Reklama

Podpowiedź dla zainteresowanych odkrywaniem Europy: Bałkany to nie tylko chorwackie plaże... Serbia z okien pociągu

20/10/2022 13:00

10 lat temu razem ze znajomymi byliśmy blisko, by zdecydować się ustawić nasze auta na lorach, a samemu skorzystać z wygodnych autokuszetek, by do samochodów wsiąść dopiero pod granicą Serbii z Węgrami. Podczas tamtego pobytu w Czarnogórze zabrakło być może odwagi, zdecydowania – w sumie nie bardzo wiadomo czego. Do bałkańskiej Kolei Snów, bo taką nosi potoczną nazwę, udało się wrócić po dekadzie. Serbia nie należy do krajów najbardziej popularnych w kontekście ruchu turystycznego. Jednak widziana z okien pociągu pozwala zachować w pamięci wyjątkowe przeżycia.

Pomysł połączenia jednej z byłych części Jugosławii, konkretnie Serbii, z wybrzeżem Adriatyku powstał już na początku lat 50. ubiegłego wieku. Udało się go zrealizować 20 lat później, co było potężnym wyzwaniem inżynieryjnym, biorąc pod uwagę ówczesne techniczne możliwości. Linią kolejową połączono 2 jugosłowiańskie miasta: Belgrad (obecnie Serbia) i port w Barze (teraz Czarnogóra). 

Z Belgradu do Baru
Wyjątkowość tej linii polega między innymi na tym, że w dużej części usytuowana jest na terenie bardzo wysokich gór. Dlatego dla jej powstania trzeba było wykuć 254 tunele (o łącznej długości 114 km; najdłuższy z nich to Sozina – ponad 6 km), postawić 435 mostów i wiaduktów. Przy okazji powstał najwyższy i najdłuższy wówczas most kolejowy w Europie: długi na pół kilometra i 200 metrów nad lustrem rzeki. Oczywiście teraz sporo jest jeszcze większych i wyższych, jednak w roku 1976 stworzenie przejazdu dla pociągu nad kanionem Malej Rijeki to było dla inżynierów wyzwanie wręcz kosmiczne. Nawet teraz, kiedy wiadukt ogląda się z okien pędzącego pociągu, widoki zapierają dech w piersiach.
Cała trasa z Belgradu do Baru liczy sobie ponad 470 kilometrów długości. Tory biegną przez Serbię (prawie 300 km), Czarnogórę (około 175 km), a nawet Bośnię i Hercegowinę. Na to ostatnie państwo przypada około 10 km szyn, w sporej części usytuowanych pod ziemią...
Jeśli szuka się pięknych widoków z okien pociągów, to najlepiej do tego wybrać część czarnogórską wspomnianej kolei. Niemniej każda dostarcza niezapomnianych wrażeń. Oczywiście jeśli pamięta się, że czas dla narodów bałkańskich ma wartość względną: tam nikt się nie spieszy, a walor informacyjny rozkładów jazdy ma często wartość jedynie umowną. Teoretycznie podróż z Belgradu do Baru zajmie nam 12 godzin. I do tej teoretycznej wartości jeszcze w tym tekście wrócimy...
Najwyżej położonym na mapie kolejowej trasy punktem jest miejscowość Kolaszin (1032 metry). Liczy sobie niecałe 3 tysiące mieszkańców, mniej więcej połowa to Serbowie, połowa Czarnogórcy. Jest to znany ośrodek turystyczno-narciarski. Z kolei zwolennicy kajakarstwa zaczynają tutaj swoje spływy malowniczą rzeką  Tara. Kolaszin ma oczywiście swoją bogatą historię, związaną między innymi z jedną z największych bitew z Turkami Osmańskimi, niemniej zdecydowanie przeważają walory turystyczne i możliwość delektowania się miejscową kuchnią w lokalnych restauracjach. A przy okazji można posłuchać historii o zbyt zdyscyplinowanych Japończykach.

Reklama

Gdzie się podziali Japończycy?
I tu wracamy do tematu „bałkańskiej punktualności”. Przypomnę, że teoretycznie podróż koleją z Belgradu do Baru trwa 12 godzin. Ale nikogo nie zdziwi albo specjalnie zasmuci, że czasami ten czas przejazdu wydłużyć można nawet do godzin 16. I nikt na Bałkanach specjalnie się tym nie przejmuje, chyba że... sytuacja dotyczy przedstawicieli innych narodowości. W swoim czasie w podróż z Belgradu do Baru wybrała się delegacja z Japonii. Jej uczestnicy dokładnie wypytali o czas przejazdu pociągu, a następnie nastawili odpowiednio budziki swoich zegarków i bardzo zmęczeni postanowili te 12 godzin po prostu przespać. Kiedy się po tym czasie obudzili, zobaczyli, że ludzie wysiadają na stacji i doszli do logicznej skądinąd konkluzji, że czas podróży się skończył i czas zapoznać się z urokami Baru… Wybuchł z tego prawie skandal międzynarodowy, bo tak naprawdę do Baru nikt w tym czasie z oczekiwanych gości nie dojechał; komitet powitalny czekał na próżno. A gdzie się podziali Japończycy? No cóż, z konieczności musieli poznawać uroki wymienianego powyżej Kolaszina, gdzie przez pomyłkę wysiedli.
Tę historię opowiedział uczestnikom tegorocznej wrześniowej wycieczki po Serbii, Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze Miłosław Wojtunik – pilot i opiekun grupy. Nota bene znał mnóstwo takich smaczków, to świetny przewodnik, grupa się nigdy przy nim nie nudziła, można z czystym sumieniem polecić go turystom z Polski. Sam jednak także jestem przewodnikiem po Płocku (to oczywiście moja druga pasja, po dziennikarstwie, wynikająca pewnie z odczuwania swoistego zadowolenia i przyjemności z interakcji z innymi ciekawymi świata ludźmi), więc doskonale zdaję sobie sprawę, że tego typu historie większość uczestników wycieczek lubi najbardziej i dlatego czasami trzeba je odpowiednio ubarwić. I kiedy Miłka ponownie przypadkowo spotkałem na lotnisku w Podgoricy, to już całkiem prywatnie zapytałem, ile w tym opowiadaniu jest prawdy.  Okazało się, że rzeczywiście było ono odzwierciedleniem tego, co się wydarzyło.

Z pociągu do... pociągu
Nieprzypadkowo tekst ten nosi tytuł „Serbia z okien pociągu”. Bo Kolej Snów to nie jedyna kolejowa, na dodatek związana z górami atrakcja w tym kraju. Przy planowaniu turystycznej podróży do tego kraju nie można bowiem przegapić uroków innej kolejki, nazywanej Szargańską Osmicą (w tłumaczeniu na polski – Szargańską Ósemką). Skąd taka nazwa? Linia kolejowa układa się tutaj wprost w bajeczne kształty. Przechodzi tunelami jeden nad drugim. Prowadzi przez 22 tunele (najdłuższy z nich, imienia króla Aleksandra I, ma 1667 metrów długości) 5 mostów i pokonuje różnicę poziomów około 300 metrów na długości 15 km. W pewnym miejscu linie kolejowe przecinają się w tak zwaną ósemkę, stąd wspomniana nazwa.
Przejażdżka zabytkową kolejką trwa około 2 godzin. Podróż rozpoczynamy z Mokrej Gory i docieramy do miejscowości Sargan Vitasi. Tam kolejarze przetaczają lokomotywę spalinową (wcześniej był parowóz, niestety – tej atrakcji już nie uświadczymy) i wracamy tą samą drogą, uatrakcyjnioną przez dosyć częste postoje w najlepszych miejscach widokowych. Także na stacji Golubici, którą wybudowano w roku 2003 na potrzeby filmy Kusturicy „Życie jest cudem”.
Wspomniana trasa oddana została do użytku w roku 1925. Linię na wiele lat zamknięto 49 lat później. Swoje ( w złym tego słowa znaczeniu) zrobiła też wojna na Bałkanach. Na początku lat 2000 postanowiono odremontować część trasy na potrzeby turystyczne. Dlaczego podaję tę szczegółową informację? Otóż na biletach umieszczono prorocze wręcz słowa lokalnego wizjonera Mitara Tarabica; wypowiedział je na początku XX wieku: „Żelazna droga zniknie, ale ponownie powróci, jednak nie jako droga przeznaczona na dojazd do pracy, lecz dla wypoczynku i rozrywki”...

Reklama

Z wizytą u Emira Kusturicy
W zasadzie w tym przypadku powinno się używać liczby mnogiej, jeśli mowa o spotkaniu ze słynnym jugosłowiańskim (serbskim) reżyserem. Andrićgrad, czyli niejako wydzielona część Viszegradu w Bośni i Hercegowinie oraz wioska – skansen na wzgórzu Meczavnik w Serbii, którą miejscowi nazywają Drvengradem (czyli drewnianym miastem), a sam Kusturica nadał jej nazwę Küstendorf (połączenie przezwiska „Kusta” z niemieckim określeniem wsi - dorf). Te dwie miejscowości to takie trochę żywe pomniki działalności reżysera (w tych okolicach jest ich dużo więcej!). O Andrićgradzie przeczytacie państwo w kolejnym wydaniu Tygodnika Płockiego, przy okazji opisów uroków Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny, teraz skupimy się na nietypowym skansenie z funkcjami hotelowymi.
Jaka jest historia Drvengradu? Zadziwiająco prosta. Kusturica jest w Serbii traktowany niemal jak Bóg. Czego zażąda, prawie natychmiast jest mu dostarczane. Bo kto by śmiał odmówić wielkiemu patriocie serbskiemu? Artysta wymyślił sobie zatem taką nietypową wioskę. Teren pod nią natychmiast został mu podarowany. Z okolicznych wiosek ściągnięto różne zabytkowe obiekty: domy drewniane, cerkiew, sklepy, łaźnię turecką oraz mnóstwo większych i mniejszych gadżetów filmowych (czarna wołga, różowy cadillac). Uliczki wyłożono starymi podkładami kolejowymi a następnie nadano im specjalne, czasami „z kosmosu” nazwy. Zatem swoje ulice mają tu specjalista od sztuk walki Bruce Lee, tenisista Novak Djokovic, kubański rewolucjonista Ernesto Che Guevara, Fellini, Bergman, laureat Nagrody Nobla za rok 1961 Ivo Andrić – autor słynnego „Mostu na Drinie” (więcej o nim za tydzień – przyp. autora) i wielu innych.
Kusturica organizuje co roku w swoim Drvengradzie Küstendorf Film & Music Festival, na który zaprasza reżyserskie i aktorskie znakomitości z całego świata. Ale... nie wszystkich! Na ogół tych, którzy w swoich artystycznych dziełach bywają bardzo niepokorni. Być może zatem podczas zwiedzania Kustendorfu natkniecie się państwo na kogoś ze świata filmowego. Na co dzień drewniane chałupki pełnią rolę takich mini-hoteli. A w przejściach między nimi spotkać można lokalnych sprzedawców oferujących wszystko, co kojarzy się z górską Serbią. Polecamy skarpety a'la kapcie z wełny miejscowych owiec. Kosztują 5 euro, a grzeją aż miło (sprawdziliśmy to po powrocie do Polski!). Nawet nie wypada nie kupić. Za te same skarpety w innych turystycznych miejscach w Serbii zapłacić już trzeba 12 euro.
Ogólnie rzecz biorąc, Drvengrad robi na niektórych, w tym na autorze tekstu, takie trochę kiczowate wrażenie. Oczywiście bezwzględnie trzeba odwiedzić to miejsce, bo jest to ważny element naszej turystycznej eskapady w górzystej części Serbii. Odczucia psuje taki trochę „tumiwisizm” w lokalnej, usytuowanej na terenie skansenu kawiarni. Było to jedno z niewielu miejsc w Serbii, gdzie reszty nie chciano wydać w euro. W kraju tym obowiązują oczywiście dinary, niemniej czego się nie robi dla turystów. Z reguły w serbskich placówkach handlowych – oczywiście na szlakach turystycznych – zapłacimy w euro i, jeśli poprosimy, resztę też dostaniemy w euro. Tu obsługa twierdzi, że nie ma takiej waluty, a skoro nie chcemy reszty w dinarach (bo po co nam one zresztą – poza Serbią ta waluta do niczego nam się nie przyda, będziemy mieć także problem z jej sprzedażą w kantorze – przyp. autora), to do zamówionych np. 4 kaw capuccino dołożą nam 4 piwa Niksićko. Efekt: piwa nie wypijesz, bo za zimno na ten trunek rano w górach, na dodatek z 4 kaw jedna nie nadaje się w ogóle do picia, bo z prawdziwymi ziarnami kawy pewnie w ogóle nie miała do czynienia. Ale za to ubożsi jesteśmy o 20 euro...

Syberia w Serbii
To bardzo ciekawe miejsce nazywane jest serbskim biegunem zimna. 20 lat temu oficjalnie zmierzono tam temperaturę minus 41 stopni Celsjusza. Być może dlatego przez wiele lat w Sjenicy nikt z Serbów nie chciał zamieszkać. W efekcie sprowadzili się tu Albańczycy. Dziś stanowią około 80% mieszkańców tego 15-tysięcznego miasta. Oczywiście Albańczycy to muzułmanie, dlatego widok meczetów nikogo w tej miejscowości nie dziwi.
Dlaczego Sjenica? Od serbskiej wymowy słowa: siano (po serbsku „seno”). Okoliczne wsie znane są z doskonałej trawy i – co za tym idzie – świetnych pastwisk dla bydła i owiec. Otwarcie przyznam, że tak dobrej suszonej szynki wołowej, jaką podano nam w miejscowym 2-gwiazdkowym hotelu Borovi, nigdy wcześniej nie jadłem. Sam hotel jak to hotel – większego wrażenia nie robi, ale ceny są przystępne i stanowi dobre miejsce wypadowe do zahaczenia o największą atrakcję turystyczną tej części Serbii.

Reklama

Kraina sępa płowego
Bo skoro już jesteśmy w Sjenicy, to grzechem byłoby nie zahaczyć o prawdziwy cud przyrody – kanion rzeki Uvac. Droga na najlepszy punkt widokowy nie prowadzi oczywiście tylko wygodną asfaltówką; dojedziemy tam częściowo drogami polnymi. Zatem żaden, nawet najbardziej luksusowy autokar z takim wyzwaniem sobie nie poradzi. Trzeba wynająć miejscowego kierowcę z busem i modlić się duchu, żeby wszystkie podzespoły były w nim sprawne. Bo jeśli nie, narażeni będziemy na smród spalin, które (przynajmniej ich część) jakimś cudem przedostają się do środka auta. Zatem maseczki, które ktoś zapobiegliwy wziął na wypadek Covida, bardzo się wówczas przydają.
Wielu twierdzi, że to zdecydowany numer 1, jeśli chodzi o atrakcje Serbii. Coś w tym jest, widoki są po prostu niesamowite! Rzadko turystę dopada chwila zadumy pomieszanej z zachwytem nad możliwościami przyrody, a w tym przypadku takie odczucia mają u większości miejsce. Do punktu widokowego kanionu droga nie jest prosta. Odradzamy tę podróż wtedy, kiedy pada, a kamienie i trawa są tak wilgotne, że łatwo o wypadek. Dlatego lepiej nie robić tego samemu, tylko z wykwalifikowanym przewodnikiem. Widoczna w dole rzeka (a raczej jezioro, o czym za chwilę) meandruje w nieprawdopodobny sposób. 
Niektóre brzegi mają ponad 300 metrów wysokości, w efekcie czego tworzą miejscami niedostępne dla lisów miejsca, pozwalające wychować młode bardzo rzadkiego ptaka – sępa płowego. W latach 90. zostały już tylko 3 pary tych ptaków. Wymyślono program ich ratowania – powstał Specjalny Rezerwat Przyrody Uvac (inicjatywa całkowicie niezależna od Listy Światowego Dziedzictwa Unesco). Obecnie, dzięki ochronie tego gatunku, kolonia w kanionie rzeki Uvac jest największa na Bałkanach i liczy sobie około 90 par.
Tak jak wspominaliśmy, rzeka w tym miejscu  jest obecnie w zasadzie bardzo długim jeziorem. Potrzebny był rezerwuar wody pitnej, zatem w roku 1979 wybudowano tamę, w efekcie czego powstał sztuczny zalew. Udało się w międzyczasie odrodzić populację sępów, choć łatwo – jak mówią miejscowi przewodnicy – nie było. Sęp to ptak, który żywi się głównie padliną. Musi być bardzo głodny, by sięgnął po inny rodzaj pożywienia, np.  żywe gryzonie. Tymczasem okoliczne żyzne łąki służą do wypasania owiec i bydła. Nawet kiedy jakaś sztuka padnie to, czemu trudno się dziwić – mieszkańcy biednej, serbskiej, położonej w górach wsi – zagospodarują ją w zupełnie inny sposób...
Podczas naszego wrześniowego pobytu na punkcie widokowym nie udało się niestety wypatrzyć żadnego z sępiej rodziny. Szkoda... Ale los postanowił spłatać nam przysłowiowego figla. W czasie przejazdu jedną z głównych serbskich dróg utworzył się korek; samochody wolno przejeżdżały obok czegoś na drodze. Okazało się, że stoi na niej... sęp płowy! Widocznie jego lot został zakłócony przez biegnącą nad drogą linią wysokiego napięcia. To wyjątkowo rzadki przypadek. Nasz czarnogórski kierowca stwierdził, że jeszcze się z czymś takim nie spotkał. Najbliżej sępa płowego widział dotychczas z odległości 100 metrów. Nie ma się co zatem dziwić turystom autokaru, którzy na wyścigi zza autobusowych szyb robili zdjęcia tego niezwykłego stworzenia. A ptakiem zaopiekowały się w niedługim czasie odpowiednie służby.

Mały biały domek...
Słowa odzwierciedlają tu rzeczywistość, niemniej sam domek nie jest typowy, bo usytuowany w nurcie rwącej rzeki. Jest taki dowcip: ma trzy nogi i wisi na ścianie. Co? Fortepian, bo co komu do tego jak ja sobie mieszkanie umebluję! Jak ulał ta historia pasuje do domu wybudowanego na jednej ze skał usytuowanych w nurcie rzeki Driny.
Historia zaczyna się w roku 1969. Na pomysł wybudowania ni to domku, ni to przystani wpadła grupa kajakarzy z Miliją Mandićem na czele. Jakoś im się ta sztuka udała, jednak efekty nie trwały długo, bowiem szybki nurt wezbranej rzeki zniszczył ich dzieło. Od tego czasu miejsce to stało się swoistą Mekką dla kajakarzy, którzy przez cały czas walczą z dzielną rzeką. Po każdym dziele zniszczenia następuje dzieło odbudowania, obecny domek jest już 7. wersją. Jak długo przetrwa?
Jego twórca cieszy się w Serbii wielką estymą. Kiedy pojawia się na miejscu budowy nowej wersji domki, oczywiście jeśli zdrowie pozwoli, miejscowi wodniacy mają wielkie święto. Wyjaśnijmy przy okazji, kajakiem do tego domku wcale nie jest łatwo się dostać. Woda jest rzeką graniczną pomiędzy Serbią a Bośnią i Hercegowiną, dlatego każdy spływ kajakowy wymaga specjalnego zezwolenia.

Reklama

Dinary czy euro?
Moi wycieczkowi współtowarzysze serbskiej podróży pytali mnie na koniec, czy będę pisał o politycznych, nie tylko turystycznych aspektach Bałkanów. Szczerze odpowiedziałem, że będę tego unikał, gdyż nie jest to temat prosty. Ba, są tacy którzy twierdzą, że Bałkany to kocioł, pod którym cały czas płoną węgle i jeszcze niejeden raz matka zapłacze nad grobem swojego syna. Zatem krótko. Popełniamy błąd do jednego worka wrzucając Czarnogórców i Serbów, choć jeszcze do roku 2006 żyli we wspólnym państwie. Ci pierwsi chcą za wszelką cenę znaleźć się we wspólnej Europie. Zresztą nawet w tym celu kupili w swoim czasie euro z Europejskiego Banku Centralnego. Kraj do strefy euro jako takiej nie należy, bo zrobił to bez dwustronnego porozumienia z Unią Europejską. Z kolei Serbowie są dumni ze swojej niezależności. To jeden z niewielu europejskich krajów, który bierze stronę Rosji, po jej napaści na Ukrainę. Przynajmniej oficjalnie, bo są tacy Serbowie, którzy mają zupełnie inne zdanie. Ba, nawet część poszkodowanych przez wojnę Ukraińców znalazło schronienie w Serbii. Niemniej Serbowie zawsze będą patrzyli na Europę z odpowiednim dystansem. Nigdy nie zapomną nalotów NATO na Belgrad. I na ogół nie oceniają ich w kontekście konieczności, że inaczej zginęłoby oblegane przez Serbów bośniackie Sarajewo.
Zatem tyle o polityce, czas porozmawiać o pieniądzach. W Serbii płaci się dinarami. Przed wyjazdem nie warto ich kupować w Polsce (na dodatek nie jest to wcale takie łatwe), bo można ich nabyć za dużo i potem będzie problem z pozbyciem się ich. W miejscowościach turystycznych i tak płacić można czy to euro, czy to za pomocą karty bankomatowej.
Jeśli chodzi o kurs dinara do złotówki, to warto zapamiętać taki przelicznik: 100 dinarów to 4 złote. Zatem kiedy woda mineralna kosztuje 45 dinarów, to wydajemy mniej więcej 1,9 zł. 250 dinarów płacimy za wejście do skansenu – hotelu Drvengradu. To około 10 zł. Łatwo się te obie waluty przelicza. Zresztą ceny wielu produktów zbliżone są do tych z Polski, szczególnie jeśli chodzi o alkohole.
Ale jeszcze łatwiej opierać się na cenach euro, bowiem w wielu miejscach Serbii także w tej walucie ceny są podawane. Takim najlepszym odniesieniem na Bałkanach jest cena filiżanki kawy capuccino. Podczas naszej wrześniowej wycieczki najtańsza była w bośniackim Viszegradzie – tylko 1 euro. W innych miejscach przeważała cena 2 euro, najdroższa była na rynku czarnogórskiego Kotoru – 2,80 euro.
Czasami znajomi pytają mnie: co przywieźć? Odpowiadam, że najczęściej to samo co w innych krajach, coś, co się na dodatek po drodze nie zepsuje, więc jest to najczęściej jakiś lokalny alkohol. O odmianach bałkańskiej rakiji napiszę za tydzień, przy okazji tekstu o Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze. Tu tylko krótko – kupinovo wino, czyli wino z jeżyn. Jest to taka serbska specjalność, w zasadzie z alkoholem mająca niewiele wspólnego, bo o mocy tylko 4 procent. Niemniej bardzo słodka i aromatyczna, smakuje w Polsce, jak się okazuje, nie tylko paniom.

Tekst i fot. Tomasz Szatkowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości