Jak wiadomo, dzisiaj wielkich biznesmenów, inwestorów, przedsiębiorców, a niekiedy przy tym gigantycznych aferzystów, którzy nie zdołaliby osiągnąć swoich niebotycznych dochodów bez powiązań ze światem polityki, nazywa się uroczyście „filantropami”. Brzmi to oczywiście dużo lepiej niż jakiś tam „oligarcha”, „magnat” czy „hochsztapler”. Właśnie kilku zdeterminowanych dziennikarzy śledczych wpadło na trop jednego takiego „filantropa” z najbardziej zaprzyjaźnionego z nami sąsiedniego kraju, o którym w tych trudnych czasach źle mówić nie wypada. Tenże „filantrop” dobrotliwie przetransferował do naszego kraju miliony ton zboża „technicznego”, które najprawdopodobniej zalegało jego silosy może już nawet kilka lat, zanim stało się „techniczne”. Postawiona przy okazji teza, że „nie byłoby to możliwe bez powiązań jego filantropijnych środków z organami naszej władzy”, jest tezą odważną i ryzykowną, bo tacy, którzy takie tezy formułowali wcześniej na inne tematy, więcej już tego robić nie będą. Dlatego wielkie gratulacje za odwagę dla tych redaktorów, którzy nie zgadzają się, aby w naszym kraju obowiązywała znana dewiza naszego naczelnego filantropa, „róbta, co chceta”, która z pewnością ośmieliła niejednego tubylczego biznesmena do wykorzystania wrodzonych zdolności, dlatego mogło w ciągu trzech dekad transformacji rozkwitnąć w naszym kraju tyle doskonałych filantropijnych inwestycji.
Teraz przyszedł czas na zboże, w kolejce czekają kurczaki, następnie owoce i warzywa. To się nazywa wdzięczność za tyle serca dla pokrzywdzonych przez los sąsiadów. W nagrodę filantropi oferują nam tanią żywność „techniczną”, co przy obecnych cenach wygenerowanych przez nieudolnych rodzimych „drukarzy”, którzy wciąż cieszą się mimo to nieustającym zaufaniem tubylczych miłośników ekonomii politycznej, jest nie do przecenienia. Tak więc będziemy wcinać „techniczne bułeczki”, „techniczne kotlety”, raczyć się „techniczną surówką” z pierwszorzędnych czarnoziemnych warzyw, a może dostaniemy jeszcze coś nadzwyczajnego na deser. Nie ma co narzekać, wszystko odbywa się w zgodzie z najlepszymi tradycjami gospodarki wolnorynkowej. Kto ma na zbyciu, sprzedaje, kto ma ochotę kupić, kupuje. Chcącemu nie dzieje się krzywda. Co tam nasi rodzimi producenci. Muszą się dostosować i produkować taniej, wtedy i im nie stanie się krzywda.
Zadowolony może być też z obrotu sprawy Biskup Rzymu Franciszek. Dzięki sprawnej kooperatywie filantropów z obu stron granicy, mimo toczącej się wojny, z pewnością wzrośnie poziom braterstwa pomiędzy dwoma sąsiadującymi narodami, a nawet sąsiadującymi wyznaniami tej samej chrześcijańskiej religii, w której braterstwo ludów, jak wiadomo, jest najwyższą wartością. Zyska na tym także ekologia, tak ceniona w naszej religii. Bo gdy się opróżni magazyny ze skażonego zboża, będzie je można zapełnić zdrowym zbożem i bułeczki przestaną być „techniczne”, nawet kurczaki karmione zdrowym zbożem przestaną być „techniczne”, a staną się „zdrowotne”. Tak więc sprawy idą w dobrym kierunku, na co wskazują notowania partii rządzącej, której nic nie jest w stanie zaszkodzić, ani szalejąca inflacja, ani „techniczna żywność”, ani groźba przeniesienia konfliktu na nasze terytorium. Ale czy można się dziwić, kiedy opozycja jest jeszcze słabsza od koalicji, a poza Scyllą i Charybdą innego wyboru nie mamy?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze