Dużo się działo w naszej historii w tym miesiącu… Wspomnę o trzech momentach. Pierwszy sierpnia – Powstanie Warszawskie. Piętnasty – Bitwa Warszawska. Trzydziesty pierwszy – Porozumienie Gdańskie. O każdym z tych wydarzeń można by napisać felieton, ale skupię się na ostatnim. Może dlatego, że dwa pierwsze znam z podręczników historii, a ostatnie mogłem obserwować jako człowiek, można powiedzieć, dojrzały. Byłem studentem. Po wakacjach rozpocząłem ostatni rok. A poza tym to był początek…
I tu trzeba postawić pytanie: czego? Najprostsza odpowiedź: drogi do rzeczywistości, w której dziś żyjemy. Prześledźmy ją, z konieczności w telegraficznym skrócie. Początek to komunizm. To znaczy, przyjmijmy na użytek tego tekstu taką definicję, system, w którym władza polityczna oraz gospodarka były w rękach państwa. Wyjątki – prywatne rolnictwo i rzemiosło weźmy w nawias. Rok osiemdziesiąty nic tu nie zmienił, nie licząc powstania niezależnego związku zawodowego, który potraktujmy jak wyrwę w betonie ówczesnej władzy. Na wielkie zmiany trzeba było czekać prawie dziewięć lat. Najpierw w gospodarce pod postacią „Ustawy o działalności gospodarczej” z grudnia 1988 roku, znanej jako ustawa Wilczka, która pozwalała każdemu obywatelowi na prowadzenie prywatnej działalności gospodarczej. I w ten oto sposób w system komunistyczny wkomponowano element ustroju z komunizmem sprzecznego, czyli kapitalizmu. Oczywiście nie oznaczało to końca komunizmu w gospodarce. Istniały sobie w najlepsze, i tak jest do dzisiaj, firmy państwowe. Krok następny to zmiany polityczne. „Okrągły stół”, wybory kontraktowe czwartego czerwca osiemdziesiątego dziewiątego roku, rząd Mazowieckiego, wybory prezydenckie w roku dziewięćdziesiątym i wreszcie wolne wybory i rząd Olszewskiego w roku dziewięćdziesiątym pierwszym. I w ten oto sposób staliśmy się „demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliości społecznej”, jak głosi obowiązująca konstytucja z dziewięćdziesiątego siódmego roku. I tu jest pies pogrzebany, jak mówi ludowe porzekadło. Bo o ile zmiany polityczne doprowadziły do systemu diametralnie różnego od komunizmu, to w innych dziedzinach jak w stwierdzeniu księcia Saliny: czasem trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Te najważniejsze: edukacja, usługi zdrowotne, system emerytalny funkcjonują w najlepsze „jak za komuny”. Oczywiście powie ktoś, że mamy przecież prywatne szkoły, przychodnie, szpitale… Owszem, ale to nie one dominują. Sławne „cztery reformy rządu Jerzego Buzka” faktu tego w sposób istotny nie zmieniły. Mamy zatem socjalizm, czyli „ugrzecznioną” mutację komunizmu. Nie udała się próba wprowadzenia ustawą Wilczka, nomen omen, wilczego kapitalizmu przynajmniej w gospodarce…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze