Tego roku nie miałem ochoty zaczynać nowego sezonu wędkarskiego jak zwykle – na którejś z wiodących trociowo-łososiowych pomorskich rzek. Od pewnego czasu, z roku na rok, coraz gorzej znoszę te tłumne noworoczne zjazdy wędkarzy. Chcąc uniknąć takiego wręcz rytualnego – gwarnego i szumnego – otwarcia sezonu, pomyślałem o legendarnej łososiowej Drawie. Wprawdzie lata jej świetności dawno już minęły, a łososi i troci wędrownych obecnie dociera do tej rzeki niewiele i złowienie którejś z tych wspaniałych ryb jest w dużym stopniu loterią, to jednak doznania, klimaty, dzikie urzekające leśne pustkowia, jak również charakter i specyfika rzeki oraz gwarancja niemal absolutnej samotności to bezcenne atuty Drawy, coraz rzadziej towarzyszące w dzisiejszych czasach wędkarskim poczynaniom. Poza tym, przecieranie co roku tych samych ścieżek nad Regą, Parsętą, Radwią, Wieprzą czy Słupią, zaczynało mnie coraz bardziej nużyć. Marzyły mi się nowe, porywające wyprawy w nieznane, czy chociażby powroty na dawno nieodwiedzane łowiska, a Drawa spełniała właśnie te kryteria.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze