Reklama

Poszukuję tego, co jest ukryte wewnątrz

12/09/2013 08:56
– Nie jesteśmy tu tylko po to, żeby dekorować ściany i mury. Artysta to przede wszystkim wyraziciel różnych poglądów ludzi. Jest pośrednikiem w ich wyrażaniu i nie jest to całkiem niewinne.  Z goszczącą w Płocku francuską artystką Eugénie Jan rozmawia Lena Szatkowska

Zacznijmy od wystawy Co kobieta ma w głowie?, która zebrała w Paryżu dobre recenzje. Skąd zainteresowanie tym, czego nie widać?
– Z własnego doświadczenia wiem, że to co ludzie pokazują na zewnątrz, bardzo różni się od tego, co mają wewnątrz. Interesuje mnie to, co jest ukryte pod powierzchnią. Zwracając uwagę na to, czego nie widać, w jakiś sposób uwalniam ludzi, którzy sami nie mogą się z jakiegoś powodu „uzewnętrznić”. Bardzo często obserwując innych, tworzymy sobie o nich wyobrażenie, obraz tego, kim są. Ale gdybyśmy zajrzeli do ich wnętrza, okazałoby się, że jest tam coś zupełnie innego.

Ma Pani wyobrażenie o mnie, osobie, której Pani nie zna?
– Widziałyśmy się tylko na oficjalnych spotkaniach. Musiałabym zobaczyć, jak pani żyje na co dzień, jak pani chodzi po mieście. Teraz znowu rozmawiamy oficjalnie, dlatego nie odważę się wydawać sądów.

Zostańmy jeszcze przy temacie kobiety. Jakie są Pani ulubione bohaterki? Kogo Pani podziwia?
– Dobre pytanie. Interesująca jest Jane Eyre [bohaterka powieści Charlotte Brontë – przyp. red.]. Uważam, że fantastyczną kobietą była Karen Blixen, która zdecydowała się podjąć ryzyko, co przypłaciła zdrowiem i utratą ukochanego mężczyzny. Wytrwała i za to ją podziwiam.

Kiedy Pani zdecydowała, że zostanie artystką?
– Nie podjęłam decyzji w jakimś określonym momencie. Od dzieciństwa byłam artystką. Natomiast życie tak się potoczyło, że miałam klasyczną karierę w marketingu i komunikacji. Sztuka była we mnie tak głęboko, że w którymś momencie nie mogłam już normalnie pracować i wtedy podjęłam decyzję, że będę już tylko artystką. Zaczęłam się tym zajmować na stałe.

Wspomniała Pani o dzieciństwie. Gdy Pani dzisiaj o nim myśli, co Pani widzi?
– Ponieważ urodziłam się 4 marca, to takim szczęśliwym momentem były obchody moich urodzin, które często przypadały na święta wielkanocne. Poza tym mam wrażenie, jakbym tego dzieciństwa nie przeżyła tak, jak prawdziwe dziecko, jakbym była troszkę na jego marginesie. Nie przeżyłam swojego dzieciństwa tak, jakbym to sobie wyobrażała.

Dzieciństwo jeszcze w Pani tkwi?
– Zdecydowanie tak. Pewnie również dlatego cały czas poszukuję tego, co jest ukryte wewnątrz, we mnie i w innych ludziach. To taka ciekawość dziecka.

Co Pani myśli o sztuce profesjonalnej i nieprofesjonalnej? Artysta jest lepszy od amatora czy każdy może tworzyć?
– Jestem żywym dowodem na to, że niekoniecznie trzeba mieć studia, żeby zajmować się sztuką. Ja zaczęłam późno. Gdyby moja mama zaakceptowała to, że chcę pójść na akademię sztuk pięknych, zrobiłabym to. Zajęłabym się tworzeniem dużo, dużo wcześniej. Nie udało się, więc miałam taką karierę, jaką miałam. Jednocześnie chcę powiedzieć, że wielką przyjemność sprawiało mi odkrywanie sztuki tkwiącej we mnie. Porzuciłam swoje dawne życie i robię to, co robię. Natomiast mimo wszystko uważam, że studia na akademii sztuk pięknych czy w ogóle studia artystyczne są ważne. Tak jak w każdym innym zawodzie warsztatu i pewnych pojęć trzeba się gdzieś nauczyć. Ja nie miałam tej możliwości. Poradziłam sobie tak, jak umiałam.
Wobec tego, czym jest dla Pani sztuka?
– Daje mi możliwość pokazania ludziom tego, co w nich tkwi, spojrzenia na nich z innej perspektywy – nie tak, jak sami siebie widzą. My, artyści, nie jesteśmy tu tylko po to, aby dekorować ściany i mury. Artysta to przede wszystkim wyraziciel różnych poglądów ludzi. Jest pośrednikiem w ich wyrażaniu i nie jest to całkiem niewinne.

Co dla twórcy jest najważniejsze: materiał, technika czy barwa?
– Uczucie, które udaje się przekazać. Lubię różne materiały, dotykam ich, wącham, chcę je poczuć. Jestem artystką, która tworzy w materii. Naturalnie, doceniam warsztat czy piękną fakturę, natomiast bardziej mi się podoba „niezręczność”, technika nawet nie do końca wypracowana, coś, co nas wzruszy. To mnie najbardziej interesuje, nie kolor. Liczą się emocje, sztuka musi poruszać, musi się w niej coś dziać. Można tego nienawidzić, ale to już porusza.

Obok Pani wystawy, która wisi w Płockiej Galerii Sztuki, nie można przejść obojętnie. Zostaje w pamięci niezależnie od tego, czy się komuś podoba, czy nie. Może przyciągają uwagę instalacje, może obrazy. W każdym razie coś w nas porusza.
– Takie było moje życzenie.

Jak wygląda francuski rynek sztuki? Jak odnajdują się tam początkujący artyści?
– Nie znam dokładnych cyfr, ale myślę, że wśród francuskich artystów może 5 procent żyje wyłącznie ze sztuki. To bardzo mało. Nie można być w dzisiejszych czasach tylko artystą. Artysta to przede wszystkim człowiek ze swoim talentem, ale też menadżer, który musi się sprzedawać. Nie można być dzisiaj tylko artystą. To jest trudne, bo musimy robić dwie rzeczy całkiem sprzeczne: być artystą i stąpać twardo po ziemi.

Którzy artyści są dzisiaj modni we Francji?
– Przychodzą mi do głowy tylko artyści amerykańscy, jak np. Francis Bacon. Sama lubię Basquiata. Gdy byłam nastolatką, fascynował mnie Salvador Dali. Wpłynął na moją sztukę, choć moje ogromne zainteresowanie nim minęło.

Przyjechała Pani do Płocka z projektem artystycznej rezydencji, otworzyła pracownię przy ulicy Tumskiej i zaprosiła gapiów. Odważnie.
– Idea rezydencji narodziła się stąd, że nie chciałam tylko przyjechać do Płocka zrobić wystawę i wyjechać. Szukając tego, co ukryte, chciałam być jak gąbka: nasiąknąć obrazami, zapachami, kolorami, pulsem tego miejsca. Dlatego podjęłam ryzykowne przedsięwzięcie tworzenia gdzie indziej, niż moja pracownia, ale nie mogło być inaczej.

Kto Panią odwiedził? Z jakimi reakcjami się Pani spotkała?
– Moja pracownia była otwarta od godziny 10.00 do 15.00. Przychodzili bardzo różni ludzie: młodzi, starzy, w średnim wieku. Niektórzy chcieli coś powiedzieć, inni milczeli. Byli też tacy, którzy mówili bardzo dużo, po polsku, nie zważając na to, że jest między nami bariera językowa. Po prostu stali i mówili. Inni coś pisali. Pracownię odwiedzili nie tylko ci, którzy przeczytali zaproszenie w gazetach czy internecie, że pracownia jest otwarta. Byli też zwykli przechodnie robiący zakupy w pobliżu. Zobaczyłam cały wachlarz różnych osób, z różnymi problemami.

Polubiła Pani Płock?
– Podoba mi się miasto, ale przede wszystkim polska ziemia. Płock zajmuje tu główne miejsce, bo to jest mój pierwszy kontakt z Polską. Bardzo mnie zdziwiło to, że panują tu wielkie kontrasty, np. albo coś jest bardzo biedne, albo bogate. Albo ktoś jest bardzo smutny, albo bardzo wesoły. Nie ma środka. W działaniu też go brak, nie ma gamy kolorów pomiędzy. Wszystko jest – w moim odczuciu – oparte na kontraście.

Czy wierzy Pani w horoskopy?
– Wierzę w bardzo dużo różnych rzeczy, w horoskopy też.

Chciałaby Pani dodać coś jeszcze?
– Teraz, po naszej rozmowie, mogę odpowiedzieć na pytanie, jak panią widzę – jako małą dziewczynkę, która była zawsze uśmiechnięta i ma duże poczucie humoru.

Dobrze, że nie widać mojego zmęczenia.
– To, co my sami w sobie widzimy, niekoniecznie dostrzegają inni.

Dziękuję za pomoc w tłumaczeniu pani Wioletcie Jeżowskiej.
fot. Dariusz Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości