Wysłuchałem debaty w Muzeum Mazowieckim między Pawłem Lisickim (redaktorem naczelnym „Do Rzeczy”) i księdzem Andrzejem Kobylińskim (wykładowcą WSD w Płocku i UKSW w Warszawie). Dyskutantów dobrano trafnie, bo ksiądz profesor reprezentuje tak zwany „Kościół otwarty”, a redaktor Lisicki wiadomo… Toteż często mieliśmy do czynienia z różnicą zdań, a to jest jakby warunek dobrej debaty. Temat również na czasie. „Europa – Ateizm – Islam. Pytania o przyszłość”. Właśnie, przyszłość… W dyskusji nie wiało optymizmem. Europa zateizowana, ogarnięta kryzysem demograficznym. I ten napór muzułmanów! Tak się już oswoiliśmy z tymi zagrożeniami, że właściwie nie wywołują żadnej poważniejszej refleksji. Im dłużej przysłuchiwałem się debacie, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że coś jest nie tak. Zacznijmy od końca. Islam parł na zachód od wieków. My jako „przedmurze” wiemy to najlepiej. Ale to parcie to były wielkie armie chanów tatarskich czy tureckich sułtanów. Było się czego bać! Tymczasem dziś trzęsiemy portkami przed jakimś Ahmedem czy innym Abdulem, obwieszonym kilkoma kilogramami trotylu… Co innego gdyby na Europę runęła półmilionowa armia turecka, świetnie wyposażona i wyćwiczona! Ale na razie żadne państwo (z tak zwanym Państwem Islamskim włącznie) do takiej inwazji w imię Allaha się nie przymierza.
A demografia? Już kiedyś pisałem na ten temat. Co z tego, że za ileś lat będzie nas mniej? Przecież nie jest tak, że im ludniejszy kraj, tym silniejsza gospodarka (podawałem przykład Holandii – PKB większy od naszego, a mieszkańców niemal trzykrotnie mniej). Ani tak, że armia liczniejsza zawsze pokona mniej liczną. Zatem nie martwi mnie to, że Europa się nie rozmnaża, ale to, że gospodarki krajów unijnych praktycznie drepczą w miejscu (procent w tą, procent w tamtą…). Oraz to, że Bundeswehra dysponuje, jak podały niedawno media, czterema śmigłowcami zdolnymi do lotu! A i na te cztery dotknięta skrajnym pacyfizmem młodzież niemiecka patrzy z obrzydzeniem…
Podsumowując, wyznawcy proroka nie zdominują nas gospodarczo, bo oprócz płodzenia dzieci musieliby się jeszcze wziąć do solidnej roboty, a taką determinację u nich trudno sobie wyobrazić. Groźne jest to, że oni już odkryli tę prawdę, że nie w liczbie siła. Że do sterroryzowania Europejczyków wystarczy grupa desperatów, którzy co jakiś czas przetrzebią nieco szeregi niewiernych małą eksplozją. Jak z tym walczyć? To jest właśnie kluczowe pytanie. Autor trafnej odpowiedzi zasłuży niewątpliwie na miano zbawcy Europy…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze