscyplinować i ruszać dalej. Na tym polega dramat podróży objazdowych albo – szczęście. Nie zdążymy się znudzić, bo gdy „tutaj” zobaczymy już wszystko, co chcielibyśmy obejrzeć, po prostu jedziemy „tam”.
Wieczorem odnieśliśmy bagaże na dworzec autobusowy w Göreme, wciskając je za krzesełka w biurze przewoźnika, z którym podróżowaliśmy dalej, pewni, że nic nie zginie. Ponieważ mieliśmy sporo czasu do odjazdu, poszliśmy jeszcze raz na spacer po miasteczku. Jak to bywa w małych miejscowościach na pierwszym zakręcie wpadliśmy na... Conchę, lekarkę bez granic, która szła do hammamu sprawdzić ceny, bo nazajutrz, ostatniego dnia swojego pobytu w Turcji, planowała masaż i kąpiele. Postanowiliśmy jej towarzyszyć. Rzeczywiście ceny były niższe niż w Stambule, a „zabiegi” bardzo zróżnicowane. Znowu zaczęliśmy żałować, że opuszczamy Kapadocję. Pożegnaliśmy się, życząc wszystkiego najlepszego i obiecując przysłanie zdjęć z „zielonego szlaku”. Obietnicy dotrzymałam – co tydzień dosyłam jej kolejne fotografie.

Morderstwo w zaułku

Przed dalszą podróżą należało zrobić zapasy. Kupujemy bakalie i chleb w poznanym wcześniej sklepie. Wczoraj sprzedawała w nim młoda muzułmanka z malutkim dzieckiem na kolanach. Tym razem zastąpił ją mąż. Biorąc chleb z półki, czułam, że jest nieco „wczorajszy”, ale innego nie było. Zaniosłam go do kasy razem z torebką pysznych orzeszków w polewie miodowo-sezamowej. Sprzedawca spojrzał na mnie i powiedział, że chleb nie jest dobry, bo jest nieświeży i nie warto go kupować. Po czym napisał coś na karteczce i mi wręczył: „Pójdziecie tam, pokażecie papier i powiecie, że ja was przysłałem”. Po angielsku wytłumaczył, że miejsce znajduje się na następnej ulicy. Tak oto rozpoczął się epizod kryminalny naszej wyprawy, z którego Mary Westmacott, czyli Agatha Christie – najbardziej znana pisarka goszcząca w Istambule, zrobiłaby na pewno wspaniałą powieść. Tylko kto miałby być tym padającym na początku trupem, którego mordercę ścigałby detektyw Poiret?
Zaintrygowani ruszyliśmy za wskazówkami, po drodze dywagując na temat: czy dał nam adres piekarni czy wysłał nas do jakiegoś sąsiedniego sklepu? A może wpadniemy w „czarną dziurę”, z której się nie wraca? Z zewnątrz budynek wyglądał jak restauracja. „Chleb spod lady – zabawne” – pomyślałam. Weszliśmy. Podając kelnerowi kartkę, czekamy na jego reakcję. „One or two?” (jeden czy dwa?) – zapytał. Odpowiedzieliśmy, że jeden wystarczy, choć do końca nie byliśmy pewni, co dostaniemy. Za pięć minut z pieca wyjechał świeżutki cieplutki chlebek. Zapłaciliśmy i odetchnąwszy z ulgą, schrupaliśmy swoją zdobycz, zanim dotarliśmy na dworzec.
Autobus do Antalyi (50 lir) przyjechał około godziny 23.00. Po nocy w drodze razem z innymi turystami rano znaleźliśmy się nad morzem. Antalya nie była założonym przeze mnie celem podróży, przynajmniej nie tego dnia. Mieliśmy jechać do Antakyi, zobaczyć Grotę św. Piotra – jeden z najstarszych kościołów chrześcijańskich na świecie, wykuty w skale. Korzystając z tego, że w hotelu w Göreme był internet (z dostępem do sieci w Turcji bywa różnie), postanowiłam sprawdzić, jaka odległość dzieli nas od Antakyi i ile kosztuje bilet wstępu. Strona była w języku tureckim, więc prawie nic nie zrozumiałam. Jeszcze raz poprosiłam o pomoc Yilmaza. Przeczytał, ale nie znalazł najważniejszych informacji. Za chwilę wyciągnął telefon i wybrał numer. Nikt nie odpowiedział. Gdy zaczął wstukiwać następny, telefon zadzwonił. Po krótkiej rozmowie z kolegą, który był przewodnikiem okazało się, że w kościele trwa renowacja, która przedłuży się na 2014 rok. Nie było więc po co jechać, tym bardziej że granica turecko-syryjska ostatnio nie jest najbezpieczniejszym miejscem.

W poszukiwaniu spokoju

Rano po raz pierwszy przywitał nas deszcz. Zaspana siedziałam na stacji, czekając, aż będzie godzina siódma. Przeglądałam przewodnik, zastanawiając się, dokąd ruszyć. Zanurzona w deszczu Antalya jakoś nie bardzo mi się podobała. Szybka decyzja: podążamy za spotkanym w autobusie z Göreme studentem z Egiptu, który powiedział, że jedzie do Olympos. „To takie spokojne miejsce, niezatłoczone jak inne tureckie miejscowości nad morzem” – przekonywał. Olympos brzmiał dobrze i tak „mitologicznie”. Spokój też. Więc wsiedliśmy w dolmusz (rodzaj mini busa) i pojechaliśmy do Olympos.
Kierowca wysadził nas gdzieś na autostradzie, przed knajpą mieszczącą się przy punkcie widokowym. Wyjaśnił, że do Olympos, czyli 10 km na dół, dowiezie nas inny busik. Zamówiliśmy herbatę i czekaliśmy, aż zbierze się większa liczba pasażerów. Za pół godziny z tzw. main road (głównej drogi), jak widniało na tablicy umieszczonej za szybą kierowcy, dolmusz ruszył do wioski, osady Olympos? Nie wiadomo było, co to jest, chociaż kierowca pytał, gdzie nas podwieźć. Odpowiedzi, że nie mamy jeszcze noclegu, chyba nie zrozumiał. W takim razie powiedzieliśmy, że chcemy do centrum. Potem okazało się, jak zabawna to była odpowiedź, bo Olympos nie ma centrum. Jadący z nami inni turyści powiedzieli, że możemy spróbować znaleźć nocleg w Bayram’s. Oni tam mieszkają. Wysiedliśmy więc z nimi przed cudnymi, drewnianymi „chatkami na kurzych nóżkach” w otoczeniu pomarańczowego gaju. Był to tak zaskakujący „pensjonat”, że postanowiliśmy zapytać o wolne miejsce. Nasz zamykany na kłódkę, zbity z desek apartament posiadał materac i otwierane okno. Ale na jeden nocleg chyba wystarczy. Wieczorem było zimno, bo deszcz wcale nie chciał przestać padać. Cóż, najlepiej byłoby tutaj latem. Za to kolację i śniadanie dostaliśmy królewskie. Porę wydawania posiłków obwieszczał gong. Zupkę, pilav, czyli ryż z warzywami, do tego różne sałatki – wszystko dobre – zjedliśmy na kolację. Rano przepyszny, świeżutki omlecik z warzywami, czyli menemen, nazywany przeze mnie „eminemem”. Śniadanie zjedliśmy w towarzystwie kumpla z autobusu, sadowiąc się bez butów na poduszkach i rozprawiając o podróżach. Tarek – student architektury z Egiptu zachwalał nam bardzo Egipt i Jordanię. „Gdybyście się wybierali, dajcie znać. Polecę wam najciekawsze miejsca” – obiecał.

Potwór uwięziony w górze

Olympos nie tylko okazał się oazą spokoju dla wspinaczy, hippisów i wszelkiej maści podróżników, gdzie wieczorem można było usiąść przy ognisku, rozkoszując się zapachem dojrzewających pomarańczy, ale także miejscem z przepiękną, choć kamienistą plażą, rodem z egzotycznych pocztówek. Choć cały dzień lało, poszliśmy nad morze, płacąc przy okazji za wstęp na plażę. Za bramkami okazało się, że wzdłuż rzeki wpadającej do morza (miejscami wyschniętej) rozgościły się ruiny starożytnego miasta. W wodzie dostrzegłam kilka niewielkich ciemnych żółwi. Niestety spłoszone schowały się przed obiektywem i nie zostały udokumentowane. Olympos był jednym z miast należących do Związku Licyjskiego, co oznaczało, że jego mieszkańcom powodziło się całkiem dobrze. Licja była niegdyś najważniejszym morskim królestwem starożytnej Anatolii. W 43 r. miasto stało się częścią rzymskiego imperium. Było zamieszkane mniej więcej do XV wieku. Dzisiaj jego pozostałości w dużej mierze pożarła przyroda, ale to, co zostało, z pewnością warto dokładniej obejrzeć. Należałoby się jednak wcześniej zaopatrzyć w porządne buty, bo bieganie w klapkach po kamieniach bywa dość uciążliwe (sprawdziłam).
Szlak dla zwiedzających nie jest zbyt dobrze oznaczony, dlatego po zobaczeniu ruin amfiteatru i błądzeniu razem z innymi piechurami wśród murów (jedynym napotkanym drogowskazem był przyjazny pies, który jednak nie chciał wskazać drogi), przedzierając się przez krzaki, wylądowaliśmy na plaży. Oznaczało to, że udało nam się zobaczyć jedną część miasta. Pozostałości drugiej leżą po prawej stronie rzeki. Najciekawszym zabytkiem Olympos był amfiteatr, który zachował się w bardzo okrojonym stanie. Przyczyniły się do tego trzęsienia ziemi. Jedno nawiedziło całą Licję w 141 roku, potem przyszły kolejne. Amfiteatr pochodzi z I połowy II wieku. Odkryto około 20 rzędów. Dziś siedzi w nich głównie trawa. Mimo wszystko warto się tam zatrzymać choćby na chwilę. Błądzenie wśród starożytnych ruin w końcu nie zdarza się nam często. W Olympos są jeszcze ruiny rzymskich łaźni, domów, nagrobków. Do najbardziej okazałych należy wspaniale zdobiony sarkofag Alkestisa. Po prawej stronie można znaleźć resztki bizantyńskiej bazyliki, gdzieniegdzie natknąć się na fragmenty mozaik. Mnie urzekł prawie pięciometrowy portal do rzymskiej świątyni. Obok niego stoi podstawa pomnika, który został wzniesiony na cześć Marka Aureliusza. Jak wyglądał? Niestety nie wiadomo.
Po spacerze w deszczu plażą, kibicowaniu odważnym turystom, którzy mimo ogromnych fal zdecydowali się wejść do morza, mieliśmy dość kamieni. Piaszczysta droga wiodła wzdłuż sadów z cytrynami i granatami. Na obiad zjedliśmy gözleme – rodzaj placków czy naleśników z dowolnym nadzieniem, na słodko lub na słono. Ciasto zrobiły panie. Ilość nadzienia odmierzył właściciel knajpki. Wszystko zostało pysznie zapieczone. To się nazywa „wyrób świeży”!
Będąc w Olympos lub w miejscowości Çýrali można pokusić się o wyprawę do Chimery. Nam niestety się nie udało. Lejący cały dzień deszcz spowodował, że tego wieczoru żaden pensjonat nie zorganizował wycieczki na górę Olympos. Dlaczego warto się tam wspiąć? Żeby zobaczyć wydobywające się z niej ognie. Zjawisko ma oczywiście naukowe wyjaśnienie. – Ogień wydobywa się ze szczelin skalnych, w których jest metan. Gaz w kontakcie z powietrzem zapala się, co wygląda, jakby góra „ziała ogniem” – powiedział Janez. Ja wolę to bardziej poetyckie – o pokonanej przez Bellerofonta, uwięzionej w górze, mitologicznej Chimerze, którą na nieszczęście mieszkańców sprowadził tam król Licji. Do zwycięstwa nad potworem przyczynił się skrzydlaty Pegaz. Ognie Chimery najlepiej oglądać nocą.
Tekst i fot. Marta Szatkowska-Kunavar
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości