Reklama

Przepisy kulinarne Izabeli Chudzyńskiej. Fałszywa dyniowa lazania

Późna jesień kojarzy nam się z kolorowymi dyniami, odwiedzaniem grobów bliskich i Halloween, wobec którego wciąż nie do końca wiemy, jak się ustosunkować. Z jednej strony to przecież zabawne święto pełne przebierańców, śmiechu i straszenia, a z drugiej - czas zadumy, wspominania zmarłych, porządkowania grobów i rodzinnych spotkań przy herbacie po powrocie z cmentarza. Czasem warto też mieć coś przygotowanego do podgrzania, bo gdy wrócimy z chłodu, dobrze jest szybko zjeść coś ciepłego. Trudno tu o jednoznaczne rozstrzygnięcie, niemniej jedno jest pewne: dynie, które zdobią wejścia do domów, nadają im jesiennego uroku, a dania z dynią są nie tylko strasznie smaczne, ale i strasznie ładne. Zatem może w ramach kompromisu 31 października, zamiast się straszyć, przygotujmy coś strasznie smacznego, na przykład fałszywą lazanię z dynią.

Fałszywa dyniowa lazania
Skład: 

  • ciasto naleśnikowe
    • 8 łyżek maki pszennej;
    • 2 łyżki mąki kartoflanej;
    • 3 jajka;
    • 1 szklanka mleka;
    • ok. 1 szklanki gazowanej wody;
    • 1 łyżka oleju;
    • szczypta soli.
  • mięsny farsz
    • 500 g dyni;
    • 500 g mielonej wołowiny;
    • 1 cebula;
    • 1 por;
    • 2 ząbki czosnku;
    • 50 g pomidorowego koncentratu;
    • pół szklanki bulionu (może być z kostki);
    • pół szklanki śmietanki (18%);
    • 2 łyżki oleju;
    • sól, pieprz;
    • 300 g tartego sera typu cheddar.


Wykonanie:
W misce mieszamy razem jajka, mleko, wodę i szczyptę soli. Następnie stopniowo wsypujemy mąki i energicznie mieszamy rózgą, tak aby masa była gładka i bez grudek. Na końcu wlewamy olej, po czym ciasto przykrywamy i odstawiamy na około 15 minut, by odpoczęło. W tym czasie obieramy cebulę i oczyszczamy pora. Kroimy warzywa w drobną kostkę. Dynię obieramy ze skórki, usuwamy pestki i również kroimy miąższ w kostkę. Na rozgrzanym oleju przesmażamy mięso, aż całkowicie straci różowy kolor i rozbijamy grudki. Następnie dodajemy cebulę, pora oraz dynię. Całość zalewamy bulionem, przykrywamy patelnię i dusimy około 20 minut. Po tym czasie dodajemy przecier pomidorowy i przeciśnięty przez praskę czosnek, po czym dusimy jeszcze 10 minut. Farsz doprawiamy solą i pieprzem, wlewamy śmietankę i gotujemy chwilę, aż całość lekko zgęstnieje. Na teflonowej patelni smażymy naleśniki - staramy się, by były cienkie i elastyczne. Formę do zapiekania smarujemy tłuszczem. Na dnie układamy warstwę naleśników, na niej część mięsnego farszu, następnie kolejną warstwę naleśników i ponownie farsz, aż do wyczerpania składników. Ostatnią warstwę stanowią naleśniki. Wierzch zapiekanki posypujemy tartym serem. Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190 st. C i zapiekamy około 25 minut, do momentu kiedy ser się rozpuści i lekko zarumieni.

Reklama

 

W wielu kulturach odnajdziemy zwyczaje, w których element straszenia ma swoje stałe, rytualne miejsce. Straszy się po to, by przegnać złe moce, oswoić to, co nieznane, albo po prostu rozładować napięcie między światem zimy i wiosny. Jeśli w czasie karnawału zabłądzimy i trafimy do szwajcarskiej doliny Lötschental w kantonie Wallis, możemy naprawdę się przestraszyć. W czterech niewielkich wioskach - Blatten, Wiler, Kippel i Ferden, które razem liczą zaledwie półtora tysiąca mieszkańców żyje tradycja, która od pokoleń wzbudza respekt i fascynację. Po zmroku pojawiają się tam tschäggätty - dzikie postacie odziane w długowłose futra i potworne maski z drewna. Ich nazwa wywodzi się z miejscowego dialektu i oznacza coś pstrokatego, łaciatego. Dawniej w tschäggätty przebierali się wyłącznie kawalerowie. Zamaskowani biegali po wioskach, zaczepiali panny, które wieczorami przędły, straszyli je, smarowali sadzą lub obsypywali śniegiem. Była to zarazem psota, flirt i ludowy rytuał oczyszczania a przy okazji, młodzi mężczyźni potrafili „dać nauczkę” niesympatycznym sąsiadom, wyrównując rachunki z minionego roku. Zwyczaj ten trwa od święta Matki Boskiej Gromnicznej aż do Środy Popielcowej, która symbolicznie ucina czas zabawy i wprowadza post. Jego pochodzenie nie jest do końca. Jasne przypuszcza się, że wywodzi się z dawnych przebierań zbójników, którzy grasowali w górach i napadali na bogatsze wsie. Dziś tschäggätty wciąż straszą, ale bardziej dla tradycji niż z groźby - są żywym, hałaśliwym śladem dawnych wierzeń, w których lęk i zabawa szły ramię w ramię.

Reklama

dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia

Fot. Piotr Chudzyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości