Płocczanin Mariusz Majewski został oskarżony o szpiegostwo i sabotaż w Demokratycznej Republice Konga tylko dlatego, że był Polakiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i w złym czasie. Dziś mówi o powrocie z piekła. – Wtedy wydawało mi się, że nie będę w stanie tego przetrwać – opowiada.
Mariusz Majewski odwiedził 195 krajów świata. I co z tego, skoro w Demokratycznej Republice Konga nikt nie uwierzył, że jest tylko podróżnikiem. W 2024 r. Płocczanin został zatrzymany i osadzony w więzieniu, z którego następnie został przewieziony do kolejnego, w którym oczekiwał na wyrok – karę śmierci za rzekome szpiegostwo i sabotaż. Orzeczono dożywocie i wypłatę 10 milionów dolarów. Nagłośnienie sprawy przez media i podjęte zabiegi dyplomatyczne pomogły Majewskiemu po trzech miesiącach wyjść na wolność. Tę niebywałą historię, którą nagłaśniały m.in. BBC, Reuters czy The Guardian, Majewski opisał dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie. Książka „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu” trafiła do sprzedaży 22 kwietnia. Nam również udało się porozmawiać z Płocczaninem, który przetrwał koszmar.
Karolina Burzyńska: Czy wszystkie te przeżycia nadal w panu buzują?
Mariusz Majewski: Z powodu koszmarów nocnych najtrudniejszy był pierwszy okres po powrocie. Ciężko było uciec od flashbacków. Nie chciałem o tym wszystkim rozmawiać, zmagałem się z zespołem stresu pourazowego. Na powstanie książki zdecydowałem się dopiero rok temu, kiedy poczułem się lepiej. Ale jak dotąd w całości przeczytałem ją tylko raz. I nie sądzę, abym chciał przeczytać ją ponownie, nie chcę aż tak szczegółowo wracać do tych wspomnień.
Czytelnik strona po stronie zagłębia się w opisy więziennych warunków, w momenty z przystawioną kolbą karabinu. Czyta i nie dowierza, że tego typu miejsca wciąż istnieją.
W tym pierwszym więzieniu tytułowe piekło polegało na cierpieniu fizycznym i psychicznym, na odizolowaniu. Porcje jedzenia miały wystarczyć tylko do podtrzymania życia. Siedzieliśmy w nagrzewającym się od słońca blaszanym areszcie. Trudno było oddychać, dręczyło pragnienie. Na zewnątrz grubo ponad 40 stopni, a my dostawaliśmy pół litra wody na dwa dni. Zabrano mi leki. Bez nich czułem się coraz gorzej, kręciłem się wokół negatywnych myśli. W końcu zacząłem unikać współosadzonych, zaszywałem się w kącie i nie chciałem z niego wychodzić.
Pana sytuacja przypominała tę z „Procesu” Kafki. Człowiek zostaje oskarżony i nie ma pojęcia za co. Dopiero dzięki innym więźniom zaczyna pan zdawać sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
Mój przyjazd zbiegł się w czasie z wizytą Andrzeja Dudy w Rwandzie. Przyczyną zatrzymania stały się słowa, które wypowiedział prezydent, a które w DRK zostały odebrane jako udzielenie wsparcia Rwandzie. Oba te państwa od lat prowadzą ze sobą wojnę. Z początku myślałem, że doszło do pomyłki, pomylono Poland np. z Holland. Ale kiedy usłyszałem imię i nazwisko naszego prezydenta, byłem totalnie zaskoczony. W Polsce wizyta Andrzeja Dudy w Rwandzie przeszła bez większego echa, natomiast w DRK nastały antypolskie nastroje, palono polskie flagi. I na moje nieszczęście w momencie przylotu nie byłem tego świadomy. Od początku stałem się więźniem politycznym. Akurat w lutym przywrócono tam karę śmierci. Nie miałem żadnych szans, ale wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Chciałem wierzyć, że ktoś mnie wysłucha. Okłamywałem sam siebie tylko po to, aby mieć nadzieję na powrót do domu. Nawet w trakcie procesu myślałem, że przecież na to zarzucane szpiegostwo nie ma żadnych dowodów.
Jaki jest pana stosunek do tamtych słów Andrzeja Dudy: „Wspieramy Ukrainę i będziemy ją wspierali. Jeżeli Rwanda będzie w niebezpieczeństwie, także będziemy Rwandzie nieść wsparcie”, potem było jeszcze o nadziei na rozwijanie współpracy przemysłów obronnych.
Dziś uważam, że jako głowa państwa, jako dyplomata, do tamtej wizyty w lutym 2024 r. Andrzej Duda nie był do końca przygotowany. Nie powinien tamtych słów powiedzieć, chociaż nie wierzę w jego złe intencje. Bez nich w razie zatrzymania sprawa skończyłaby się na powrocie do Kinszasy. Już po powrocie redakcje cytowały głównie fragment mojej wypowiedzi o tym, że prezydent zgotował mi piekło. Za to przepadły słowa o tym, że jestem wdzięczny Andrzejowi Dudzie za wykonanie telefonu do prezydenta DRK. Dzięki temu żyję. I nie mam do niego żalu. Nawet trochę żałuję tamtej nazbyt emocjonalnej wypowiedzi po powrocie.
[paywall]
Dla mnie jest to trochę niezrozumiałe, że doświadczony podróżnik przyznaje się do braku zainteresowania polityką zagraniczną i lekkiego traktowania ostrzegawczych komunikatów Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Byłem w wielu miejscach, gdzie toczyły się działania wojenne: w Afganistanie, Iraku, Somalii, południowym Sudanie, Syrii. W przypadku wyjazdu do DRK przyznaję, że zgubiła mnie rutyna. Wielokrotnie o przyjeździe do konkretnego państwa przekonywałem się, że komunikaty Ministerstwa Spraw Zagranicznych okazywały się formułowane trochę na wyrost, nie było aż tak niebezpiecznie. Do tej pory, aby wizyta przebiegła spokojnie, wystarczał mi zdrowy rozsądek. W DRK nie zamierzałem pchać się na linię frontu. A tu nagle, w ciągu jednego dnia, Polska stała się wrogiem Republiki Konga. Do zostania wrogiem wystarczył polski paszport.
Mając do wyboru tyle miejsc na świecie, pan postawił na Kongo…
Podróże są moją pasją od 30 lat. Kiedy już postawiłem swoją stopę we wszystkich krajach świata, pomyślałem sobie „no dobra, to już koniec, będę powracał do tych miejsc, które lubię”. Potem stwierdziłem, że można podzielić świat na jeszcze mniejsze destynacje. Przykładowo takie Stany Zjednoczone są podzielone na 51 stanów, DRK na 12 prowincji. Wcześniej dwukrotnie byłem w Kongo, ale tylko w dwóch prowincjach. Do zaliczenia zostało 10. Turystycznie nie jest to szczególnie ciekawy kraj, ale natura jest piękna. Na wschodzie żyją goryle.
W DRK tłumaczenie o podróży zostało odebrane jako „uwłaczające inteligencji”, bo jak to, biały człowiek, który nie jest pracownikiem organizacji humanitarnej, misjonarzem albo handlarzem, zapuszcza się w taki rejon świata.
Nie ma tam rozwiniętej turystyki. Nie mogli pojąć, że ktoś przemierzył tysiące kilometrów, wydał pieniądze tylko po to, aby zobaczyć Kongo.
Zdumiewające bywają zachowania wojskowych, z którymi dzielił pan więzienną przestrzeń. Wydawałoby się, że jako aresztanci będą występowali przeciwko systemowi, który wtrącił ich do koszmarnego miejsca, gdzie śpi się na podłodze, karaluchy łażą po ścianach, a za toaletę służy dziura w ziemi. Tymczasem z książki wynika, że było przeciwnie.
Do końca nie wiedziałem, jak to jest, czy oni nie lubią tego systemu, tylko nie powiedzą tego na głos. Mimo że przebywali w więzieniu, byli podejrzewani o zdradę, nikt nie powiedział złego słowa ani na swojego prezydenta, ani na ten system. Byli dumni z faktu bycia żołnierzem i wierzyli, że udowodnią swoją niewinność. To ja czasem nie gryzłem się w język, ale szybko zorientowałem się, że nikt nie wchodzi w takie narzekanie.
Co było najgorsze?
Chociaż było tam bardzo niebezpiecznie i bardzo się bałem, najgorszy nie był lęk i strach przed śmiercią. Przez te pierwsze kilka tygodni najbardziej męczyła myśl, czy moja rodzina wie, że żyję, a później – czy ich jeszcze zobaczę. Nie chciałem tak odchodzić. Czułem, że są sprawy, które powinienem naprawić. Przed wyjazdem z Polski nawet się nie pożegnałem. Moja partnerka Mariola miała bardzo duży problem, aby mnie namierzyć. Terytorium DRK jest kilkukrotnie większe od obszaru Polski. Nie ma systemów umożliwiających sprawdzenie, czy przebywam w którymś ze szpitali, albo, co gorsza, w kostnicy. W dodatku władze zaprzeczały, że przekroczyłem ich granicę. Dopiero linie lotnicze potwierdziły, że byłem na pokładzie ich samolotu.
Miewał pan kryzysy, myśli o popełnieniu samobójstwa…
Wtedy wydawało mi się, że nie będę w stanie tego przetrwać. Nie widziałem szansy na to, że w mojej sprawie coś się wreszcie ruszy. Później zacząłem się modlić, czego wcześniej nie robiłem. Nagle w tym odchodzeniu od zmysłów, przy racjach, które w żaden sposób nie zabijały poczucia głodu, postanowiłem nie jeść. Oni w tym więzieniu chyba rzeczywiście przestraszyli się, że umrę. I pozbyli się mnie stamtąd.
W perfidny sposób – poprzez oszustwo. Ostatecznie zostaje pan osadzony w centralnym więzieniu Makala. A tu już ciężko uniknąć skojarzenia z gettem albo obozem koncentracyjnym w trakcie II wojny światowej.
Organizacje humanitarne przedstawiają to więzienie jako jedno z najgorszych na świecie. Zostało wybudowane na 1500 więźniów, a faktycznie jest ich dziesięciokrotne więcej. Do momentu przybycia Francuza, jakieś dwa, trzy tygodnie przed moim wyjściem, w tym więzieniu byłem jedynym białym człowiekiem. Tak naprawdę to przepełniona umieralnia. Ludzie umierają tu z powodu chorób, głodu, pobić i morderstw. Z mojej obserwacji wynika, że średnio umiera tam pięć osób dziennie, według Amnesty International – 15. Wielokrotnie widziałem wywożenie zwłok. Oczywiście Kongo nie chce przyznać się do tych niewygodnych statystyk. Ludzie wyglądają tam jak cienie. Mają ogromne, wytrzeszczone oczy. W zasadzie patrzysz i widzisz martwego człowieka, który jakimś cudem jeszcze oddycha. Ten widok trudno opisać. Będąc jeszcze w DRK, wielokrotnie zastanawiałem się, czy po wyjściu na wolność zostanie we mnie znieczulica. Teraz patrzę na to jak na tragedię ludzi, którzy nadal w tym więzieniu tkwią. Prawdopodobnie większość z nich będzie w nim do końca życia.
Może pan dokończyć zdanie: człowiek człowiekowi w więzieniu…
Nawet w tych nieludzkich warunkach zdarzają się oznaki człowieczeństwa. Ktoś podzieli się z tobą czymś do jedzenia, odrobiną wody… Wie pani, w więzieniu ciężko nazwać kogoś przyjacielem, bo nie powinno się tam nikomu ufać. Ale są też ludzie, którzy wspierają na duchu, pomagają. I może dzięki nim żyję. Większość osadzonych nienawidziła mnie. Nie miałem tam szacunku u współwięźniów, szczególnie w tym drugim więzieniu. Kongo długo byli kolonią belgijską. Chociaż otwarcie tego nie mówią, nienawidzą tam ludzi o białym kolorze skóry. A ja nie dość, że byłem tam jedynym białym, to jeszcze byłem Polakiem. Na szczęście o mojej narodowości wiedzieli głównie ludzie z mojej celi i z bloku.
W pana sprawie zapadł wyrok dożywocia i wpłaty 10 milionów dolarów.
Normalny człowiek przez całe życie nie uzbiera takiej kwoty! Ten wyrok miał być sygnałem dla polskich władz, a ja w tej grze byłem jedynie pionkiem. Nie wiem, czy w wymiarze politycznym była jakaś cena mojego uwolnienia. Nie znam szczegółów rozmowy prezydentów Polski i DRK. Wiem natomiast, jak ważnym gestem okazał się ten telefon od Andrzeja Dudy do prezydenta DRK Felixa Tshisekedima. Pokazał innym afrykańskim krajom „zobaczcie, dzwoni do nas prezydent europejskiego kraju”. Wciąż nie mam aktu ułaskawienia. Jeśli zostałbym zatrzymany na lotnisku w jakimś państwie, które ma zawartą umowę z DRK, istnieje ryzyko ekstradycji.
Pojechał pan już na kolejną wyprawę?
Z początku nie chciałem żadnych wyjazdów. Rodzina i przyjaciele cieszyli się, że może już tak zostanie. Ale minął niecały rok, trochę bardziej uporządkowałem się psychicznie i zakiełkowała myśl o kolejnej wyprawie. Już parę razy byłem w różnych miejscach, np. w Syrii. Teraz już inaczej przygotowuję się do wyjazdów. Marioli zostawiam listę, gdzie będą przebywał danego dnia, dokąd i jakiego dnia chcę się przemieszczać. I dokładniej wszystko sprawdzam.
Fot. Archiwum prywatne
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze