Dzisiaj wychodzę na popołudniówkę. Przy tej słonecznej aurze być może dopiero pod wieczór coś zacznie się dziać na rzece. Poniosło mnie aż w okolicę Milika. Znajdują się tam dwie atrakcyjne miejscówki. Pierwsza to stosunkowo krótka, głęboka „bania” pomiędzy bystrzami. Druga ciągnie się nieco dalej, poniżej naturalnego progu, gdzie zaczyna się przyspieszający rytm serca wartki wlew na długą, spowolnioną nurtowo płań nafaszerowaną skalnymi blokami i kamieniami. Jestem tu drugi raz, ale jakoś źle trafiam, bowiem jak dotąd moje wędkarskie poczynania nie przynoszą żadnego efektu. Nie miałem jeszcze żadnego brania ani też nie zauważyłem na wodzie jakichkolwiek oznak bytności interesującej mnie ryby. Mimo to jestem przekonany, że głowacice na pewno tutaj są. Ale po dwóch zupełnie nic nie wnoszących godzinach łowienia zaczynam tracić nadzieję i postanawiam poszukać swojej szansy na sukces w drodze powrotnej, zatrzymując się na krótkie wędkarskie postoje w miejscach, gdzie kilka dni temu widziałem żerujące głowacice. Na rozległej głębokiej bani „Czarnego Wiru” też nic się nie dzieje, woda martwa. Dla spokoju sumienia rzucam kilka razy wobler z trzech różnych miejsc. Jak w studni. Nieco rozczarowany decyduję się spenetrować jeszcze długi pogłębiający się napływ, gdzie zazwyczaj niemal zawsze widoczna jest jakaś dyżurna aktywna „główka”. Trzy, może cztery przeciągnięcia woblera i pokazała się.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze