Jest mi niezmiernie miło, że obecna Redakcja „Tygodnika Płockiego” nie zapomniała o starej gwardii dziennikarskiej, która współtworzyła tę cieszącą się niezmiennie poparciem Czytelników i zawsze poczytną gazetą.

Jubileusz 30-lecia każdego pisma, a cóż dopiero tak bliskiemu memu sercu Tygodnika, jest wyjątkową okazją do złożenia najserdeczniejszych życzeń szczęścia i pomyślności kierownictwu Redakcji, całemu zespołowi dziennikarskiemu, współpracownikom, sympatykom i Szanownym Czytelnikom, bez których poparcia „Tygodnik Płocki” nie odniósłby tak znaczących sukcesów.
Pamiętam, jak 30 lat temu samorząd Płockiej Petrochemii długo debatował, zanim zdecydował nieznaczną większością głosów o powołaniu nowego tytułu prasowego, ogólnomiejskiej gazety „Tygodnik Płocki”, stawiając jeden warunek, że gazeta zakładowa „Petro-Echo” będzie nadal ukazywała się jako 4-stronicowa wkładka, oczywiście finansowana przez „Petrochemię”.
Był to pomysł ówczesnego dyrektora Warszawskiego Wydawnictwa Prasowego – Stanisława Błotnickiego. Zależało mu bowiem na tym, aby nowo powołane pismo było rentowne.
Pamiętam też, z jakim niepokojem wraz z całym zespołem dziennikarskim oczekiwaliśmy na ukazanie się w dniu 7 maja 1972 r. pierwszego numeru, nie ukrywając obaw, czy aby czytelnicy zaaprobują nowy tytuł. I nie zawiedliśmy się – 15-tysięczny nakład rozszedł się bez zwrotów! Odetchnęliśmy z ulgą. Był to niewątpliwy sukces współtwórców i odbiorców, którzy – jak później potwierdziliśmy – towarzyszyli gazecie przez długie 30 lat i nigdy jej nie zdradzili.
Po burzliwych przemianach społeczno-gospodarczych wiele tytułów prasowych przestało istnieć, a „Tygodnik Płocki”, dzięki kolejnym redaktorom naczelnym, zespołom dziennikarskim i zawsze wiernym Czytelnikom, utrzymuje się nadal na bardzo trudnym rynku prasowym. I za to właśnie należą się serdeczne gratulacje tym wszystkim, którzy w niemałym trudzie kontynuują najlepsze tradycje pisma regionalnego. Jego siła oddziaływania na społeczeństwo regionu płockiego jest niekwestionowana!
W moich wspomnieniach jest wiele zdarzeń na styku władza i gazeta oraz gazeta i czytelnicy, które wywoływały gęsią skórkę oraz łzy wzruszenia. Z tych zdarzeń wybieramy tylko dwie.
Ówczesny sekretarz miejskiej organizacji partyjnej Henryk Dyrda otrzymał z sobie wiadomych źródeł dużego formatu, na kredowym papierze kilkustronicowe pismo, wydawane przez rozgłośnię „Wolna Europa”. Na łamach tego pisma publicysta, pan Podgórski, opisał moją działalność redakcyjną, ujawniającą i piętnującą przejawy zła., zakłamanie władz miejskich, krzywdzenie ludzi, rozdętą biurokrację itp. z tą gazetą H. Dyrda jeździł po zakładach pracy, spotykał się z aktywem robotniczym i przekonywał o tym, jak to „Wolna Europa” kłamie. A wówczas była bezpardonowo i totalnie atakowana przez kierownictwo partii i rządu. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że pan Podgórski w zakończeniu artykułu napisał, że władze miejskie skazały mnie na banicję. Ta nieścisłość uratowała mnie przed utratą funkcji naczelnego, gdyż wówczas każda pochwała, udzielana przez tę rozgłośnię, oznaczała utratę stanowiska. Co prawda, na stołku naczelnego pozostałem, ale później banicji nie uniknąłem.
I drugie zdarzenie – ogromny, społeczny rezonans czytelników, dyrektorów firm, prezesów spółdzielni mieszkaniowych, rzemieślników itp. na naszą redakcyjną akcję „Rywalizacja serc”, w wyniku której udało się nam ufundować z pełnym wkładem finansowym książeczki mieszkaniowe dla wielu sierot, a także całkowicie umeblowanych i urządzonych mieszkań. Ta szczodrobliwość wzruszyła nas do łez.
Wacław Sankowski
Nr 19, 7 maja 2002
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze