Reklama

Z wokandy. Rozbierana randka

11/05/2022 08:00

Każde miejsce jest dobre dla zawarcia znajomości, jakkolwiek niektórzy rozróżniają jeszcze miejsca lepsze i najlepsze. Oni poznali się po prostu na przystanku autobusowym. Jak to zwykle bywa, padło tradycyjnie zdanie o pogodzie, o czymś tam jeszcze i została nawiązana rozmowa. On nieśmiało zaproponował lampkę wina, a ponieważ był człowiekiem praktycznym (wiadomo, w lokalach kultura obsługi niska, ceny słone, alkohol „chrzczony”) miał butelkę przy sobie. Lampa też się znalazła w pobliżu.

Po pierwszej lampce przeszli na drugą lampę, a ponieważ trzeciej lampy nie było – wiadomo, oszczędność energii obowiązuje – więc po drugiej lampce przeszli już tylko na „ty”. Wtedy właśnie skończyło się wino, a zaczynał powrót do szarej rzeczywistości. Nic zatem dziwnego, że on zaproponował, aby coś jeszcze wypić, a druga strona podchwyciła pomysł i przejęła przy tym zdecydowaną inicjatywę. Sugestia była taka, aby poniechać jakichkolwiek imprez plenerowych, tudzież wizyt w lokalach użyteczności publicznej, a udać się od razu do domu, gdzie siedząc wygodnie w fotelach można sączyć wódeczkę, wesoło gawędząc. Teodor W. kupił tę propozycję nie pozwalając sobie dwa razy powtarzać. Godzi się jednak wyraźnie już w tym miejscu zaznaczyć (a w co nie wątpił później choćby przez chwilę ani prokurator, ani sąd), że Teodorowi W. nie przyszły do głowy żadne zdrożne myśli. Miał zwyczajnie chęć jeszcze się napić. Domowe pielesze nie stały zaś z tym w sprzeczności. Raczej wprost przeciwnie. Z kolei przejęcie inicjatywy przez drugą stronę nie wróżyło jeszcze niczego złego.
Dom rzeczywiście był okazały. Teodor W. rozsiadł się wygodnie w fotelu, a druga strona przystąpiła do przyrządzania kolacji. Po kilku minutach stół stał zastawiony, barek otworzony i rozpoczął się poczęstunek. Gość zgodnie z dobrą tradycją pił po całym kieliszku i suto zakąszał, a duga strona ledwie moczyła usta, subtelnie racząc podniebienie małymi porcjami potraw.
Po pierwszej półlitrówce pojawiła się druga, a czas biegł nieubłagalnie. Tym sposobem Teodor W. przegapił ostatni autobus do domu. Trochę się zmartwił tym faktem, jednak uspokoiła go propozycja noclegu. W innej sytuacji na pewno zdecydowanie by odmówił, ale teraz z uwagi na bardzo późną porę i szum w głowie, spowodowany wypitym alkoholem, nie oponował. A kiedy już zobaczył pościel, poczuł się naprawdę śpiący. Zdjął ubranie i pozostając tylko w spodenkach chyżo wskoczył do łóżka. Oczywiście w tym momencie, by nie czuł się skrępowany, pozostawał w pokoju sam. Nie zdążył jednak zmrużyć oka, gdy powróciła druga strona. Teodor W. otworzył ze zdziwienia usta. Stała przed nim całkowicie naga postać.
Od tego momentu przebieg zdarzeń nie jest relacjonowany jednolicie przez obie strony. Również przypadkowi przechodnie, widząc pędzącego ulicą o północy nagiego mężczyznę – w jednej skarpetce i z ubraniem pod pachą – podzielili się na dwa obozy. Pierwsi uważali, że to nieszczęśnik, który pomylił bal naturystów z balem hodowców kanarków, a drudzy upierali się, że do któregoś z pobliskich domów musiał o jeden dzień wcześniej wrócić mąż z delegacji.
Teodor W. twierdzi, że wraz z nagością bodźce zewnętrzne zaczęły docierać do jego trzech zmysłów – oczu, uszu i kieszeni. Propozycję oddania się – pozbawionej wstydu, skrupułów i ograniczeń – miłości ilustrował załącznik, a mianowicie kwota 50 tys. zł, która pojawiła się na stole. Próbował wyskoczyć z łóżka, ale właśnie w tym momencie przestały istnieć jego spodenki, a cudza nagość przytłoczyła go w sensie dosłownym. Przez krótki czas pozbawiony możliwości manewru podjął jednak zdecydowaną obronę. Wówczas to został ugryziony boleśnie w palec. Jeżeli komukolwiek nasunęły się tutaj bardzo śmiałe podejrzenia, aby rozwiać wątpliwości wyjaśniam, że chodzi o palec wskazujący prawej ręki. Natomiast ugryzienie, o którym niektórzy pomyśleli, nastąpiło dopiero kilka sekund potem i spowodowało, że Teodor W. wzbił się aż pod sufit, wyjąc niczym stepowy kojot. W trzeciej fazie – to znaczy, kiedy naturalną już siłą ciążenia opadł z powietrza na pościel – stwierdził, że ma odgryzany nos. Nie tyle już ból, co dźwięk chrupiącej w zębach przegrody nosowej wyzwolił u napastowanego dopływ energii. Dzięki temu udało mu się uwolnić i wybiec na ulicę. Zdołał nawet chwycić część swojej odzieży. Biegł z prędkością rasowego sprintera i uporem długodystansowca. Zatrzymał się dopiero za granicami administracyjnymi miasta.
Żądam ukarania osoby winnej usiłowania zgwałcenia mnie w jej mieszkaniu – napisał we wniosku skierowanym do organów ścigania Teodor W.
Druga strona nie przyznała się do winy. Stwierdziła, że faktycznie wśliznęła się do łóżka, w którym pozostawał jej gość, ale bynajmniej bez złych zamiarów. Nagość wynikała wyłącznie z potrzeb właściwiej higieny spoczynku nocnego. Tymczasem właśnie Teodor W. zaczął adorować tę nagość przy pomocy zmysłu… Dopiero to właśnie wyzwoliło w drugiej stronie reakcję wzajemną, czemu w zaistniałej sytuacji trudno było zapobiec.
Sąd nie uwierzył tym zapewnieniom i po dokładnym zbadaniu sprawy skazał Marię… Tak, skazał Andrzeja Marię C. (pracującego, rozwiedzionego, dotychczas nie karanego) za usiłowanie zgwałcenia Teodora W. na 2 lata pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem.

Reklama

JUREK-K
(imiona i nazwiska zostały zmienione)
Nr 10 (872), 5 marca 1989 r.

Więcej archiwalnych tekstów z roku 1989
w Tygodniku Płockim

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości