I oto w niespełna dwa kwadranse pośrodku rynny znowu uderzenie. Seria targnięć szczytówką wędziska. Ten jest bardziej porywczy, wydaje się też nieco większy. Teraz, trzymając się dna, rusza do przodu. Jestem strasznie spięty, bardzo chciałbym wyholować tę rybę. Tymczasem pstrąg trochę jakby osłabł. Zatrzymał się, ale zaraz znowu targa szczytówką i schodzi w dół, z nurtem. Teraz jednak już bez większego trudu hamuję jego zapędy i podciągam go pod brzeg. Jest tuż, tuż. Jeszcze się miota, jeszcze próbuje odskoczyć, ale nie na wiele się to zdaje. Już wiem, że to jego koniec, już czuję smak zwycięstwa, a także euforię podwójnego sukcesu – zimowego popradzkiego pstrągowego duetu. Szkoda tylko, że Jacek gdzieś polazł i akurat teraz nie ma go tutaj, że nie może być świadkiem tych wydarzeń, że nie mogę spojrzeć mu w oczy, zobaczyć w nich odbicie mojego triumfu… Ten jest rzeczywiście większy, dobrze ponad trzydzieści centymetrów. Piękny, ciemny, prawie czarny, samiec, z lekko jeszcze zaznaczającym się w żuchwie hakiem godowym. Masywny, zgrabny, proporcjonalnie sumklejący ku silnej, szerokiej płetwie ogonowej. Przed nią, nieco wyżej, malutka, zabawna, pełna uroku krągła płetewka – znak przynależności do rybiej arystokracji, szlachetnego rodu łososiowatych. Na całym ciele trochę kropek – czarnych i czerwonych. W przewadze liczebnej te czarne, podczas gdy te drugie, ostro kontrastujące z nimi i resztą ciała, przyozdobione dodatkowo białymi obwódkami – skąpo rozsiane wzdłuż linii bocznej, biegną idealnie środkiem ciała. Teraz zaczyna mi się palić grunt pod nogami.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze