Miałem już łososia na wędce dobry kwadrans, a on zdawał się mieć niespożytą energię i siły. Wzbudzał więc we mnie coraz większy podziw i szacunek, ale też zaczynał coraz bardziej irytować. Trwający już dość długo hol ryby zdawał się nie przynosić żadnych rezultatów, ponieważ łosoś ani myślał skapitulować. A walka z nim wkroczyła w dość schematyczną, monotonną i męczącą fazę. Łosoś stał się wprawdzie już mniej porywczy, ale wciąż dysponował dużą mocą, którą bardzo umiejętnie wykorzystywał. Toteż coraz częściej czułem się bezradny. Nie miałem bowiem dostatecznie mocnego sprzętu, aby mu się przeciwstawić w bardziej zdecydowany sposób, a także w znacznie większym stopniu wpływać na bieg wydarzeń. Coraz bardziej też zaczynały mnie niepokoić obolałe i lekko drętwiejące już nogi, dotkliwie uciskane przez mocno zaciśnięte na butach korzenie. Nie mniej dokuczliwe stawały się uciskające boleśnie ramiona paski coraz bardziej ciążącego plecaka. Pomyślałem, że spróbuję go jakoś zdjąć. Wtedy właśnie poczułem czyjąś obecność.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze