Kiedy na drodze prowadzącej przez wieś pojawiły się milicyjne radiowozy i Nysa z megafonami, wiedzieli już, że zwyciężył żywioł. Nie było na co czekać, noc mogła rozstrzygnąć o wszystkim. Brali dzieci i tobołki z rzeczami. Szli do szkoły, która dała schronienie niemal wszystkim mieszkańcom Soczewki.

Groźne, złowieszcze komunikaty ponaglały: „Spieszcie się, nie ma na co czekać. Spodziewany jest przybór 10-metrowej fali. Wasze życie w niebezpieczeństwie”.
Wielu myślało wtedy – 10 metrów więcej niż to, co przybrało do tej pory. Chyba koniec.
Ochmańska wzięła od sąsiada lornetkę, wyszła na lód najdalej jak się dało i patrzy. Woda pod gankiem, wyspa prawie cała zalana, ale dom stoi. Dym leci z komina. Tak wychodziła jeszcze wiele razy, ona i kilku przyjaciół Rogańskich – samotnych mieszkańców wyspy.
Trzy miesiące od owej pamiętnej nocy – jedziemy nowo usypanym wałem. Spychacze zgarniają wały piasku. Wszędzie widać ludzi z łopatami. Poprzewracane słupy telegraficzne, przepompownia bez szyb, zniszczone przez lód urządzenia, przerwane kable. Warczy pogłębiarka. Fetor gnijących ryb i niesionej przez rzekę padliny nie odstrasza tylko żerujących stadami rybitw.
Silny wiatr osusza trochę podtopione grunty, ale ogrom zniszczeń znać na każdym kroku. Za przepompownią droga zmienia się w piaszczystą koleinę – dalej można już tylko pieszo.
Za zakrętem zaczynają się pierwsze uprawy wiklinowego pola. Już gdzieniegdzie widać białe bazie. Gałęzie schylone ku ziemi, oklejone mułem, znać, że niedawno wydobyły się spod lodu. Dwa kampingi ściemniały od wilgoci. Widać dokładnie miejsca, na których woda odcisnęła swoje piętno. Jesteśmy na wyspie. Rogańscy zdecydowali się na nią przed pięcioma laty. Spakowali walizki, zostawili swoje „M” w blokach w Starogardzie Gdańskim, biuro, sklep i kawiarnię. Michał – ich pierwszy syn miał wtedy pięć miesięcy, a oni swój własny pomysł na życie.
Co się porobiło – załamuje ręce pani Barbara Ochmańska, pracownica zatrudniona przy wiklinowej plantacji. Odgarnia z trawy przygniecione roślinki, nijak zgrabić skawaloną ziemię, ręce bolą, a prawie nie ma śladu.
Tyle pracy na marne poszło, tyle naszego starania. Studnię już na pewno trzeba będzie zasypać, bo jeszcze nie daj Bóg któreś z dzieci wpadnie. W piwnicy stoi woda, zboże, kartofle, zaprawy, wszystko na nic. W kampingach poniszczone kołdry i tapczany. Czy to się jeszcze nada? Dobrze, że choć pani Kazia na to nie patrzy, może chociaż trochę zdążymy ogarnąć zanim z dzieciakami wróci.
Tuż przy wodzie złamany kilkuletni kasztan, powalone młode lipy, zniszczone przez krę krzewy. Zwisa rozdarta kora, powyginane nienaturalnie gałęzie.
Woda rozerwała dach obory, którą Rogańscy chcieli zamienić na pokoje dla letników. Ściany popękały pod naporem lodu, szyby w oknach domu poszły jak bombardowano zator.
Nie było wtedy dni i nocy spokojnej – mówi Ochmańska – cały czas wypatrywała. O swoich była spokojna, przecież zawsze jakoś zdąży się uciec. Ale oni tam na tej wyspie, dzieciaki małe i starsza pani chora na serce. Koniec świata.
Braliśmy z sąsiadem lornetkę i patrzymy, nikogo na balkonie nie widać, znaczy nie jest źle. Jednego razu wychodzimy jak zwykle z lornetką, a tu huk okropny, myślałam ziemia się obrywa, błysk i nagle ciemności. Wysadziło transformator, a mnie się zdawało, że już nóg nie mam od tego uderzenia.
Chcieliśmy uciekać, ale jeszcze raz sąsiad spojrzał w lornetkę i mówi: ktoś siedzi na oknie w przepompowni. Pomyślałam – na pewno Tyrajski, trzeba ludzi wołać, ratować, bo nie ma żartów. Było wtedy 18 stopni mrozu. Jak go zdejmowali, zupełnie zesztywniał.
Niedawno go spotkała, pytam – panie Tyrajski, jak tam? A on, że palce odmrożone bolą.
Siedziałam w ten okropny czas stale przy oknie, żeby w razie czego pomocy wołać. W pewnej chwili wydało mi się, że śnię. Patrzę, a tu pan kierownik Rogański fiacikiem przez rzekę po lodzie jedzie i jeszcze ręką macha i śmieje się. Ja na lód bałam się dalej krok postąpić, a on samochodem…
W najwyższym punkcie wyspy stoją łodzie studenckiego klubu żeglarskiego. Szczęśliwie nietknięte przez lodowy żywioł. Ocalał też barakowóz, ostatnio mieszkały w nim gęsi Rogańskich, naprędce wymyślili im to schronienie, bo wydawało się bezpieczne. Teraz trzeba posprzątać po przymusowych lokatorach. Grzać wodę, myć, czyścić.
Najgorsze, że ciągle nie ma na wyspie światła. Linia energetyczna, którą sobie po długich staraniach wydeptali, nie istnieje. Betonowe słupy leżą przy wale, złamane jak zapałki.
Nie ma prądu, o świece też dziś nie łatwo, a na domiar wszystkiego stłukło się szkiełko naftowej lampy. Jeździł po nią Rogański do Płocka i Gostynina. W końcu udało mu się ubłagać właściciela prywatnego warsztatu, który zgodził się wypożyczyć tę bezcenną rzecz.
Mija trzeci miesiąc od ruszenia lodów.
- Ósmego stycznia miałem pojechać jak zwykle po wypłatę dla robotników do Aleksandrowa – mówi Piotr Rogański – Nie wierzyłem, że może być tak groźnie.
My na pewno jesteśmy bezpieczni, przecież najpierw musiałoby zalać całe Brwilno, zanim woda wejdzie na wyspę. Najwyżej zniszczy nam ogródek – myślałem. Trudno.
Próbuję przejść przez groblę i nie mogę. Wszędzie mokro. W końcu wsiadłem w łódkę i przeprawiłem się do Soczewki po chleb na wszelki wypadek.
Wracam i widzę, że ludzie, którzy do tej pory bronili wału, schodzą z łopatami, a za nimi powolutku zjeżdża sprzęt. To już koniec – poddali się – uświadomiłem sobie. Nasza ostatnia droga ewakuacji zostanie odcięta. Lód jeszcze za kruchy, by bez obaw można było się po nim przemieszczać na drugą stronę.
Kilka dni wcześniej przyjechał na wyspę sekretarz gminy i ktoś z komitetu przeciwpowodziowego i pytają: Jak się czujecie – potencjalni powodzianie?
To chyba nie do nas – żartowaliśmy. Wyspa była i będzie. Przecież gdyby, to najpierw całe Brwilno. I po co ta cała panika? Tu przecież nigdy… (…)
Kierownictwo przedsiębiorstwa, do którego należą plantacje wikliny, zaproponowało rodzinie Rogańskich pobyt w sanatorium „Gracja” w Ciechocinku. Pani Rogańska z dziećmi i matka jest tam do dziś, choć bardzo chce już wracać.
Mąż na wyspie, jeszcze bez światła, ale na swoim. Trzeba przygotować dom i zabrać, co się da z namokniętych pól. Zostały nie wykoszone hektary wikliny na Popłacinie i te na wyspie. Strat będzie w tym roku wiele, ale przecież nikt ich nie chciał, nikt nie przewidział.
W kuchni buzuje czajnik z wrzątkiem, za chwilę będzie herbata. W piecu pali się bez przerwy już trzeci dzień, żeby osuszyć nasiąknięte wilgocią ściany.
Na meblach widać ślady niszczycielskiego jej działania. Sterczy poodklejany fornir, wypaczone drzwi nie dają się domknąć. Pęknięte okna zabezpieczone paskami papieru. Trzeba będzie suszyć posadzki, zrywać mokre płyty, zakładać podłogi. A przede wszystkim wietrzyć.
Ale dom przetrwał.
Nieraz w tych trudnych chwilach, przyznaje Piotr Rogański – wydawało się nam, że może łatwiej spakować walizki i wyjechać. Ale przecież świadomie wybraliśmy tę wyspę, wybraliśmy na dobre i na złe, nawet jeśli woda, nasz codzienny towarzysz, czasami wygania nas z własnego domu.
EWA GRINBERG
Nr 8 (215), 11 kwietnia 1982 r.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze