Malowane lale polskiej polityki kompromitują się bez zobowiązań, za co wyborcy kochają je jeszcze bardziej. Pan Marszałek Sikorski udzielił wywiadu, w którym oskarżył pana Putina o złożenie premierowi Tuskowi propozycji rozbioru Ukrainy już 6 lat temu, po czym, gdy zrobił się z tego powodu szum medialny, odwołał pierwotne oskarżenia. Człowiek, który mówi i zaprzecza sam sobie, stanie się zapewne w przyszłym roku lokomotywą wyborczą swojej partii. Podobnie postępują ostatnio hierarchowie Kościoła, którzy według tej metody przekazywali komunikaty z synodu biskupów. Najpierw podano przychylne określenia dla grzesznych z natury związków homoseksualnych, by następnie, gdy zrobiła się awantura, pokrętnie tłumaczyć się brakiem precyzji w tłumaczeniu na języki obce, a ostatecznie zaprzeczyć wcześniejszym ustaleniom na rzecz formuł potępiających ten rodzaj aktywności seksualnej. Tylko absolutny ignorant nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Szkoda tylko, że jesteśmy traktowani jak bezmyślne barany już nie tylko przez polityków, którzy z natury gardzą swoimi wyborcami. Ale dlaczego duchowni?
Pan Sikorski znalazł się rzeczywiście w dosyć niezręcznej sytuacji, bo najpierw opowiedział ze szczegółami nie tylko o rozmowie pana Putina z panem Tuskiem, ale także o swoich przemyśleniach na jej temat. Posłuchajmy: “Chciał [Putin], żebyśmy uczestniczyli w podziale Ukrainy. Od lat wiedzieliśmy, że tak myślą. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie Putin powiedział premierowi Donaldowi Tuskowi w czasie jego wizyty w Moskwie. Mówił, że Ukraina jest sztucznym krajem, a Lwów jest polskim miastem i dlaczego by nie załatwić tego wspólnie. Na szczęście Tusk nie odpowiedział. Wiedział, że jest nagrywany”. Jak to się stało, że pan Sikorski nie pamięta teraz ani tamtej rozmowy, ani swoich na jej temat przemyśleń, choć wcześniej pamiętał tak dokładnie i nawet chwalił się swoją pamięcią tak gorliwie? Teraz zresztą nierozgarnięty pan Marszałek wszystko definitywnie wyjaśnił, że rozmowy, którą tak dokładnie zrelacjonował i tak głęboko przemyślał, w ogóle nie było.
Rozmowy w Moskwie może i nie było, ale przemyślenia po niej w głowie pana Marszałka, a wcześniej ministra, pozostały. Najgorsze jest to, że znienawidzony teraz przez pana Marszałka Putin był jego, i jego kompanów, ulubieńcem przez 6 lat od tamtej rozmowy, “której w ogóle nie było”. Po drodze był oczywiście Smoleńsk, po którym trwała w najlepsze przyjacielska współpraca niedoszłych rozbiorców Ukrainy. W mataczeniu sprawy smoleńskiej ekipa rządowa współpracowała z panem Putinem, o którym publicznie przekonywano, że jest politykiem prawdomównym, rzetelnym, absolutnie szlachetnym. Pan Putin według rządzącej koalicji miał być “dobry” aż do wiosny tego roku (i takiemu wierzyło pół Polski), a stał się “zły” dopiero po wydarzeniach na Majdanie. Teraz się okazuje, że koalicjanci wiedzieli, że pan Putin był “zły” już od roku 2008, ale skrzętnie ten fakt ukrywali przed wyborcami, a ci przecież sami nie mogli wiedzieć, jaki naprawdę jest pan Putin, dlatego stali murem za nim w sprawie śmierci Prezydenta Kaczyńskiego, który przed aneksją Ukrainy przez Rosję świat przestrzegał, a pan Tusk z panem Sikorskim nie przestrzegali. Nie przestrzegali, bo nie wiedzieli, a nie wiedzieli, bo nie było rozmowy, o której pan Sikorski z taką dokładnością opowiadał.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze