W czeskiej Pradze odbyło się podsumowanie kontynentalne „synodu o synodalności”, który już od dwóch lat „radzi” przez „wsłuchiwanie” się w „marzenia” swoich wiernych świeckich, jak zaradzić kryzysowi, w którym pogrążył się Kościół i którego nauk nikt już prawie na świecie nie chce słuchać, nawet sami jego członkowie. Stąd potrzebne jest nowe „aggiornamento”, które by uczyniło nauczanie Pana Jezusa atrakcyjnym dla współczesnego, bardzo „wymagającego” człowieka. Co tam też się nie działo w tej Pradze. Na fali szaleństwa „poprawności politycznej”, która dotarła także do Kościoła za sprawą jego postępowych duchownych, chciano w dokumencie końcowym zapisać nawet, że „Bóg kocha zsekularyzowany świat”. A jakżeby nie kochał, skoro kocha już nawet wielość religii, kto wie czy nie równorzędnych, to musi też kochać świat „takim, jakim jest” („Bóg cię kocha takim, jakim jesteś, nie musisz się zmieniać”). Ostatecznie znaleźli się jacyś trzeźwi uczestnicy spotkania, którzy nie dopuścili do zapisu tych postępowych rewelacji. A ponieważ arcybiskup Stanisław Gądecki zaapelował, by uczestnicy synodu „wsłuchiwali się bardziej w głos Ducha Świętego, a nie we własne głosy i w głosy tego świata”, postulowano zapis, że „wszystkie opinie wyrażone na zgromadzeniu były głosem Ducha Świętego”. Na szczęście i to nie przeszło, m.in. za sprawą głosów rozsądku, jakie popłynęły ze strony biskupów katolickich z Ukrainy.
Biskupi ci zresztą studzili zapały tak entuzjastycznie nastrojonych uczestników spotkania (bp Jazłowiecki z Kijowa: „Nie wierzę, że diabeł pojechał na wakacje”) i w innych dziedzinach. Być może już tylko wojna chroni od ostatecznego szaleństwa i zepsucia, jakie ogarnęło świat zachodni. Biskupi ze wschodu odważnie nazwali problemy cywilizacyjne, z jakimi zmaga się Ukraina (czy tylko Ukraina?), jak migracja kobiet, rozpad małżeństw, ubóstwo, samotność, męski alkoholizm, przemoc w rodzinach, zabijanie dzieci nienarodzonych. Wskazali te problemy jako wyzwanie do pracy duszpasterskiej, która stałaby się jednocześnie wołaniem o nawrócenie (osobiste i wspólnotowe, społeczne) i jednocześnie terapią tych bolesnych obszarów, z położeniem akcentu na ochronę życia (w czasach kiedy zachodni Kościół zdaje się popierać zrównoważony rozwój z prawem do aborcji na czele) i nierozerwalność sakramentu małżeństwa.
Osobne brawa należą się biskupom Ukrainy i za te słowa: „Chrystus jest w centrum Kościoła nie po to, by kogoś atakować lub bronić się przed innymi. Bóg jest Prawdą, więc pragnie, by każdy człowiek mógł tę prawdę poznać i nią żyć. Dla nas jest niedopuszczalne stwierdzenie, że rozwodnicy żyjący w ponownym związku małżeńskim, osoby żyjące w małżeństwie poligamicznym, osoby LGBTQ – jak mówi dokument – „odczuwają napięcie między przynależnością do Kościoła a własnymi relacjami afektywnymi”. Dane określenie uważamy za nieadekwatne, gdyż są to relacje grzeszne, a nie jedynie „afektywne”. Równie grzeszne jak wykorzystywanie osób nieletnich i bezbronnych, a także nadużycia seksualne, ekonomiczne – czyli szeroko rozumiana korupcja – oraz nadużycia dotyczące władzy i sumienia, to znaczy przemoc duchowa i psychiczna”. No cóż, te bardzo odważne głosy rozsądku (zrównanie grzeszności relacji homoseksualnych z grzesznością wykorzystywania dzieci) budzą nadzieję, że uda się powstrzymać szaleństwo „nowego otwarcia”, które z taką determinacją zdają się szykować Kościołowi postępowi duchowni i świeccy, usiłujący zamienić go już niemal w jakiś „klub gejowski”. Czekamy zatem na dokument końcowy synodu. Walka trwa.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze