Nie pamiętam (cóż, czas robi swoje) kiedy ostatnio nasi sportowcy zafundowali swoim fanom taką dawkę emocji, jak ostatnio koszykarze i siatkarki. Po części wynika to z natury tych dyscyplin. Jeśli w ciągu czterech sekund można, jak mawiał futbolowy trener tysiąclecia, mecz przegrać, wygrać lub zremisować, czyli doprowadzić do dogrywki… Wprawdzie ten sam trener jest autorem innego powiedzenia – dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe, ale nie oszukujmy się, dwóch goli w futboliści w takim czasie strzelić nie są w stanie. Na dodatek o zakończeniu meczu w koszykówce decyduje zegar, nie sędzia… Dyskretny urok siatkówki polega na tym, że zwycięzcą jest zespół, który wygra ostatnią piłkę. Wcześniej – patrz sentencja numer jeden. Można przegrywać zero do dwóch w setach i zero do dwudziestu czterech w secie trzecim i wygrać mecz. Teoretycznie, rzecz jasna… Ale i w praktyce zdarzają się niezłe horrory. U pań zwłaszcza. Kobieta zmienną jest! Kto oglądał ostatni (piszę to przed półfinałem) mecz naszych pań, ten nigdy już nie zwątpi w głęboką słuszność tej ludowej mądrości. Co set, to jakby zespoły zamieniły się koszulkami. Po zdecydowanym zwycięstwie równie wysoka porażka. Dobrze, że w „tajbreku” to nasze los (bo trudno to inaczej wytłumaczyć) wskazał jako triumfatorki. A i tak najedliśmy się strachu obserwując, jak wcześniej wypracowana wysoka przewaga topnieje w oczach…
C óż, zespół klasowy w tej dyscyplinie tym się różni od dobrego, że takie „tajbreki” oraz sety „na przewagi” wygrywa. A ten drugi zazwyczaj przegrywa „po heroicznej walce”. Najwybitniejszy w naszej historii trener siatkówki, który jako jedyny wygrał mistrzostwo świata i złoto olimpijskie mawiał, że o klasie gracza świadczy nie to, co potrafi pokazać na początku pierwszego seta, ale to, co jest w stanie zrobić w końcówce piątego! Na granicy wyczerpania, w ekstremalnym stresie… Nasi siatkarze to „coś” mają, panie jak widać też się uczą!
Ina koniec (kolejność nieprzypadkowa) wypada wspomnieć o futbolistach. Reprezentacja wraca do gry. I… Cóż, niezależnie od tego, co nam panowie zafundują w najbliższym czasie, emocji takich jak wyżej nie będzie. Nie ta stawka, nie ten poziom! Najbardziej zagorzały kibic nie jest w stanie uwierzyć, że w tym wypadku eliminacje to nie cel sam w sobie. A to za mało, by się popisami naszych emocjonować. Zwłaszcza dla kibiców w moim wieku, którym dane było żyć w czasach, kiedy polscy piłkarze nie jeździli na mistrzostwa świata po to, żeby grać „o honor”, ale walczyć o medale. I co najważniejsze, te medale zdobywali…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze