Po dwudziestu latach do naszego pięknego kraju zawitała futbolowa Liga Mistrzów. Na stołecznym stadionie wielka feta. Komplet publiczności, ciekawe akcje, sześć goli, co na naszych stadionach zdarza się nieczęsto, kibice też zadbali o godną oprawę widowiska tak, że mówi i pisze o nim cały świat… Czego chcieć więcej? Jesteśmy w Europie!
A teraz wariant „B”, dla malkontentów... Goli było mnóstwo, ciekawych akcji również, ale pokazali je wyłącznie goście. Mistrz Polski wyglądał na ich tle jak… Nie bardzo wiem co napisać. Po wyczynach Islandczyków na Euro każde porównanie wydaje się mocno ryzykowne. Można tylko rzec: Panowie, to nie ta liga! Zagrali bowiem tak, jak grają w naszej „Ekstraklasie” (cudzysłów zamierzony). A że Borussia to nie Bruk – Bet Termalica Nieciecza, to wyszło tak, jak wyszło… W dodatku „kibice” (cudzysłów zamierzony) obecnego mistrza kraju są niereformowalni, a „działacze” (j. w.) niewyuczalni. Szkocka lekcja widać nie wystarczy. Trzeba rozegrać jakiś mecz albo i dwa przy pustych trybunach, wtedy może… W każdym razie jak ktoś nam mówi, że „jesteśmy w Europie”, to trzeba go dopytać, co tak konkretnie ma na myśli?
Obejrzałem „Smoleńsk” i zastanawiam się, jaki cel postawili sobie autorzy przedsięwzięcia? Poruszyć? Zdemaskować? Pomieszanie dwóch gatunków, fabuły i dokumentu, nie ułatwia odpowiedzi na to pytanie. A jeśli już jakaś się nasuwa, to taka, że żaden z nich nie został osiągnięty. Wstawki dokumentalne nie zawierają jednego choćby ujęcia, które nie było wcześniej znane i tym samym rzucało nowe światło na sprawę. A rozterki dziennikarki stacji telewizyjnej, w domyśle TVN, która początkowo akceptuje bezkrytycznie obowiązującą w tym środowisku „narrację”, by pod koniec filmu przyjąć postawę przeciwną, to słaby pomysł na scenariusz filmu fabularnego w ogóle, a filmu o wydarzeniach tak dramatycznych i tak obudowanych emocjami…
Nie jestem specjalistą, ale jako widz kinowy wolałbym obejrzeć film fabularny. Dokumenty mogę spokojnie oglądać w domu, w telewizji albo na komputerze. Nie potrzebuję wielkiego ekranu i całej tej kinowej otoczki. I jeszcze jedno: scenariusz filmu fabularnego, jeśli nawet nawiązuje do realnych zdarzeń, nie podlega ograniczeniom właściwym dla dokumentu. Można było zbudować naprawdę intrygującą historię na kanwie tej katastrofy. A sam wypadek pokazać na przykład wariantowo, „plagiatując” Kieślowskiego. Wszak póki co tak do końca nie wiemy, jak było…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze