Krzysztof był spokojnym, nikomu nie wadzącym człowiekiem, bezdomnym. Mieszkał na działkach przy ul. Narodowych Sil Zbrojnych, tam spędzał wolny czas, gotował sobie, spał. Nie był konfliktowy, a jednak sobota, 2 lutego 2019 roku okazała się ostatnim dniem jego życia. Prawdopodobnie miał pecha i znalazł się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. W altanie na terenie ogródka działkowego został pobity przez Przemysława J., który kilka miesięcy później został skazany przez sąd na karę 7 lat pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci. Znajomi Krzysztofa są zaskoczeni. Jak to nieumyślne, skoro w wyroku wyraźnie napisano, że wielokrotnie uderzał go pięściami, kopał i uderzał rondlem, spowodował liczne obrażenia, a na dodatek działał w ramach recydywy?
Wtorek, 5 lutego 2019 roku był dla 27-letniego Krzysztofa normalnym dniem życia. – To był cichy, spokojny człowiek. Pomagałem mu jak mogłem, bardzo dobrze się znaliśmy. Był uczynny, zawsze można było na niego liczyć, przywoziłem mu węgiel, bo na stałe mieszkał w altance na działce. Zwykle wiele razy dziennie się kontaktowaliśmy. 2 lutego ostatni raz rozmawialiśmy o 15.45, krótko, jakieś 5 minut na takie ogólne życiowe tematy. Nawet mi wtedy nie przyszło do głowy, że to będzie nasza ostatnia rozmowa – opowiada pan Sławomir, przyjaciel Krzysztofa.
Poznali się sześć lat wcześniej, kiedy zostali działkowymi sąsiadami. Obok nich mieszkał Andrzej W. i Ukrainka Nina G., oboje prowadzili handel na targowisku. Ponieważ jedna działka dla nich nie była wystarczająca, zwłaszcza że pani Nina chciała tu ściągnąć rodzinę, chcieli koniecznie kupić tę należącą do Krzysztofa. Wśród znajomych był także Piotr J., który mieszkał na działkach kilka tygodni z psem i potem to on przyprowadził Przemysława. Co robili na działkach, tego nie wiemy, możemy się tylko domyślać.
Nina G. podczas śledztwa nie została przesłuchana. Podobno wyjechała już z kraju, zdaniem prowadzących śledztwo, nie miała żadnego związku ze sprawą. Andrzej W. był przesłuchiwany, ale nie ujawniły się żadne okoliczności, które nakazywałyby poddać w wątpliwość relacje tego świadka. Nie posiadał on informacji o okolicznościach śmierci Krzysztofa.
Miał pieniądze, na pewno wypił
Krzysztof nigdzie nie pracował, utrzymywał się z pomocy opieki społecznej, zbierał surowce wtórne, złom i puszki, żył z pomocy ludzi dobrej woli. Podobno nawet miał dziecko ze swoją byłą konkubiną Elką, ale zostało oddane do rodziny zastępczej, bo warunków do wychowania dziecka na działkach przecież nie ma. Elka odwiedzała Krzysztofa w altance.
Pan Sławomir często kontaktował się z Krzysztofem, lubili sobie porozmawiać. Ostatni raz zadzwonił do niego 2 lutego. – Zwykle dłużej rozmawialiśmy, choćby z nudów. Pracuję jako ochroniarz, o różnych porach, po rozmowie poszedłem spać, wiedziałem, że Krzysztof pewnie był trochę napity. Ktoś powiedział, że koleżanka jego mamy dała mu 20 zł, więc na pewno na melinie niedaleko Caritasu, nawiasem mówiąc działającej w tym miejscu przynajmniej od 15 lat, kupił wódkę. Zresztą potem okazało się, że miał 3 promile. Pewnie wcześniej wypił sobie – opowiada.
Jak wspomina, zobaczył Krzysztofa dopiero 5 lutego.
Jola Marciniak
fot. archiwum
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze