Reklama

W harmonii z sobą

12/12/2013 08:47
– Jeśli za trzy dni mam do zaśpiewania koncert, nie pójdę na basen, nie stoję w przeciągu, nie jem ciężkostrawnych rzeczy, bo oddychamy całym ciałem i trzeba troszkę uważać na dietę. Ale szaliki noszę tylko z upodobania. Jak najmniej egzaltacji – to jest najlepsze dbanie o głos. Z Jolantą Tyszkiewicz – sopranistką, pedagogiem Wydziału Wokalnego Państwowej Szkoły Muzycznej I i II st. im. Karola Szymanowskiego w Płocku rozmawia Lena Szatkowska.

Czy muzyka operowa jest popularna?
– Myślę, że tak jak inne wymagające gatunki sztuki, musi zabiegać o publiczność, ale nadal wiele osób chodzi do opery. Mnie bardzo cieszy, że tak dużo małych środowisk samorządowych potrzebuje opery, recitali i muzyki klasycznej. Na scenach polskich jest ogromna różnorodność. Szkoda, że takie ośrodki, jak Opera Kameralna w Warszawie z powodu budżetu będą miały zdecydowanie mniejszą możliwość, żeby wysyłać swoich solistów za granicę – solistów, którzy wracają potem na wyższym poziomie.
Od zawsze marzyła pani o śpiewie?
– Bardzo chciałam śpiewać, choć nie spodziewałam się, że aż tyle pracy śpiewak musi włożyć w kształtowanie swojego instrumentu, by móc potem realizować się w śpiewie artystycznym. Jako studentka chłonęłam wiedzę, chciałam zdobyć jak najwięcej doświadczeń, ale też zawsze pytałam siebie, czy to, co robię, jest do końca w zgodzie ze mną. Świadomość, że cytując Marię Callas – „mam głos na całe życie” – powodowała, że niełatwo godziłam się na tanie i krótkotrwałe efekty większej mocy, siły głosu. Dla mnie zawsze najcenniejsze było śpiewać swoim naturalnym głosem. Stąd moja miłość do techniki belcanto. Spotkałam w kraju i za granicą wiele wybitnych osób, jedną z nich i bardzo wyjątkową był Jerzy Artysz, które potwierdzały, że iść w zgodzie ze sobą, z rozwojem fizjologicznego głosu i nadać mu naturalny tor wyzwalania najbardziej się opłaca i jest najbardziej zdrowe dla śpiewaków.
Belcanto, czyli piękny śpiew…
– Belcanto to sztuka śpiewu, która nie polega na forsowaniu głosu, ale na wyzwalaniu. Czym innym jest wydobywanie dźwięku, czym innym jego tworzenie. Małe niuanse powodują, że otrzymujemy zupełnie inny rodzaj estetyki brzmienia dźwięku i percypowania tego dźwięku. Jest delikatniejszy i z tego powodu można śpiewać od dołu do góry bez żadnych problemów.
Jak wspomina pani swój debiut?
– Mam szczęście, bo jako bardzo pozytywne i satysfakcjonujące doświadczenie. To była partia Krasnonosej w Wyrywaczu serc (1997) – przedstawieniu wyreżyserowanym przez Mariusza Trelińskiego w Operze Narodowej. Obok możliwości pracy z wybitnymi osobowościami artystycznymi mogłam cieszyć się przeżywaniem wspólnego sukcesu. Przyjaciele i znajomi po spektaklu pukali do mojej pierwszej w życiu garderoby, aby złożyć gratulacje. To było bardzo miłe.
Które partie chciałaby pani zaśpiewać? Jaką literaturę, nie tylko związaną z muzyką, lubi?
– Ukształtowała mnie fascynacja geniuszem Mozarta, nie tylko w zakresie jego wybitnej twórczości operowej. Partie, które obecnie mnie interesują, pochodzą z genialnych oper Giacomo Pucciniego. Bardzo chciałabym zrealizować partię Mimi w Cyganerii i Liu w Turandot – operze rozgrywającej się w egzotycznym pejzażu dawnych Chin, która chyba najbardziej podbiła moje serce. Lubię czytać autobiografie artystów muzyków nie tylko z zakresu wokalistyki. Jedna z nich utkwiła mi wyjątkowo w pamięci, jest to Mój pamiętnik Janiny Korolewicz-Waydowej (Wrocław 1958), do którego ciągle powracam i polecam swoim uczniom. Ta niezwykła artystka poświęciła swoje życie muzyce w wielu aspektach, nie tylko jako śpiewaczka. Z wyjątkową serdecznością i szacunkiem wyrażała się o ludziach, zarządzała z sukcesami instytucjami artystycznymi. Skuteczność w działaniu na rzecz muzyki zawdzięczała swojej ogromnej pracy i głębokiej, autentycznej pasji.
W tajniki śpiewu klasycznego wprowadza pani uczniów Wydziału Wokalnego płockiej szkoły muzycznej. Kiedy można zacząć naukę śpiewu?
– Przychodzą do nas nastolatki, które bardzo chciałyby uczyć się śpiewu, czasami nawet za wcześnie. Głos jest żywym instrumentem, uwarunkowanym fizjologicznie i w związku z tym podlega ograniczeniom. Dziewczęta profesjonalnie mogą uczyć się śpiewu od 16. roku życia, a chłopcy – w wieku około 17–18, zależy, kiedy skończy się mutacja. Żeby zostać przyjętym, trzeba zdać egzamin. Nie ma wymogu ukończenia przedtem szkoły muzycznej. Niektórzy mają kontakt z jakimś instrumentem, inni nie.
Zdarza się też tak, że przychodzą, zaczynamy realizować konkretny materiał, a z entuzjazmem bywa różnie. Wiele osób chciałoby się uczyć śpiewu, ale nie każdy może, nie każdy ma predyspozycje.
Jak wyglądają przesłuchania kandydatów?
– Na egzaminach badamy słuch muzyczny, poczucie rytmu, wyobraźnię muzyczną. Sprawdzamy, jak młody człowiek słyszy dźwięki. Powtórzyć dźwięk to trochę za mało.  Dźwięki trzeba umieć oddzielić, porównać, zestawić, wyodrębnić jeden z kilku innych. Potem mamy przyjemność uczyć się o bogactwach harmonicznych. Prosimy też o przygotowanie fragmentu prozy lub wiersza, żeby zbadać możliwość rozwijania umiejętności interpretacyjnych. Mamy w Płocku dwie klasy śpiewu. Część uczniów dojeżdża z Płońska i Drobina. Na szczęście w filii w Płońsku mogą realizować przedmioty teoretyczne, a do Płocka przyjeżdżają na zajęcia ze śpiewu dwa razy w tygodniu. Z drugą grupą pracuje Izabela Denst-Szydłowska.
Co państwo odpowiadają na pytanie, dlaczego się nie dostałem?
– Zdarza się bardzo rzadko, żeby po egzaminie ktoś przyszedł i zapytał, dlaczego mu się nie udało. Na całym świecie jest to bardzo popularne i normalne, że idzie się do komisji zapytać, czego mi brakowało, nad czym muszę popracować, co poprawić. U nas jeszcze nie. Kandydaci, którzy odpadli, często próbują znowu za rok. Wielu się udaje.
Lubi pani uczyć innych? Jest pani wymagająca czy ciągle pani chwali?
– W klasie mam 11 uczniów, w tym jednego mężczyznę. Uwielbiam, gdy uczniowie mnie inspirują, czasem zdarzają się niespodzianki. Nigdy nie można być niczego pewnym do końca w ocenianiu specyfiki głosu śpiewaczego, trzeba być przygotowanym na zmiany. Kiedyś na przykład trafił mi się tenor-baryton, jak Placido Domingo. Domingo rozpoczynał swoją karierę jako baryton. Dopiero gdy już zaśpiewał wszystkie partie barytonowe, skończył dyrygenturę i masę innych rzeczy, okazało się, że jest stworzony do tego, żeby śpiewać tenorem i zaczął śpiewać partie dla tenora. Czy jestem wymagającym pedagogiem? Pewnie tak, ale cały czas pamiętam, że muszę się zmierzyć z naturalnym instrumentem głosu śpiewaczego ucznia. Głos jest tak nierozerwalnie związany z psychiką, że być wymagającym nauczycielem, a nie wprowadzać dużych napięć jest szalenie trudno. Wymaga to poznania uczniów. Trzeba wiedzieć, na co sobie można pozwolić.
Młodzi wokaliści marzą o szybkich karierach telewizyjnych, o dostaniu się do programów typu „Must be the music”?
Z jednej strony każdy jest zafascynowany natychmiastową popularnością, ale z drugiej – widzi chwilowość tych zdarzeń. Dużo tam stresu, krytyki, z którą młody człowiek niepotrzebnie zostaje na całe życie. Takich programów i tak będzie przybywało. Swoich uczniów łagodnie wprowadzam w świat opery. Niektórzy nie mieli żadnego kontaktu z jakimkolwiek ośrodkiem krzewienia kultury artystycznej, dlatego jeździmy na spektakle do Warszawy. Niedawno w operze kameralnej słuchali Cosi fan tutte Mozarta. Chodzi o to, żeby mieli okazję usłyszeć np. pieśń wokalną w wykonaniu artystycznym, co rzadko się zdarza, a dla nich jest konieczne. Na szczęście technika umożliwia teraz monitoring tego, co się dzieje na scenach światowych. Są transmisje na żywo premier z Metropolitan Opera z najlepszymi wykonawcami. Bardzo cieszy, że wśród czołówki światowej są soliści polscy, jak Piotr Beczała czy Mariusz Kwiecień.
Czy uczniowie kontynuują naukę na akademiach?
– Dwóch moich uczniów studiuje na akademiach muzycznych. Koncertują, biorą udział w życiu artystycznym. Często wracają do Płocka, odwiedzają mnie. „Pani profesor, niech pani mi udzieli błogosławieństwa na drugi rok” – proszą. Nie jest tak łatwo przejść akademię muzyczną. Każdy śpiewak bardzo osobiście odbiera wszystko na swój temat, jest bardzo wrażliwy, przejmuje się czasem za bardzo. Akademia daje możliwość kontaktowania się z dużą rzeszą specjalistów zajmujących się śpiewem solowym. Będąc studentką, już brałam udział w przedstawieniach operowych, ponieważ zbieranie doświadczenia na scenie jest konieczne. Studia kształtują dojrzałą sylwetkę artysty śpiewaka.
Jak pani dba o głos? Mówi pani półszeptem, nosi szaliki, chusty?
– Naturalnie, swobodnie i normalnie. Oczywiście, jeśli za trzy dni mam do zaśpiewania koncert, nie pójdę na basen, nie stoję w przeciągu, nie jem ciężkostrawnych rzeczy, bo oddychamy całym ciałem i trzeba troszkę uważać na dietę. Ale szaliki noszę tylko z upodobania. Jak najmniej egzaltacji – to jest najlepsze dbanie o głos. Trzeba iść w zgodzie z naturalnymi warunkami, to się najlepiej broni i wtedy też możemy pokazać, co mamy najlepszego.
Jakie rady dotyczące zawodu dałaby pani młodym adeptom sztuki wokalnej?
– Zadbać o rzetelne przygotowanie swojego warsztatu artystycznego nie tylko w oparciu o techniczną stronę udoskonalania instrumentu, ale przede wszystkim – nieustanne wzbogacanie swojej wyobraźni muzycznej poprzez literaturę. Zawód artysty śpiewaka to ciągła nauka, dlatego od początku trzeba wyrabiać w sobie gotowość do podejmowania nowych wyzwań. Plusów i minusów tego zawodu jest wiele. Trzeba zacząć od prawidłowej artykulacji, prawidłowego mówienia, bo śpiew to przedłużenie mowy. Szkoda, że tego nie uczą ani gimnazja, ani licea. Poprawna artykulacja to baza do prawidłowej emisji głosu.
Pani syn też odziedziczył talent wokalny?
– Syn z całą pewnością ma talent muzyczny. Pięknie gra na gitarze, z wyjątkowym wyczuciem frazy muzycznej. Ma już nawet wiele sukcesów na tym polu. Jednak, czy zechce być profesjonalnym muzykiem to sprawa przyszłości i jego decyzja. Kto chce zawodowo zajmować się muzyką, musi z wielu rzeczy zrezygnować, podzielić czas na dwie szkoły. Ja tak robiłam, będąc uczennicą Małachowianki i szkoły muzycznej. Wychodziłam z domu o 7 rano, a wracałam po 21. Śpiewu uczył wtedy prof. Józef Śledzicki. Ponadto występowałam z zespołem Vox Clamantis i współpracowałam z Krzysztofem Kralką, który aranżował wiele utworów dla zespołu. Na akademii muzycznej uczyłam się u prof. Szostak-Radkowej i prof. Jerzego Artysza. Nigdy nie zerwałam kontaktów z Płockiem. Jako studentka zaśpiewałam kilka recitali, m.in. w Muzeum Mazowieckim. Obecnie można mnie usłyszeć w różnych miejscach. Na co dzień z przyjemnością uczę śpiewu młodych, utalentowanych ludzi.
fot. (m.a.)
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości