Rozmowa z organistką Susi Ferfoglią, gościem Międzynarodowego Festiwalu Płockie Koncerty Organowe
Za nami koncert z niezwykłym, rzadko słyszanym w Płocku repertuarem. Jak ocenia Pani organy bazyliki katedralnej? Płockie organy są unikatowym instrumentem romantycznym, posiadającym dużą wartość historyczną i warto je odrestaurować. Wiele rzeczy nie działa w nich tak, jak powinno i dlatego gra na nim wymaga od organisty dużo wyobraźni i elastyczności. Trudność wynika przede wszystkim z tego, że jest trochę „opóźniony”. Jest to instrument niemiecki Sauera i najlepiej brzmi na nim muzyka okresu romantyzmu. Posiada również kilka głosów językowych czyli takich, które są typowe dla muzyki francuskiej.
Oprócz klasycznego Beethovena zagrała Pani bardzo nowoczesne utwory francuskie.
Wybierając repertuar do Płocka, kierowałam się okresem liturgicznym. Wybrałam coś, co słuchaczom, mam nadzieję, pomogło przeżywać okres Wielkiego Postu. Mój repertuar był odwrotnie do instrumentu – nie niemiecki, ale francuski. W pierwszym utworze – Widzeniu kościoła wiecznego Oliviera Messiaena kompozytor wyraził wieczność kościoła, Nowej Jerozolimy, której nikt nie może zburzyć. Potem Janez Kunavar zaśpiewał 6 pieśni Beethovena, a ja mu zaakompaniowałam. W środku były dwie stacje Drogi Krzyżowej XX-wiecznego kompozytora Marcela Dupré. Cały utwór ma ciekawą historię. Został skomponowany do słów Paula Claudela, który napisał Drogę Krzyżową. Na koncercie Dupré improwizował do tekstu. Jego muzyka bardzo się spodobała i postanowił ją zapisać. To było w latach 60. Koncert zakończyłam kompozycją niewidomego kompozytora francuskiego Louisa Vierna, organisty kościoła Notre-Damme w Paryżu. Pomyślałam, że po takim trudnym programie pokutnym i wielkopostnym pozostawię nadzieję – dźwięk dzwonów kojarzących się ze zmartwychwstaniem słychać w Carillion de Westminster.
Gdy myślimy o muzykach grających na organach, wyobrażamy sobie dużego, silnego mężczyznę. Jak to się stało, że drobnej postury kobieta wybrała organy, które wymagają dużej siły?
Muszę najpierw sprostować stereotyp: organy nie wymagają dużo siły! Albo może: dobre organy nie wymagają dużo siły, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy można zastosować wiele różnych sposobów, żeby „ułatwić” sobie życie. W Niemczech w czasach baroku, gdy zaczęto budować instrumenty z wielką liczbą głosów (registrów) i z więcej niż jednym manuałem (klawiaturą), rzeczywiście włączenie ich wymagało od wykonawcy większej siły. W późniejszych wiekach wymyślono tzw. dźwignię Barckera – czyli system wspomagający, dzięki któremu łatwiej się gra na mechanicznych instrumentach o większej liczbie głosów i przy połączeniach. Grę na organach wybrałam trochę przypadkowo. U siebie, w Trieście, skończyłam konserwatorium muzyczne w klasie fortepianu. Organy poznałam dopiero, kiedy przyjechałam do Polski, kiedy usłyszałam je w kościele. I muszę powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Jak Włoszka czuje się w Krakowie?
W Krakowie odnalazłam się bardzo dobrze. Tu skończyłam studia z zakresu pedagogiki na Akademii Ignatianum i Akademię Muzyczną. Obecnie sama uczę w Międzyuczelnianym Instytucie Muzyki Kościelnej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II oraz Akademii Muzycznej w Krakowie gry na organach. W Archidiecezjalnej Szkole Muzycznej II st., oprócz organów, wykładam historię i praktykę chorału gregoriańskiego. Zajęcia z chorału mam także we Wrocławiu, w Studium Śpiewu Liturgicznego przy dominikanach. Prowadzę różnorodne projekty związane z chorałem gregoriańskim. Badam manuskrypty, kieruję żeńskim zespołem wokalnym Flores Rosarum. Jestem siostrą bezhabitową należącą do Wspólnoty Loyola – mieszkamy i działamy wśród ludzi.
Jaki repertuar wykonuje zespół?
Flores Rosarum zajmuje się wykonywaniem i studiowaniem muzyki średniowiecznej, zwłaszcza chorału gregoriańskiego, od którego wywodzi się cała muzyka europejska. Z zespołem miałyśmy niejednokrotnie okazję śpiewać utwory św. Hildegardy z Bingen z XII wieku, jak również te zawarte w różnych rękopisach średniowiecznej Europy, ze szczególnym uwzględnieniem kultury polskiej. W tym roku systematycznie wykonujemy śpiewy zawarte w graduale króla Jana Olbrachta (r. 1506), który jest przechowywany w Archiwum Kapitulnym na Wawelu. To jeden z najcenniejszych polskich graduałów, trzytomowy, pięknie ozdobiony. Z zespołem zaczęłyśmy również duży projekt „Muzyka w klasztorach żeńskich w czasach średniowiecznych na terenie Małopolski”, który potrwa kilka lat i powinien się skończyć licznymi koncertami i nagraniami. Projekt ma na celu również przygotowanie monografii muzyki przechowywanej w tychże klasztorach.
Na czym polega niezwykłość graduału króla Olbrachta? Można tam znaleźć melodie, które powstały w Polsce dla potrzeb liturgii wawelskiej. Graduały średniowieczne zwykle zawierają melodie z innych ośrodków europejskich, ten też, ale tu wyróżniają się „naleciałości rodzime”. Jest dużo pieśni powstałych np. dla uczczenia lokalnego świętego i na specjalne uroczystości. To jest bardzo ciekawe i cenne.
Jako solistka grająca na koncertach, kierownik zespołu wokalnego i badacz zajmuje się Pani muzyką od chorału gregoriańskiego aż po współczesne kompozycje francuskie. Skąd tak szerokie zainteresowania?
Wbrew pozorom muzyka średniowieczna i muzyka współczesna są ze sobą bardzo powiązane. Może nie na pierwszy rzut oka, ale im bardziej badam muzykę średniowieczną, tym bardziej podoba mi się muzyka współczesna. Średniowiecze ze swoją surowością, ascetyzmem bardzo pasuje do współczesnego brzmienia typu Dupré, Messiaen czy Duruflé również z tego względu, że kompozytorzy francuscy wzorowali się na chorale gregoriańskim. Była taka moda we Francji, kiedy doszło do odrodzenia się chorału gregoriańskiego na przełomie XIX/XX wieku. Kompozytorzy brali motywy chorałowe jako cantus firmi – czyli melodię podstawową i na tej bazie pisali utwór. Dlatego współczesne kompozycje francuskie i średniowieczna muzyka tak bardzo dobrze współgrają. Lena Szatkowska fot. m.a.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze