Zwykle ostatni tydzień maja i pierwszy czerwca staram się wykorzystać na linową zasiadkę. Jest to bowiem czas, kiedy te piękne i ostrożne ryby zaczynają intensywnie żerować. Ponadto majowo-czerwcowa zasiadka nad wodą w urzekającej wiosennej scenerii, o wschodzie lub zachodzie słońca, przy wieczornym akompaniamencie słowików i powietrzu przepojonym aromatycznymi zapachami wiosny oraz ciągnącym od wody specyficznym zapachem iłu i mułu, ma w sobie swoisty, niepowtarzalny, fascynujący urok. W takiej atmosferze po prostu wystarczy być nad wodą, spoglądać na spławik i zachwycać się pięknem przyrody. Na linową zasiadkę wybieram zamulone, szybko nagrzewające się, przybrzeżne wypłycenia jezior, stawów i starorzeczy. Najlepszym miejscem do wędkowania jest granica trzcin i roślinności zanurzonej. Jednak zanim zacznę łowić, najpierw wybieram się nad wodę bez wędek i wyszukuję dwa – trzy odpowiednie do wędkowania miejsca. Następnie nęcę je przez kilka dni wczesnymi rankami i wieczorami. Używając do tego celu przeważnie rozdrobnionych gotowanych ziemniaków i pociętych na kawałki czerwonych robaków i rosówek. Oczywiście można stosować również gotowe już, specjalne linowe zanęty dostępne w sklepach wędkarskich. Po czym każde zanęcone miejsce testuję i wybieram to najlepsze, w którym mogę spodziewać się pojawienia dużych linów i zaliczenia kilku brań w czasie jednej zasiadki. Lin jest silnym wojownikiem i niełatwo daje za wygraną.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze