Na ławie oskarżonych siedzi niepozorny człowiek. Oczy nijakie, wyblakłe, wydaje się, jakby ich wcale w twarzy nie było. Siedzi spokojnie, prawie nieobecnie, jak gdyby nie rozumiał gdzie i po co się tutaj znajduje. Obok niego dwaj milicjanci – konwój.

Człowiekowi temu postawiono chyba najcięższy zarzut – zbrodni, za którą Kodeks Karny przewiduje karę pozbawienia wolności na okres nie krótszy od lat ośmiu, albo karę śmierci.
Akt oskarżenia zarzuca mu, że zamierzał zabić swoją żonę i w tym celu zadał jej kilka ciosów nożem kuchennym w brzuch. Skutkiem tych ciosów było wielokrotne poprzecinanie jelit. Według opinii lekarza – chirurga, który operował ofiarę, zadane rany bezwzględnie zagrażały jej życiu i tylko natychmiastowa operacja chirurgiczna pozwoliła to życie uratować. Gdyby nie to, chora zmarłaby wskutek wykrwawienia i zapalenia otrzewnej.
Jan i Feliksa Witczakowie pobrali się w 1956 roku. On – spawacz, nieźle zarabiał, ona zajmowała się chałupniczo szyciem spodni i ta praca dawała jej również niezgorsze zarobki. Dochowali się dwóch synów, z których jeden jest już samodzielny – pracuje, drugi uczęszcza do szkoły podstawowej. Obaj mieszkają razem z rodzicami.
Około dziesięciu lat wstecz przed dniem krytycznym pomiędzy małżeństwem zaczęły powstawać niesnaski, na tle zazdrości Witczaka o żonę, którą podejrzewał o zdradę. W pewnym okresie Witczak, jako dobry fachowiec, był oddelegowany do pracy poza granicami kraju. Nie było go w domu przez parę miesięcy. Gdy wrócił, niesnaski nasiliły się. Witczakowie wymyślali sobie, nawet bili się, a później…
Godzili się, a lekiem na wzajemne urazy i obrażenia cielesne była wódka. Ale znowu wracały pretensje, znowu powtarzały się i nasilały awantury. Witczak, prócz podejrzeń dotyczących niewierności małżeńskiej, zarzucał żonie, że zaniedbuje swoje obowiązki domowe, nie przyrządza posiłków, zdarza się także, że nie zastaje żony w domu, gdy wraca z pracy. Trzeba tu powiedzieć, że bardzo często wracał nietrzeźwy. Zresztą, gwoli prawdy, oboje Witczakowie nie stronili od kieliszka. Podsycane działaniem alkoholu awantury przybierały na sile. Stroną agresywną był on, choć zdarzało się, jak np. na kilka dni przed popełnieniem przez Witczaka zbrodni, że żona, broniąc się uderzyła go świecznikiem. W obronie matki stawał niejednokrotnie starszy syn.
W przeddzień kryzysu, Witczak, gdy wrócił przed wieczorem, nie zastał żony w domu. Syn nie wiedział, dokąd matka poszła. Szukał jej u koleżanek, jednak nigdzie tam, gdzie się spodziewał, nie znalazł. Nie wróciła również na noc.
W krytycznym dniu o szóstej rano, Witczak zaczął szukać od nowa. Zwolnił się w tym celu z pracy. Poszukiwania były bezskuteczne. Wrócił do domu – żona już była. Wytłumaczyła się, że bawiła u koleżanki poza miejscem zamieszkania, u niej wypiły wódkę i nie mogła wrócić, gdyż odszedł ostatni autobus, a była zbyt podchmielona, by wracać na piechotę.
Zaproponował wypicie wódki – na zgodę. Wypili po 50 gramów i resztę odstawili do lodówki. Ale przyszła znajoma i przyniosła pół litra. Wypili razem. Było mało, więc sięgnęli do lodówki i wypili resztę z napoczętej butelki.
Witczak czuł się już mocno pijany. Wziął nóż i poszedł do kuchni, aby przygotować coś do zjedzenia. Zaraz za nim weszła do kuchni żona…
Nie wie, jak to się stało… Trzymanym w ręku nożem ugodził żonę w brzuch. Kilkakrotnie. Gdy zobaczył, że leje się krew, pobiegł na drugą stronę ulicy do lekarza po pomoc.
W dochodzeniu Witczak zeznał, że nie miał zamiaru zabicia żony. Nie umie powiedzieć, jak to się stało. Od jakiegoś półtora roku nie miał już podejrzeń, że żona go zdradza. Bardzo swego czynu żałuje. Oboje z żoną wpadli w nałóg alkoholowy i to było przede wszystkim źródłem wszystkich awantur, jakie w domu miały miejsce.
Obaj synowie zeznali w dochodzeniu, że awantury wywoływał z reguły ojciec. Bywał pijany nieraz przez cały tydzień. Bił matkę. Łamał krzesła, tłukł szyby. Kiedyś, gdy młodszy syn był na koloniach, chciał ugodził jego starszego brata nożem. W ogóle stale chwytał za nóż i groził nim, a gdy nie miał noża pod ręką, wyciągał z kieszeni scyzoryk i z otwartym ostrzem obnosił się po domu.
Witczak nie był dotychczas karany przez sąd, natomiast aż czterokrotnie przez Kolegium do Spraw Wykroczeń, za publiczne awantury wywoływane po pijanemu. Również za pijaństwo był w zakładzie pracy ukarany dyscyplinarnie pozbawieniem funkcji brygadzisty.
Sąd Wojewódzki w Płocku na sesji wyjazdowej w Kutnie wnikliwie i wszechstronnie rozpatrzył tę sprawę. Wzięto pod uwagę, że nawet przy obopólnym alkoholizmie, inicjatorem awantur i gróźb był Jan Witczak, że jest on w pełni poczytalny i odpowiedzialny za swoje czyny, że tylko interwencja lekarzy pozwoliła nieszczęsnej kobiecie uniknąć śmierci. Sąd skazał oskarżonego na karę dziesięciu lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest jeszcze prawomocny.
Wł. Szcześniak
Nr 3, 18 stycznia 1976 r.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze