Po orzeczeniu Trybunału o niekonstytucyjności części ustawy „naprawczej” wojna o Trybunał Konstytucyjny wybuchła z nową siłą. Już nie tylko przeciwnicy, ale wielu wyborców PiS-u czuje się zniesmaczonych postawą swojej partii w tej kwestii. Jest wielce niezrozumiałe, dlaczego, mając taką przewagę w parlamencie i szansę na realizowanie pozytywnych reform, PiS wdał się w wyniszczającą wojnę, w której słuszność nie stoi po jego stronie. W tej pełnej niesmaczności sytuacji trudno nawet dyskutować o proponowanych, tak długo oczekiwanych, zmianach w systemie oświaty, ponieważ tracą one sens wobec tej żenującej wojny z Trybunałem. Ale wielu ludzi potraciło rozum i murem stoi za PiS-em, choć żądanie w ustawie dopuszczenia do orzekania trzech absolutnie nieprawidłowo wybranych sędziów do Trybunału przez nowy parlament i zaprzysiężonych przez Prezydenta Dudę jest śmieszne i z punktu widzenia logiki, prawa i kultury politycznej niedopuszczalne. Zamiast budowania mamy w dalszym ciągu dzielenie i plemienną walkę.
W tej sprawie zawodzi Prezydent Duda, doktor prawa, jak się z dumą podkreśla w jego prezentacjach, doktor, od którego poczynań odciął się już nie tylko Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale nawet rodzina jego własnej żony. Jego nauczyciele akademiccy i najbliżsi dostrzegają absurdalność postępowania Głowy Państwa w tej sprawie, a nie chcą tego widzieć rzesze zauroczonych jego osobą zwolenników, w tym duchownych i hierarchów, którym, jak się okazuje, łamanie prawa przez urzędującego, ale „swojego” Prezydenta absolutnie nie przeszkadza. Całkiem niedawno z okazji rocznego jubileuszu objęcia urzędu prawicowe media, mimo afery z Trybunałem, w której Prezydent występuje w jednej z głównych ról, nie kryły zachwytu, jaki jest wspaniały, szczery, prawy i uczciwy. Niestety w tej żenującej i zawstydzającej sprawie Prezydent nie użył dotąd żadnej ze swoich cnót, zgodził się na wspólnictwo w zbrodni niszczenia władzy sądowniczej przez władzę wykonawczą, niepomny na to, że w zdrowej demokracji jest między tymi władzami niezbędna rozsądna równowaga i poczynania władzy, także proces ustawodawczy, muszą podlegać osądowi instancji do tego uprawnionej.
Rzesze zaślepionych, a może kupionych „pięćsetką”, zwolenników PiS-u nie chcą dostrzec tego haniebnego podkopywania fundamentów prawnych tak kruchego ładu społecznego. Bo jeśli nie na praworządności chcemy go zbudować, to na czym? Na samowoli wodza, herszta, führera, prezesa, jednej partii, czy kogo tam jeszcze, ale zawsze tego, kto ma siłę, a w demokracji przewagę liczebną? To jest grząski grunt, na którym nie ostoi się żadna budowla. Wymowne jest w tej sprawie milczenie Kościoła. Uchylanie się od napomnienia kreatorów tej haniebnej wojny z praworządnością odbiera mu ostatnią szansę, by zajął w społeczeństwie stanowisko jako autorytet i czyni go jeszcze jednym „wspólnikiem zbrodni” w tej głupiej, z góry skazanej na przegraną, wojnie. Z nauk papieża Franciszka, jak widać, nie chce korzystać nikt, ani władza, ani Kościół, ani rzesze, także młodych. Można go witać, oklaskiwać, pokazywać w oknie, czule pożegnać i zapomnieć o nim. Tak skutkuje przewaga emocji nad myśleniem. Wszystko idzie po staremu.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze